10 lipca 2018
Mniejsza
tatrzańska wyprawa – dzień 1.
O stresie i smutku
Dostać piękną górską hennę* i spędzić
urocze popołudnie z Isią w kawiarni – zdążyłam. Dostać cassię** na włosy i
spędzić nastrojowy wieczór na jedzeniu dobrych rzeczy i oglądaniu serialu z Olą
i Karolem – zdążyłam. Wszystko to, żeby dodać sobie pewności siebie. Ale już
wyspać się – nie zdążyłam.
Lepiej wygląda w towarzystwie sukienek i kwiatów,
ale z rękawiczkami do wspinania nadal jest piękna!
* Hennę naturalną, ze sproszkowanej
roślinki zwanej lawsonia inermis (co
– jakże uroczo – znaczy bezbronna), barwiącą na brązowo (nie na czarno, czarna
to zło!), a jak ktoś chciałby się dowiedzieć więcej, to polecam Isię z Henna
Hygge (do znalezienia na fb).
** Cassia to też taka sproszkowana i
przerobiona na pastę (a właściwie na błotko) roślinka, która dobrze robi na
włosy, a po więcej informacji odsyłam do specjalistki Aleksandry Dewiszek
(również do znalezienia na fb).
Wstaję o czwartej, żeby mieć pewność, że
zdążę się spakować. Najwyżej położę się jeszcze na trochę. Pakowanie idzie
jednak powoli, a mnie nawiedzają czarne myśli. Boję się tych wywiadów, boję
się, że nikt nie będzie chciał rozmawiać, rozważam nawet rzucenie etnologii. Chyba
po raz pierwszy w życiu nie chcę jechać w góry. Karol wstaje rano, a ja
wtulam się w Niego i płaczę...
W pociągu rozkładam laptopa i porządkuję
notatki, w Krakowie coś zjadam i wrzucam archiwalne posty, w busie odsypiam...
I cały dzień marznę. Jest upał, ale wszędzie – w pociągu, na dworcu, w busie –
klimatyzacja zamienia 30 stopni w jakieś... 15. Bus, którym jadę do Palenicy,
jest niemal (a od Cyrhli całkowicie) pusty. Na przyszłość pytam, o której jadą
ostatnie busy do Palenicy z Zakopanego i do Zakopanego z Palenicy. Pada też
znane z poprzednich lat pytanie „A sama Pani tak w te góry jedzie?”,
opatrzone nawet komentarzem „Taka śliczna dziewczyna i sama?!”. Jakoś nie
dodaje mi to jednak pewności siebie. Nic mi jej dzisiaj nie dodaje.
Do tego stopnia, że aż boję się iść
skrótem. Jest późno, jak zwykle idę pod prąd, nad góry powoli spływa zmierzch,
jest mi ciężko... Ale boję się iść skrótem. Na ostrym, kamienistym zejściu
uważam na każdy krok, bo plecak jednak przytłacza. W miejscu, gdzie szlak
zagłębia się na ponad 1,5 metra, płoszę plecakiem jakiegoś ptaka i słysząc jak
nagle zrywa się do lotu nie wiem, które z nas jest tym faktem bardziej
przerażone. W schronisku jest pełno i gwarno, moje ukochane miejsce w kąciku
jest zajęte i w ogóle trudno mi znaleźć dla siebie jakiekolwiek miejsce. Pani
Zosia, zapytana na nocleg na podłodze, odpowiada – ku mojemu (jeszcze
większemu) przygnębieniu – że już teraz mają tak, że jak są miejsca w pokojach,
to trzeba spać w pokoju, a dopiero jak nie ma, to można na podłodze...
Pytam też, czy będę mogła porozmawiać z pracownikami, tłumaczę, o co chodzi,
przypominam jak byłam tutaj 2 lata temu, ale pani Zosia z rozbrajającą
szczerością odpowiada, że to nudne, a oni w ciągu dnia pracują i nie mają
czasu, a wieczorem są zmęczeni i nie mają siły... No i cóż ja mam odpowiedzieć?
Znam ten stan aż zbyt dobrze... Ale jednak mi smutno. Idę przed schronisko, bo tam
jest zasięg, ale też dlatego, że tam się można wypłakać. A później szybko się
myję i mało entuzjastycznie wlokę plecak do pokoju...
Jest ciepło, miękko, jest nawet
przytulnie, a noc mija przynajmniej spokojnie...
11 lipca 2018
Mniejsza
tatrzańska wyprawa – dzień 2.
O (nie)pewności i (nie)pogodzie
Wieczorem schronisko tętniło życiem.
Rano... Rano schroniskowe życie po prostu
sobie płynie. Ludzie niespiesznie i swobodnie kręcą się między pokojami,
łazienkami, kuchnią i jadalnią... I ja też nabieram trochę tej swobody...
Umawiam się z panią Zosią na nocleg na kolejne trzy dni (później przyjedzie
Karol i może znajdą się dwa miejsca w tym samym pokoju, a może nawet uda się
przespać na podłodze – nie, żebym ja aż tak tę podłogę wielbiła, ale to jednak
taniej, a karimatki mamy bardzo mięciusie), dzięki czemu mogę sobie trochę
zorganizować to schroniskowe życie, poukładać rzeczy, zaplanować dzień...
Umawiam się też z Ciocią na rozmową z Nią, z Wujkiem, z ich córką, z jej
mężem, z ich pracownikami... Ale dopiero w poniedziałek. Nieważne kiedy, ważne,
że w ogóle! Naprawdę nie jest łatwo znaleźć 20 osób skłonnych poświęcić mi pół
godziny, 45 minut, a może nawet godzinę na rozmowę. Ludzie nie mają czasu albo
po prostu nie chcą i ja to rozumiem... Na chwilę napawa mnie optymizm i
poczucie wdzięczności.
Do południa kręcę się po schronisku
obmyślając nieporadnie jakiś sensowny plan działania... Kilka razy trafiam, a
to w pokoju, a to w jadalni, na jedynego chłopaka, z którym rozmawiałam wczoraj
wieczorem. Przygląda się mojej pracy, pyta co robię, a ja... No cóż, tłumaczę.
On opowiada, że był wczoraj na Rysach, a dziś już wraca do domu... Do Zakopanego
jedziemy więc razem, rozmawiając po drodze na tematy przyjemne i ciekawe. I
moknąc... On też – chociaż znacznie bardziej subtelnie – próbuje dodać mi
pewności siebie i przekonuje, że rozmowy nie pójdą tak źle... Ale to też chyba
nie pomaga. Żegnamy się pospiesznie, a ja orientuje się, że chociaż
poruszyliśmy tematy ambitne i abstrakcyjne, to nie poznaliśmy nawet swoich
imion.
Wytrawna turystka i śliczna
gąsieniczka...
(idę w trampeczkach i z rozpuszczonymi
włosami, bo przecież to tylko spacer do miasta, a górskich butów i
ciasnych koczków zdążę jeszcze mieć dość).
Próbuję szczęścia w Centrum Edukacji
Przyrodniczej TPN na rondzie kuźnickim i nawet się udaje... I znów zapala
się we mnie iskierka optymizmu. Ale skoro miasto, to również Internet...
Dostaję maila od pani promotor na temat planu badań i kwestionariusza, które
wysłałam dwa dni temu. I okazuje się, że nawet w tej czysto teoretycznej
kwestii sporo muszę zrobić, a chociaż wymieniane między nami maile są uprzejme
jak zawsze, to jednak czuć, że pani promotor jest nieco rozczarowana tym,
że nie zrobiłam tego wszystkiego wcześniej... I nie mogę się dziwić, bo
sama jestem tym rozczarowana. Rozczarowana i zła na siebie... I zaczynam
żałować, że nie wzięłam ze sobą jakiejś melisy czy innego rumianku, a najlepiej
jednego i drugiego, bo zżera mnie stres. Wychodząc umawiam się jeszcze na
kolejną rozmowę w piątek, a przy wyjeździe prowadzę krótką (ale najlepszą, jaką
byłam w stanie poprowadzić) rozmowę z chłopakiem pracującym na tutejszym
parkingu. Bez przekonania zaglądam do sklepiko–kawiarenko–punktu
informacji turystycznej, gdzie poza naprawdę uroczymi drobiazgami w dobrym
stylu, książkami dla dzieci o pięknych grafikach i mądrej treści oraz kawą odnajduję
cudowną – przemiłą i jakże ekspresyjną – rozmówczynię! To naprawdę jest dobra
(i długa) rozmowa.
Deszcz przestał padać, ale jest zimno...
Termometr mówi, że 17 stopni, ale cała ja twierdzę, że bliżej 13... Zachęcona
udaną rozmową zagaduję jeszcze chłopaka w biurze wycieczkowym i dziewczyny
sprzedające oscypki. Nie są to aż tak dobre rozmowy... W ogóle są to takie
średnie rozmowy... Ale są. A ja się uczę, co robić, co mówić i jak mówić, żeby
każda kolejna była trochę lepsza, chociaż nadal właściwie wszystko zależy
wyłącznie od moich rozmówców...
A potem orientuję się, że jest późno. W
popłochu robię zakupy na najbliższych kilka dni i biegnę na dworzec, żeby
zdążyć na ostatniego busika o 19.40. Zdążam nawet na wcześniejszego, o
19.30., tyle że żadnego busika... Nie ma. Czekam... Podchodzi do mnie jakiś pan
i pyta, czy ja do Palenicy, a następnie oznajmia, że „Oni już nie pojadą”. „Jak
to nie pojadą?! Przecież wczoraj mi mówili, że jeżdżą do 19.40.!”. „Ano może i
jeżdżą, ale jak są ludzie...”. Czekam, nieźle przestraszona, do 19.40.
Busik przejeżdża obok mnie, ale kierowca tylko kręci odmownie głową. I to
jest moment, kiedy ja nie rozumiem. No naprawdę nie rozumiem. On jedzie do
Palenicy, żeby odebrać stamtąd ludzi (w Palenicy stoją dużo dłużej i zwożą
ludzi do miasta tak gdzieś do 21.00 – 21.30). No to jaką mu to robi różnicę,
czy jedzie sam, czy ze mną? Co to znaczy, że „nie opłaca mu się brać jednej
osoby”. Ode mnie dostałby 10 zł, a tak to nie dostanie nic! No to jakim cudem
to mu się „nie opłaca”??? No nie rozumiem. Logika mi nie działa. Życie też mi
trochę nie działa, bo stoję przed perspektywą szukania noclegu w mieście (i tak
nierealne, wolnych pokoi brak) podczas gdy wszystkie moje rzeczy są w
schronisku albo dwudziestopięciokilometrowej wędrówki (to tylko do Palenicy,
nie wiem ile jest z Palenicy do Roztoki w kilometrach, na górskich szlakach
czas liczę w minutach) po ciemku bez latarki (już wiem czego zapomniałam! A
telefon przez cały dzień służył za dyktafon i ma aż 1% baterii)... Pan, który
mnie wcześniej zagadnął, objawia się znowu, w towarzystwie kolegów... Okazują
się być taksówkarzami, którym przeniesiono postój na drugą stronę dworca, gdzie
ich nie widać, więc stoją przy stanowiskach busów i szukają klientów...
Proponuje, że mnie zawiezie... Co będzie kosztować „no pewnie z 80 zł”. Po
całym dniu stresu, skrajnie zmiennych emocji i rozczarowania samą sobą, w
oczach naprawdę stają mi łzy i strasznie trudno mi je opanować. Pan chyba to
dostrzega, bo mówi, że „no, dla takiej pięknej kobiety to mogę ten licznik
zatrzymać w Wierchporońcu, to będzie 70”... 70 nadal nie brzmi dobrze, to nadal
jest 7 razy więcej niż za busik i to nadal jest poważna wyrwa w moim
budżecie... Ale za to dostrzegam w tym okazję. To moja szósta rozmowa i trzecia
(po panu w TPN i pani w sklepiko–kawiarni) naprawdę dobra.
Znów boję się iść skrótem, zwłaszcza że
idąc w stronę miasta widziałam tam samochód TPN–u. Tym razem jest jeszcze
później i jeszcze ciemniej... Przy odejściu szlaku do Roztoki od asfaltówki do
Morskiego spotykam dwoje ludzi pnących się w górę. Pytają mnie, w którą stronę
parking. Nie chcąc, żeby popełnili mój błąd, radzę, żeby szli najszybciej jak
się da, bo ludzi jest już mało i busiki mogą skończyć kursowanie
wcześniej... Idąc staram się jak najczęściej odchrząkiwać, pokasływać, pociągać
nosem, klaskać w dłonie albo nawet tupać (chociaż trampkami trudno), żeby z
odpowiednim wyprzedzeniem spłoszyć każde zwierzątko, które mogę spotkać na
swojej drodze. Niedźwiedzi się tu nie spodziewam, żmije też są mało
prawdopodobne, ale w tym stanie ducha, to i ptak może doprowadzić mnie do ataku
paniki. Idzie się jednak lekko... Swobodnie przeskakuję z kamienia na kamień
nie martwiąc się zbytnio tym, że trampeczki są mniej przyczepne niż porządne
górskie buty i że włosy plączą mi się wszędzie i trochę zasłaniają widok.
W schronisku jest jakoś lepiej... Znów,
tak samo jak poprzednio, druga noc wyprawy jest cichsza niż pierwsza. Ludzi
jest mało, a w pokoju mieszka ze mną przesympatyczna rodzina zainteresowana
moimi badaniami i zachwycona moją ambicją... Jeszcze w mieście ściągnęłam na
telefon wszystko, co potrzebne do uzupełnienia tego nieszczęsnego teoretycznego
wstępu do badań terenowych, a teraz przerzucam to wszystko na laptopa, czytam i
piszę... Zapiszę maila z załącznikiem jako wersję roboczą i będę mieć nadzieję,
że jak jutro mój telefon złapie gdzieś Internet, to na tyle dobry, żeby to
wysłać... Siedzę w kąciku, w Tym Kąciku, w Moim Ukochanym Kąciku, który
poprzednio służył nam nie tylko za miejsce pracy, ale też za sypialnię, i
pracuję... Wszyscy rozmawiają, a ja piszę o wiedzy potocznej, myśleniu
zdroworozsądkowym, wyobrażeniach oraz kulturowym wytwarzaniu środowiska...
W schronisku pojawia się grupka
przemoczonych taterników. Ktoś znajomy zostawił dla nich wino i kieliszki,
więc teraz piją i zagryzają konserwą turystyczną, narzekając na to, że nie mają
chleba. Oddaję im pół swojego, dzisiaj zakupionego, który obiecują rano odkupić
i w ramach wdzięczności częstują mnie kieliszkiem wina. Piszę więc dalej
(tym razem te słowa) popijając wino... Z łazienki wracam przez całkiem puste
sale, w dekolt wlatuje mi ćma i przez dobre 5 minut nie mogę się jej pozbyć
spod ubrania, ale w końcu gaszę wszystkie światła i w ciszy wślizguję
się do pokoju...
12 lipca 2018
Mniejsza
tatrzańska wyprawa – dzień 3.
O (niespokojnym) odpoczynku
Napisana w nocy praca nieco uciszyła moje
wyrzuty sumienia, ale nadal jestem zestresowana. Bez Karola nie mogę jednak
zrobić pomiarów geomorfologicznych, a dopóki nie wyślę pracy i nie otrzymam
odpowiedzi, nie mam pewności, czy zadawane przeze mnie pytania są odpowiednio
sformułowane i czy nie powinnam prowadzić rozmów zupełnie inaczej. Czyli,
właściwie, poza wysłaniem maila, nie mam co robić... A pogoda jest taka piękna!
Mimo wszystko targają mną wątpliwości i
podjęcie decyzji zajmuje mi 3 godziny... W międzyczasie dostaję jeszcze
bochenek chleba (tak ze 2 razy większy od tego, który kupiłam wczoraj w
mieście) od wcześniej wspomnianych taterników. Marzą mi się Kozie Wierchy
i Granaty. Niekoniecznie na raz... Nawet na pewno nie na raz, bo na tak
długą wycieczkę nie jest przygotowana. Przyjechałam tu na badania terenowe, nie
na wycieczki górskie i mieszkam w Roztoce, nie w Piątce czy Murowańcu... Ale
może same Granaty? Albo sam Kozi? No ale przecież spałam tylko 4 godziny i
jestem wykończona stresem... Czy ja mam siłę pchać się na łańcuchy? Wstałam o
7.00, wychodzę o 10.00 i właściwie nadal nie wiem, co robić. Idę do Piątki,
a potem zobaczę. Dzisiaj najlepszym planem jest brak planu.
Pierwsze podejścia na samym początku
szlaku do Piątki zupełnie mnie załamują. Mam ochotę zasnąć idąc, tak zupełnie
nie mam siły... Po drodze marnuję jeszcze pół godziny na próbach wysłania
maila, który nawet się wysyła, ale bez załącznika. W końcu korzystam z tego,
że w ogóle mam zasięg i dzwonię do Karola, żeby zalogował się na moją studencką
pocztę i wysłał go za mnie. W ten sam, nieco okrężny, sposób dociera do
mnie – kilka godzin i wiele przeżyć później – uprzejma i pełna ciepła
odpowiedź, z której wynika, że w sumie to jednak wszystko zrobiłam dobrze
i nie miałam się czym martwić, a pani promotor trzyma za mnie kciuki. Do
Pięciu Stawów ciągną całe tłumy i idzie się źle, bo ciągle ktoś mnie trąca,
ktoś zatrzymuje się niespodziewanie kilka milimetrów przed moim nosem, kogoś
trzeba wyprzedzać, dzieci krzyczą, ludzie klną i ogólnie to urok w tym żaden...
W samej dolinie jest jednak pięknie...
Jestem zmęczona i już wiem, że po prostu
tu zostanę. Odpocznę... Może nawet zdrzemnę się gdzieś na kamieniu nad którymś
z bardziej oddalonych od schroniska stawów... Pierwszy przystanek robię nad
Wielkim Stawem, w miejscu, gdzie zaczyna się Siklawa... Wokół wielkiego głazu
pływają kaczki, wiatr tworzy drobne fale, a mi towarzyszy taka odważna
ptaszyna...
Nad Stawem wieje jednak zimny wiatr i
nawet w bluzie i kurtce marznę. Idę więc dalej. Poszukując sobie przytulnego
miejsca przechodzę obok szlaku na Kozi Wierch. Ale ja przecież nie idę na
Kozi... Kawałek dalej, tuż przed szlakiem na Szpiglasowy (czyli w takim
miejscu, z którego już nie można iść dalej, chyba że na jakiś szczyt albo
przełęcz), znajduję bardzo płaski, wygodny, nagrzany słońcem głaz z widokiem na
wodę... Zjadam cały prowiant, przymykam oczy, grzeję się w słońcu... A potem
przychodzi skłócone małżeństwo z dwojgiem bardzo bezczelnych i bardzo
wchodzących im na głowę dzieci i zajmują sąsiedni głaz. Uciekając przed tym
niepożądanym towarzystwem, wracam wzdłuż doliny i znów trafiam na szlak na
Kozi... No i idę. Czasówka mówi, że to tylko 1,5 godziny. Dzisiaj nie
spodziewam się jej skrócić... Idę w tempie chorego żółwia albo starzejącego się
ślimaka. Zatrzymuję się co kilkadziesiąt kroków albo dlatego, że chcę zrobić
ładne zdjęcia, albo dlatego, że wszystko mi przeszkadza. A to bluzę trzeba
założyć, bo zaczyna wiać, a to chustkę na szyi trzeba poprawić, a to okulary
przeciwsłoneczne wyjąć, a to rękawiczki założyć, bo zaczynają się skałki
wymagające użycia wszystkich czterech kończyn, a to kogoś schodzącego z góry
trzeba przepuścić...
Pod rękawiczką schowałam zegarek, ale
jestem przekonana, że szłam ze 2 godziny. Na szczycie jestem jednak równo 1,5
godziny od wyruszenia. Chmury przepływają wysoko, nie zasłaniając nawet
kawałeczka z tego widoku, a widok stąd ciągnie się od Podhala po Spisz i Orawę,
od Tatr Zachodnich po Bielskie...
Wracając robię jeszcze zdjęcia
helikoptera, który krąży nad Krzyżnem, siada na chwile, nie zatrzymując pracy
śmigła, przy schronisku, a w końcu odlatuje w stronę miasta, jak zwykle wywołując
refleksję nad niesamowitą siłą tych gór... I bezgranicznością ludzkiej głupoty.
Na szlaku do Pięciu Stawów napatrzyłam się na takie morze ludzkiej głupoty i
egoizmu, zachowań nieżyczliwych i nieodpowiedzialnych, że aż dziw, że to się
codziennie nie kończy przynajmniej kilkoma wypadkami... Pozuje mi też mój
dzisiejszy towarzysz, dumny Kozi Wierch, który od strony Hali Gąsienicowej i
Czarnego Stawu wygląda jak nieosiągalna, surowa, naga skała, a od Pięciu Stawów
jak niepozorna, potulna połoninka. O tak:
13 lipca 2018
Mniejsza
tatrzańska wyprawa – dzień 4.
O (spokojnej) pracy
Nie wiem, co mnie w końcu uspokoiło... Pomocna
i życzliwa odpowiedź od pani promotor, stanowiąca ostateczne pozwolenie na
prowadzenie badań terenowych, piękne widoki w drodze na Kozi i długi, gorący
prysznic w schronisku czy noc, podczas której wreszcie przespałam 8 godzin. Czy
może wszystko...? W każdym razie wreszcie jestem spokojniejsza.
Jadę na umówioną rozmowę w Centrum
Edukacji Przyrodniczej TPN, po drodze pytając busiarzy, o której tak
naprawdę, a nie zgodnie z oficjalnym rozkładem jazdy, muszę wracać, żeby ktoś
mnie zabrał do Palenicy. W Centrum jest miło i ładnie, kręcą się tu grupy
kolonijne i rodziny z dziećmi, jest więc głośno, ale jest też prąd, zasięg i
Internet, w schronisku tak deficytowe... Porządkuję zdjęcia, wrzucam wpisy,
opisuję rozmowy, przygotowuję kwestionariusz... Później uzupełnię zapasy w
sklepie i aptece, a przed 17.00 złapię busa do Palenicy, gdzie spróbuję jeszcze
porozmawiać z dorożkarzami.
Wieczorem czeka mnie dalsza praca, bo
robiąc pomiary 2 lata temu numerowałam sobie drogi, każdy ich odcinek nazywając
kolejną liczbą, natomiast później, pisząc pracę, zastosowałam nową numerację, w
której każda droga ma przypisaną tylko jedną liczbę, a jej poszczególne odcinki
oznaczone są literami. Ta pierwsza numeracja była dość chaotyczna, bo
zaczynałam od miejsc różnych, ale najczęściej po prostu tych najbardziej
dostępnych, a nie tych, gdzie poszczególne drogi się zaczynają. Nie mając do
dyspozycji aktualnych map najczęściej nawet nie wiedziałam, gdzie dana droga
się zaczyna, po prostu na nią... trafiałam. Nowa numeracja ma znacznie więcej
sensu... Ale nie żadnego związku ze starą. Tymczasem moje mapy (te ręcznie
robione) mają oczywiście numerację starą... A wykresy nową. Spędzę więc wieczór
na dochodzeniu do tego, czy punkt 5A jest na drodze 5, czy może na 13, 17 albo
25.
Ale to nie musi być zły wieczór!


















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz