piątek, 13 lipca 2018

Mniejsza tatrzańska wyprawa - część 1.


10 lipca 2018
Mniejsza tatrzańska wyprawa – dzień 1.
O stresie i smutku

Dostać piękną górską hennę* i spędzić urocze popołudnie z Isią w kawiarni – zdążyłam. Dostać cassię** na włosy i spędzić nastrojowy wieczór na jedzeniu dobrych rzeczy i oglądaniu serialu z Olą i Karolem – zdążyłam. Wszystko to, żeby dodać sobie pewności siebie. Ale już wyspać się – nie zdążyłam.


Lepiej wygląda w towarzystwie sukienek i kwiatów,
ale z rękawiczkami do wspinania nadal jest piękna!

* Hennę naturalną, ze sproszkowanej roślinki zwanej lawsonia inermis (co – jakże uroczo – znaczy bezbronna), barwiącą na brązowo (nie na czarno, czarna to zło!), a jak ktoś chciałby się dowiedzieć więcej, to polecam Isię z Henna Hygge (do znalezienia na fb).
** Cassia to też taka sproszkowana i przerobiona na pastę (a właściwie na błotko) roślinka, która dobrze robi na włosy, a po więcej informacji odsyłam do specjalistki Aleksandry Dewiszek (również do znalezienia na fb).

Wstaję o czwartej, żeby mieć pewność, że zdążę się spakować. Najwyżej położę się jeszcze na trochę. Pakowanie idzie jednak powoli, a mnie nawiedzają czarne myśli. Boję się tych wywiadów, boję się, że nikt nie będzie chciał rozmawiać, rozważam nawet rzucenie etnologii. Chyba po raz pierwszy w życiu nie chcę jechać w góry. Karol wstaje rano, a ja wtulam się w Niego i płaczę...
W pociągu rozkładam laptopa i porządkuję notatki, w Krakowie coś zjadam i wrzucam archiwalne posty, w busie odsypiam... I cały dzień marznę. Jest upał, ale wszędzie – w pociągu, na dworcu, w busie – klimatyzacja zamienia 30 stopni w jakieś... 15. Bus, którym jadę do Palenicy, jest niemal (a od Cyrhli całkowicie) pusty. Na przyszłość pytam, o której jadą ostatnie busy do Palenicy z Zakopanego i do Zakopanego z Palenicy. Pada też znane z poprzednich lat pytanie „A sama Pani tak w te góry jedzie?”, opatrzone nawet komentarzem „Taka śliczna dziewczyna i sama?!”. Jakoś nie dodaje mi to jednak pewności siebie. Nic mi jej dzisiaj nie dodaje.
Do tego stopnia, że aż boję się iść skrótem. Jest późno, jak zwykle idę pod prąd, nad góry powoli spływa zmierzch, jest mi ciężko... Ale boję się iść skrótem. Na ostrym, kamienistym zejściu uważam na każdy krok, bo plecak jednak przytłacza. W miejscu, gdzie szlak zagłębia się na ponad 1,5 metra, płoszę plecakiem jakiegoś ptaka i słysząc jak nagle zrywa się do lotu nie wiem, które z nas jest tym faktem bardziej przerażone. W schronisku jest pełno i gwarno, moje ukochane miejsce w kąciku jest zajęte i w ogóle trudno mi znaleźć dla siebie jakiekolwiek miejsce. Pani Zosia, zapytana na nocleg na podłodze, odpowiada – ku mojemu (jeszcze większemu) przygnębieniu – że już teraz mają tak, że jak są miejsca w pokojach, to trzeba spać w pokoju, a dopiero jak nie ma, to można na podłodze... Pytam też, czy będę mogła porozmawiać z pracownikami, tłumaczę, o co chodzi, przypominam jak byłam tutaj 2 lata temu, ale pani Zosia z rozbrajającą szczerością odpowiada, że to nudne, a oni w ciągu dnia pracują i nie mają czasu, a wieczorem są zmęczeni i nie mają siły... No i cóż ja mam odpowiedzieć? Znam ten stan aż zbyt dobrze... Ale jednak mi smutno. Idę przed schronisko, bo tam jest zasięg, ale też dlatego, że tam się można wypłakać. A później szybko się myję i mało entuzjastycznie wlokę plecak do pokoju...
Jest ciepło, miękko, jest nawet przytulnie, a noc mija przynajmniej spokojnie...

11 lipca 2018
Mniejsza tatrzańska wyprawa – dzień 2.
O (nie)pewności i (nie)pogodzie

Wieczorem schronisko tętniło życiem.
Rano... Rano schroniskowe życie po prostu sobie płynie. Ludzie niespiesznie i swobodnie kręcą się między pokojami, łazienkami, kuchnią i jadalnią... I ja też nabieram trochę tej swobody... Umawiam się z panią Zosią na nocleg na kolejne trzy dni (później przyjedzie Karol i może znajdą się dwa miejsca w tym samym pokoju, a może nawet uda się przespać na podłodze – nie, żebym ja aż tak tę podłogę wielbiła, ale to jednak taniej, a karimatki mamy bardzo mięciusie), dzięki czemu mogę sobie trochę zorganizować to schroniskowe życie, poukładać rzeczy, zaplanować dzień... Umawiam się też z Ciocią na rozmową z Nią, z Wujkiem, z ich córką, z jej mężem, z ich pracownikami... Ale dopiero w poniedziałek. Nieważne kiedy, ważne, że w ogóle! Naprawdę nie jest łatwo znaleźć 20 osób skłonnych poświęcić mi pół godziny, 45 minut, a może nawet godzinę na rozmowę. Ludzie nie mają czasu albo po prostu nie chcą i ja to rozumiem... Na chwilę napawa mnie optymizm i poczucie wdzięczności.
Do południa kręcę się po schronisku obmyślając nieporadnie jakiś sensowny plan działania... Kilka razy trafiam, a to w pokoju, a to w jadalni, na jedynego chłopaka, z którym rozmawiałam wczoraj wieczorem. Przygląda się mojej pracy, pyta co robię, a ja... No cóż, tłumaczę. On opowiada, że był wczoraj na Rysach, a dziś już wraca do domu... Do Zakopanego jedziemy więc razem, rozmawiając po drodze na tematy przyjemne i ciekawe. I moknąc... On też – chociaż znacznie bardziej subtelnie – próbuje dodać mi pewności siebie i przekonuje, że rozmowy nie pójdą tak źle... Ale to też chyba nie pomaga. Żegnamy się pospiesznie, a ja orientuje się, że chociaż poruszyliśmy tematy ambitne i abstrakcyjne, to nie poznaliśmy nawet swoich imion.

Wytrawna turystka i śliczna gąsieniczka...
(idę w trampeczkach i z rozpuszczonymi włosami, bo przecież to tylko spacer do miasta, a górskich butów i ciasnych koczków zdążę jeszcze mieć dość).

Próbuję szczęścia w Centrum Edukacji Przyrodniczej TPN na rondzie kuźnickim i nawet się udaje... I znów zapala się we mnie iskierka optymizmu. Ale skoro miasto, to również Internet... Dostaję maila od pani promotor na temat planu badań i kwestionariusza, które wysłałam dwa dni temu. I okazuje się, że nawet w tej czysto teoretycznej kwestii sporo muszę zrobić, a chociaż wymieniane między nami maile są uprzejme jak zawsze, to jednak czuć, że pani promotor jest nieco rozczarowana tym, że nie zrobiłam tego wszystkiego wcześniej... I nie mogę się dziwić, bo sama jestem tym rozczarowana. Rozczarowana i zła na siebie... I zaczynam żałować, że nie wzięłam ze sobą jakiejś melisy czy innego rumianku, a najlepiej jednego i drugiego, bo zżera mnie stres. Wychodząc umawiam się jeszcze na kolejną rozmowę w piątek, a przy wyjeździe prowadzę krótką (ale najlepszą, jaką byłam w stanie poprowadzić) rozmowę z chłopakiem pracującym na tutejszym parkingu. Bez przekonania zaglądam do sklepiko–kawiarenko–punktu informacji turystycznej, gdzie poza naprawdę uroczymi drobiazgami w dobrym stylu, książkami dla dzieci o pięknych grafikach i mądrej treści oraz kawą odnajduję cudowną – przemiłą i jakże ekspresyjną – rozmówczynię! To naprawdę jest dobra (i długa) rozmowa.
Deszcz przestał padać, ale jest zimno... Termometr mówi, że 17 stopni, ale cała ja twierdzę, że bliżej 13... Zachęcona udaną rozmową zagaduję jeszcze chłopaka w biurze wycieczkowym i dziewczyny sprzedające oscypki. Nie są to aż tak dobre rozmowy... W ogóle są to takie średnie rozmowy... Ale są. A ja się uczę, co robić, co mówić i jak mówić, żeby każda kolejna była trochę lepsza, chociaż nadal właściwie wszystko zależy wyłącznie od moich rozmówców...
A potem orientuję się, że jest późno. W popłochu robię zakupy na najbliższych kilka dni i biegnę na dworzec, żeby zdążyć na ostatniego busika o 19.40. Zdążam nawet na wcześniejszego, o 19.30., tyle że żadnego busika... Nie ma. Czekam... Podchodzi do mnie jakiś pan i pyta, czy ja do Palenicy, a następnie oznajmia, że „Oni już nie pojadą”. „Jak to nie pojadą?! Przecież wczoraj mi mówili, że jeżdżą do 19.40.!”. „Ano może i jeżdżą, ale jak są ludzie...”. Czekam, nieźle przestraszona, do 19.40. Busik przejeżdża obok mnie, ale kierowca tylko kręci odmownie głową. I to jest moment, kiedy ja nie rozumiem. No naprawdę nie rozumiem. On jedzie do Palenicy, żeby odebrać stamtąd ludzi (w Palenicy stoją dużo dłużej i zwożą ludzi do miasta tak gdzieś do 21.00 – 21.30). No to jaką mu to robi różnicę, czy jedzie sam, czy ze mną? Co to znaczy, że „nie opłaca mu się brać jednej osoby”. Ode mnie dostałby 10 zł, a tak to nie dostanie nic! No to jakim cudem to mu się „nie opłaca”??? No nie rozumiem. Logika mi nie działa. Życie też mi trochę nie działa, bo stoję przed perspektywą szukania noclegu w mieście (i tak nierealne, wolnych pokoi brak) podczas gdy wszystkie moje rzeczy są w schronisku albo dwudziestopięciokilometrowej wędrówki (to tylko do Palenicy, nie wiem ile jest z Palenicy do Roztoki w kilometrach, na górskich szlakach czas liczę w minutach) po ciemku bez latarki (już wiem czego zapomniałam! A telefon przez cały dzień służył za dyktafon i ma aż 1% baterii)... Pan, który mnie wcześniej zagadnął, objawia się znowu, w towarzystwie kolegów... Okazują się być taksówkarzami, którym przeniesiono postój na drugą stronę dworca, gdzie ich nie widać, więc stoją przy stanowiskach busów i szukają klientów... Proponuje, że mnie zawiezie... Co będzie kosztować „no pewnie z 80 zł”. Po całym dniu stresu, skrajnie zmiennych emocji i rozczarowania samą sobą, w oczach naprawdę stają mi łzy i strasznie trudno mi je opanować. Pan chyba to dostrzega, bo mówi, że „no, dla takiej pięknej kobiety to mogę ten licznik zatrzymać w Wierchporońcu, to będzie 70”... 70 nadal nie brzmi dobrze, to nadal jest 7 razy więcej niż za busik i to nadal jest poważna wyrwa w moim budżecie... Ale za to dostrzegam w tym okazję. To moja szósta rozmowa i trzecia (po panu w TPN i pani w sklepiko–kawiarni) naprawdę dobra.
Znów boję się iść skrótem, zwłaszcza że idąc w stronę miasta widziałam tam samochód TPN–u. Tym razem jest jeszcze później i jeszcze ciemniej... Przy odejściu szlaku do Roztoki od asfaltówki do Morskiego spotykam dwoje ludzi pnących się w górę. Pytają mnie, w którą stronę parking. Nie chcąc, żeby popełnili mój błąd, radzę, żeby szli najszybciej jak się da, bo ludzi jest już mało i busiki mogą skończyć kursowanie wcześniej... Idąc staram się jak najczęściej odchrząkiwać, pokasływać, pociągać nosem, klaskać w dłonie albo nawet tupać (chociaż trampkami trudno), żeby z odpowiednim wyprzedzeniem spłoszyć każde zwierzątko, które mogę spotkać na swojej drodze. Niedźwiedzi się tu nie spodziewam, żmije też są mało prawdopodobne, ale w tym stanie ducha, to i ptak może doprowadzić mnie do ataku paniki. Idzie się jednak lekko... Swobodnie przeskakuję z kamienia na kamień nie martwiąc się zbytnio tym, że trampeczki są mniej przyczepne niż porządne górskie buty i że włosy plączą mi się wszędzie i trochę zasłaniają widok.
W schronisku jest jakoś lepiej... Znów, tak samo jak poprzednio, druga noc wyprawy jest cichsza niż pierwsza. Ludzi jest mało, a w pokoju mieszka ze mną przesympatyczna rodzina zainteresowana moimi badaniami i zachwycona moją ambicją... Jeszcze w mieście ściągnęłam na telefon wszystko, co potrzebne do uzupełnienia tego nieszczęsnego teoretycznego wstępu do badań terenowych, a teraz przerzucam to wszystko na laptopa, czytam i piszę... Zapiszę maila z załącznikiem jako wersję roboczą i będę mieć nadzieję, że jak jutro mój telefon złapie gdzieś Internet, to na tyle dobry, żeby to wysłać... Siedzę w kąciku, w Tym Kąciku, w Moim Ukochanym Kąciku, który poprzednio służył nam nie tylko za miejsce pracy, ale też za sypialnię, i pracuję... Wszyscy rozmawiają, a ja piszę o wiedzy potocznej, myśleniu zdroworozsądkowym, wyobrażeniach oraz kulturowym wytwarzaniu środowiska...
W schronisku pojawia się grupka przemoczonych taterników. Ktoś znajomy zostawił dla nich wino i kieliszki, więc teraz piją i zagryzają konserwą turystyczną, narzekając na to, że nie mają chleba. Oddaję im pół swojego, dzisiaj zakupionego, który obiecują rano odkupić i w ramach wdzięczności częstują mnie kieliszkiem wina. Piszę więc dalej (tym razem te słowa) popijając wino... Z łazienki wracam przez całkiem puste sale, w dekolt wlatuje mi ćma i przez dobre 5 minut nie mogę się jej pozbyć spod ubrania, ale w końcu gaszę wszystkie światła i w ciszy wślizguję się do pokoju...

12 lipca 2018
Mniejsza tatrzańska wyprawa – dzień 3.
O (niespokojnym) odpoczynku

Napisana w nocy praca nieco uciszyła moje wyrzuty sumienia, ale nadal jestem zestresowana. Bez Karola nie mogę jednak zrobić pomiarów geomorfologicznych, a dopóki nie wyślę pracy i nie otrzymam odpowiedzi, nie mam pewności, czy zadawane przeze mnie pytania są odpowiednio sformułowane i czy nie powinnam prowadzić rozmów zupełnie inaczej. Czyli, właściwie, poza wysłaniem maila, nie mam co robić... A pogoda jest taka piękna!
Mimo wszystko targają mną wątpliwości i podjęcie decyzji zajmuje mi 3 godziny... W międzyczasie dostaję jeszcze bochenek chleba (tak ze 2 razy większy od tego, który kupiłam wczoraj w mieście) od wcześniej wspomnianych taterników. Marzą mi się Kozie Wierchy i Granaty. Niekoniecznie na raz... Nawet na pewno nie na raz, bo na tak długą wycieczkę nie jest przygotowana. Przyjechałam tu na badania terenowe, nie na wycieczki górskie i mieszkam w Roztoce, nie w Piątce czy Murowańcu... Ale może same Granaty? Albo sam Kozi? No ale przecież spałam tylko 4 godziny i jestem wykończona stresem... Czy ja mam siłę pchać się na łańcuchy? Wstałam o 7.00, wychodzę o 10.00 i właściwie nadal nie wiem, co robić. Idę do Piątki, a potem zobaczę. Dzisiaj najlepszym planem jest brak planu.

 

Pierwsze podejścia na samym początku szlaku do Piątki zupełnie mnie załamują. Mam ochotę zasnąć idąc, tak zupełnie nie mam siły... Po drodze marnuję jeszcze pół godziny na próbach wysłania maila, który nawet się wysyła, ale bez załącznika. W końcu korzystam z tego, że w ogóle mam zasięg i dzwonię do Karola, żeby zalogował się na moją studencką pocztę i wysłał go za mnie. W ten sam, nieco okrężny, sposób dociera do mnie – kilka godzin i wiele przeżyć później – uprzejma i pełna ciepła odpowiedź, z której wynika, że w sumie to jednak wszystko zrobiłam dobrze i nie miałam się czym martwić, a pani promotor trzyma za mnie kciuki. Do Pięciu Stawów ciągną całe tłumy i idzie się źle, bo ciągle ktoś mnie trąca, ktoś zatrzymuje się niespodziewanie kilka milimetrów przed moim nosem, kogoś trzeba wyprzedzać, dzieci krzyczą, ludzie klną i ogólnie to urok w tym żaden... W samej dolinie jest jednak pięknie...




Jestem zmęczona i już wiem, że po prostu tu zostanę. Odpocznę... Może nawet zdrzemnę się gdzieś na kamieniu nad którymś z bardziej oddalonych od schroniska stawów... Pierwszy przystanek robię nad Wielkim Stawem, w miejscu, gdzie zaczyna się Siklawa... Wokół wielkiego głazu pływają kaczki, wiatr tworzy drobne fale, a mi towarzyszy taka odważna ptaszyna...


Nad Stawem wieje jednak zimny wiatr i nawet w bluzie i kurtce marznę. Idę więc dalej. Poszukując sobie przytulnego miejsca przechodzę obok szlaku na Kozi Wierch. Ale ja przecież nie idę na Kozi... Kawałek dalej, tuż przed szlakiem na Szpiglasowy (czyli w takim miejscu, z którego już nie można iść dalej, chyba że na jakiś szczyt albo przełęcz), znajduję bardzo płaski, wygodny, nagrzany słońcem głaz z widokiem na wodę... Zjadam cały prowiant, przymykam oczy, grzeję się w słońcu... A potem przychodzi skłócone małżeństwo z dwojgiem bardzo bezczelnych i bardzo wchodzących im na głowę dzieci i zajmują sąsiedni głaz. Uciekając przed tym niepożądanym towarzystwem, wracam wzdłuż doliny i znów trafiam na szlak na Kozi... No i idę. Czasówka mówi, że to tylko 1,5 godziny. Dzisiaj nie spodziewam się jej skrócić... Idę w tempie chorego żółwia albo starzejącego się ślimaka. Zatrzymuję się co kilkadziesiąt kroków albo dlatego, że chcę zrobić ładne zdjęcia, albo dlatego, że wszystko mi przeszkadza. A to bluzę trzeba założyć, bo zaczyna wiać, a to chustkę na szyi trzeba poprawić, a to okulary przeciwsłoneczne wyjąć, a to rękawiczki założyć, bo zaczynają się skałki wymagające użycia wszystkich czterech kończyn, a to kogoś schodzącego z góry trzeba przepuścić...


Pod rękawiczką schowałam zegarek, ale jestem przekonana, że szłam ze 2 godziny. Na szczycie jestem jednak równo 1,5 godziny od wyruszenia. Chmury przepływają wysoko, nie zasłaniając nawet kawałeczka z tego widoku, a widok stąd ciągnie się od Podhala po Spisz i Orawę, od Tatr Zachodnich po Bielskie...









Wracając robię jeszcze zdjęcia helikoptera, który krąży nad Krzyżnem, siada na chwile, nie zatrzymując pracy śmigła, przy schronisku, a w końcu odlatuje w stronę miasta, jak zwykle wywołując refleksję nad niesamowitą siłą tych gór... I bezgranicznością ludzkiej głupoty. Na szlaku do Pięciu Stawów napatrzyłam się na takie morze ludzkiej głupoty i egoizmu, zachowań nieżyczliwych i nieodpowiedzialnych, że aż dziw, że to się codziennie nie kończy przynajmniej kilkoma wypadkami... Pozuje mi też mój dzisiejszy towarzysz, dumny Kozi Wierch, który od strony Hali Gąsienicowej i Czarnego Stawu wygląda jak nieosiągalna, surowa, naga skała, a od Pięciu Stawów jak niepozorna, potulna połoninka. O tak:


13 lipca 2018
Mniejsza tatrzańska wyprawa – dzień 4.
O (spokojnej) pracy

Nie wiem, co mnie w końcu uspokoiło... Pomocna i życzliwa odpowiedź od pani promotor, stanowiąca ostateczne pozwolenie na prowadzenie badań terenowych, piękne widoki w drodze na Kozi i długi, gorący prysznic w schronisku czy noc, podczas której wreszcie przespałam 8 godzin. Czy może wszystko...? W każdym razie wreszcie jestem spokojniejsza.
Jadę na umówioną rozmowę w Centrum Edukacji Przyrodniczej TPN, po drodze pytając busiarzy, o której tak naprawdę, a nie zgodnie z oficjalnym rozkładem jazdy, muszę wracać, żeby ktoś mnie zabrał do Palenicy. W Centrum jest miło i ładnie, kręcą się tu grupy kolonijne i rodziny z dziećmi, jest więc głośno, ale jest też prąd, zasięg i Internet, w schronisku tak deficytowe... Porządkuję zdjęcia, wrzucam wpisy, opisuję rozmowy, przygotowuję kwestionariusz... Później uzupełnię zapasy w sklepie i aptece, a przed 17.00 złapię busa do Palenicy, gdzie spróbuję jeszcze porozmawiać z dorożkarzami.
Wieczorem czeka mnie dalsza praca, bo robiąc pomiary 2 lata temu numerowałam sobie drogi, każdy ich odcinek nazywając kolejną liczbą, natomiast później, pisząc pracę, zastosowałam nową numerację, w której każda droga ma przypisaną tylko jedną liczbę, a jej poszczególne odcinki oznaczone są literami. Ta pierwsza numeracja była dość chaotyczna, bo zaczynałam od miejsc różnych, ale najczęściej po prostu tych najbardziej dostępnych, a nie tych, gdzie poszczególne drogi się zaczynają. Nie mając do dyspozycji aktualnych map najczęściej nawet nie wiedziałam, gdzie dana droga się zaczyna, po prostu na nią... trafiałam. Nowa numeracja ma znacznie więcej sensu... Ale nie żadnego związku ze starą. Tymczasem moje mapy (te ręcznie robione) mają oczywiście numerację starą... A wykresy nową. Spędzę więc wieczór na dochodzeniu do tego, czy punkt 5A jest na drodze 5, czy może na 13, 17 albo 25. 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz