14 lipca 2018
Mniejsza
tatrzańska wyprawa – dzień 5.
O potędze przyrody
Budzi mnie głośne bębnienie deszczu o
parapet i dźwięczny plusk wody w rynnach. Karol przychodzi ociekając zimną wodą,
tymczasem w schronisku jest przytulnie, duszno i gwarno... Dopiero gdy
deszcz ustaje, ludzi ubywa i my też w końcu wychodzimy. Pogoda zmienia się co
kilka (no, może kilkanaście, czasem nawet kilkadziesiąt) minut. Deszcz jest lodowaty,
w słońcu momentalnie robi się gorąco, a ciągłe przebieranie się drażni i męczy.
Bujne wierzbówki i tojady wzdłuż szlaku smagają mnie mokrymi liśćmi i kwiatami
po twarzy... Ale jest pięknie! Chmury przewalają się nad górami, słońce
prześwieca między nimi i rozbłyskuje na wielkich kroplach... A to jest nasza
droga! Nasza, piękna widokowo i budząca tyle wspomnień!
Moje przewrócone drzewko stanowiące punkt widokowy - wciąż to samo...
...i w dodatku z taką śliczną jaszczureczką!
Na Rusinowej i na Wiktorówkach rozmawiam z
bacą i z zakonnikami. To krótkie wywiady, ale wartościowe. Fotografuję drogę
pierwszą i drugą, przyglądam się uważnie dawnym wiatrołomom, mierzymy drogę trzecią. W miarę jak na mojej liście
pojawiają się zwięzłe opisy kolejnych rozmów, a na mojej mapie równe rządki
kolejnych liczb uzyskanych z ponownych pomiarów, staję się coraz
spokojniejsza...
Spokój nie trwa jednak długo... Mierzymy
drogę szesnastą. To ta zła, najgorsza droga. Ta, na której dwa lata temu
płakałam i klęłam, bo nie powinno jej tu być. Jedyna, której rok temu nie
mogłam znaleźć na własnej mapie i do której trafiłam tylko po współrzędnych...
Właściwie to, co się na niej dzieje, jest dobre, pocieszające i dające nadzieję...
Lato jest tu krótkie, ale – jak widać – niezwykle intensywne. Natura agresywnie
wydziera ludziom to, co się jej należy i zazdrośnie tego strzeże... Skrzypy i
paprocie sięgają mi do pasa, maliny i pokrzywy są ode mnie wyższe, więc muszę
uważać, żeby nie drapały i nie parzyły mi twarzy, gałęzie powalonych drzew
wyrywają i plączą mi włosy. Idziemy po śladach kopyt, przedzieramy się przez powalone
drzewa nie mając pewności, czy nie złamią się pod naszymi nogami i nie widząc,
w co z nich zeskakujemy. Spod butów uciekają malutkie żabki i wielkie ropuchy,
w powietrzu roją się dziesiątki owadów... Nie wiem, czy to, co lata mi wokół
twarzy i łaskocze po ramionach i dekolcie, to tylko własne włosy i zrudziałe
igły, czy jakieś owady i pajęczaki... Czuję się, jakby wszystko wokół chciało
mnie zjeść. Nie jestem tu mile widziana i wcale nie chcę tu być... Szczerze
mówić panicznie chcę już stąd pójść... Uciec... Ale to naprawdę dobrze! To nie
ja mam tu być mile widziana, tylko to kopytne zwierzątko, które szło tu przed
nami, te żaby, owady, pokrzywy i skrzypy...
Kopytka!
Uspokajam się trochę i zabieramy się za dalsze badania. Pomiary idą sprawnie, a na dawnych wiatrołomach dostrzegamy
coraz większe kępy liściastych (czyli właściwych) drzew... Kończymy ostatni
pomiar pod filipczańską skałką i słyszymy cichy, groźny pomruk grzmotu, widzimy
szybki, pojedynczy błysk, czujemy chłodne, złowróżbne podmuchy... A później
zaczyna się cisza przed burzą. Na Rusinowej robimy jeszcze zdjęcia chmur, które
zwieszają się ciężko nad górami, a później zaczyna padać... I już nie
przestaje. Krople spadają z nieba z podobną intensywnością i częstotliwością, z
jaką spadały rano pod prysznicem, tylko tym razem nie są tak przyjemnie ciepłe.
Po przekroczeniu którejś z kolei kałuży czuję, jak woda zaczyna chlupotać i
pluskać mi w butach... W półmroku, za kurtyną deszczu, majaczy jakiś wielki
wykrot... A może krzak? A może to niedźwiedź? Na szczęście tylko wykrot...
W lipcu w Tatrach pada. W
lipcu w Tatrach zawsze pada.
Dobrze, że jest Roztoka i gorący prysznic, i
ciepły kocyk, i miękkie łóżko...
15 lipca 2018
Mniejsza
tatrzańska wyprawa – dzień 6.
O powszednich przygodach
Na jutro jestem umówiona na wywiady z
Ciocią, Wujkiem, ich córką, jej mężem i ogólnie całą dalszą rodziną z
Kościeliska. Pomiary pod Rusinową to robota na trzy dni, ale zaczynam nieśmiało
planować, co możemy zrobić ostatniego dnia, jeżeli wyrobimy się z nimi w dwa
dni. A możemy na przykład przespać cały dzień w schronisku (jeśli będzie padać)
albo pójść na Granaty (jeśli padać nie będzie).
Pogoda znów jest zmienna, ale tym razem
nie pada. Jest tylko na przemian słonecznie i pochmurno... Znów idziemy po
śladach kopyt, znów przedzieramy się przez powalone drzewa, znów maliny i
pokrzywy są ode mnie wyższe, znów nie wiem, co mam pod nogami... Otacza nas
bogactwo malin, poziomek i jagód, piękno dzwonków, wierzbówek i tojadów,
towarzyszą nam żaby i ropuchy... Trasa, która powinna zająć 20 minut, zajmuje
nam 2 godziny. Kluczymy pomiędzy drzewami, które leżą jak rozsypane bierki,
niektóre staramy się przeskoczyć, pod innymi musimy się przeczołgać...
Czasami jest pięknie...
...czasami przerażająco...
...a czasami bardzo niewygodnie.
Pod koniec dnia zostaję na chwilę sama...
Karol rozkłada sprzęt w punkcie pomiarowym, a ja idę wyżej, zrobić kilka zdjęć.
I nie mogę uwierzyć, że dwa lata temu tak beztrosko chodziłam tędy zupełnie
sama przez tak wiele dni. Teraz jest inaczej... Tamten sierpień był słoneczny,
upalny, jasny... Ten lipiec jest deszczowy, chłodny, ciemny i jakiś ponury...
Wilgotne obniżenia i cieniste zakamarki są jakieś tajemnicze, nieprzewidywalne,
ponure...
Na wykrotach wyrastają małe siewki. Na dawnych
wiatrołomach pojawiają się buki, karłowate brzózki, małe jarzębinki... Te
fragmenty dróg, które leżą na terenach odkrytych, nasłonecznionych i w miarę
płaskich, powoli zarastają i znikają. Na razie roślinność jest na nich nieco
inna niż w otoczeniu, ale naturalna sukcesja zrobi swoje. Z satysfakcją notuję,
że nie trzeba już do nich wracać. Fragmenty na terenach mocniej nachylonych
również zarastają, ale nie znikają. Ich koleiny stanowią coraz głębsze
obniżenia w terenie, są pogłębiane przez płynącą wodę i erodowane jak dna
górskich potoków. Te w lesie, w cieniu, nawet nie zaczynają zarastać... Dzieje
się tu dużo i nadal warto badać, jak będzie się to zmieniać... Ale już trochę
mam dość. Wcześniej to była wielka przygoda, ale teraz, przez to wszystko,
trochę mi te moje kochane góry powszednieją... Mam dość stresujących rozmów i
dość męczących pomiarów. Nigdy więcej magisterki w Tatrach! W następnych latach
dwa dni pomiarów pod Rusinową, jeden dzień pomiarów w Olczyskiej, a poza tym
normalne, swobodne, nieograniczone... Chodzenie po górach. Tam, gdzie będziemy
chcieli!
Mierzymy wszystko i nawet wracamy do
schroniska przed zamknięciem bufetu, dzięki czemu naszą kolację stanowią
najwspanialsze pierogi na świecie, ruskie i z soczewicą. W schronisku
spotykamy też uroczą, ciepłą i kochaną panią Anię, która na jeden dzień
zmieniła panią Zosię. Żeby nie było – pani Zosia też jest miła, ale Jej to
człowiek trochę się boi. Nie bez powodu miejscowi nazywają Ją „krzyczącą
Zośką”.
Z
panią Anią, panią Zosią, doskonałymi pierogami i gorącą czekoladą
jest
nam tu dobrze i swojsko...
16 lipca 2018
Mniejsza
tatrzańska wyprawa – dzień 7.
O tym, gdzie zaczynają się góry
Powrót do Cioci, do Kościeliska, jest miły
i jakiś taki spokojny... Odkrywam, że już tak bardzo nie tęsknię... Kiedy byłam
mała, kiedy przyjeżdżałam tu z Mamą lub Tatą, zawsze mieszkałam u Cioci. Kilka
lat temu wszystko się zmieniło – w dawniej wolnych pokojach zamieszkała córka
Cioci z mężem i swoją córką. Teraz, przyjeżdżając tutaj z Mamą na Wielkanoc,
mieszkam u Wujka w Zakopanem, a przyjeżdżając sama – mieszkam w Roztoce.
Wcześniej było mi smutno... Ten pachnący sosnowymi deskami balkon z widokiem na
Giewont był dla mnie takim miejscem, w którym zaczynały się góry, takim górskim
domem. Ale w Roztoce też mi dobrze, w Roztoce też zaczynają się góry, Roztoka
to już też taki mój górski dom...
Rozmawiam jeszcze z kilkoma osobami w
Kościelisku i Zakopanem, spotykam się z Karolem, który w międzyczasie
zrobił nam zakupy, zjadamy obiad i pyszne gofry i wracamy do Roztoki. Pogoda
znów płynnie przechodzi od gorącego słońca do lodowatego deszczu, a ja znów
mam wrażenie, że zasnę idąc... Wracając spędzamy jeszcze chwilę zapatrzeni w
Wodogrzmoty. Jestem tu już od tygodnia, a jeszcze nawet nie rzuciłam na nie
okiem. A one są zawsze piękne, zawsze zachwycają, zawsze zaskakują... Plan na
dziś prawie wykonany, kładziemy się więc pod ciepłym, miękkim, schroniskowym
kocykiem i przysypiamy, kołysani do snu szumiącym deszczem... Wieczorem
przepisujemy pierwszą połowę pomiarów i robimy z nich wykresy, ale kładziemy
się wcześnie.
Jutro
mamy wolny dzień, więc może uda się pójść na Granaty...?
17 lipca 2018
Mniejsza
tatrzańska wyprawa – dzień 8.
O zachwycaniu się drobiazgami
Budzik dzwoni o 6.00 i od razu wiem, że na
Granaty nie pójdziemy. Za oknem miarowo, jednostajnie, monotonnie szumi
deszcz... Śpimy długo, tulimy się dużo, a później siedzimy sobie w sali
jadalnej. Karol rysuje, a ja porządkuję opisy rozmów. Po południu, chociaż
wciąż jest mokro, idziemy na spacer do Morskiego Oka. Pada bez przerwy, ale to
drobne, lekkie, ciepłe krople...Idę spokojnie, bez planu, bez ambicji i bez
stresu. Po prostu na spacer. Jeśli dojdziemy do Morskiego Oka – to dobrze.
Jeśli nie – to też dobrze. Nie idziemy dokądś. Idziemy na spacer.
Lipiec w Tatrach jest zawsze deszczowy,
ale jest też niezwykły... Niezwykłe jest to, co dzieje się z tutejszą
naturą, która ma tak mało czasu, która musi w pełni wykorzystać krótkie lato,
która wdziera się w każdą dostępną przestrzeń, która wystrzela bujną
zielonością wszędzie, gdzie tylko się da... Idę jak dawniej, jak dziecko,
zachwycając się każdą maleńką wspaniałością, pochylając się nad każdym uroczym
drobiazgiem... Między górami przelewają się chmury, rozwiewając się chwilami i
odsłaniając fragmenty stoków, pojedyncze szczyty... Obchodzimy Morskie Oko, a
ja zatrzymuję się co krok, żeby zrobić zdjęcia w tej nastrojowej aurze i po
prostu cieszyć się chwilą...
Dopiero wracając, snując plany na wieczór,
orientuję się, że to już znowu będzie wieczór samotny... Pada coraz
intensywniej, drogą do Roztoki płynie pokaźny strumień, Karol wychodzi w tę
ciemność i mokrość, a ja znów zostaję tu sama...
Ale
to był piękny dzień!
18 lipca 2018
Mniejsza
tatrzańska wyprawa – dzień 9.
O zamartwianiu się drobiazgami
To jeden z dni tak pełnych emocji, że aż
trudno w nie uwierzyć... I – na całe szczęście – jeden z tych, które
zapowiadają się fatalnie, a kończą się wspaniale.
Budzik znów dzwoni o 6.00 i znów od razu
wiem, że na Granaty nie pójdę. Uparłam się trochę na te Granaty, bo to ostatni spośród
dostępnych szlakami tatrzańskich szczytów, na którym byłam tylko raz.
Dotychczas tylko raz byłam również na Kozim Wierchu, ale to udało mi się
zmienić kilka dni temu. Jeśli chodzi o Granaty, to – przynajmniej tym razem –
chyba nie uda się tego zmienić...
Rano, nie do końca wiedząc, co mam ze sobą
zrobić, smętnie siedzę przy stole nad kubkiem chłodnej wody... Zagaduje mnie dwóch
chłopaków, z którymi byłam dzisiaj w pokoju. Pierwszej nocy spałam w dwójce,
później przez kilka nocy w czwórce, a przedwczoraj znów przenieśliśmy się do
dwójki. I coraz bardziej czuję się w tych pokojach jak u siebie. Ludzie,
podobnie jak dwa lata temu, przyglądają się ciekawie albo pytają wprost...
Przez kilka dni towarzyszyło mi w pokoju i kibicowało w badaniach
przesympatyczne małżeństwo z dwiema córkami, z których jedna była ode mnie o kilka
lat młodsza i studiowała geologię, a druga – o kilka lat starsza – przyjechała
tu na wakacje, bo na co dzień mieszka z mężem w Australii. Przez te dni, kiedy
był ze mną Karol, schronisko wypełniała swoją radosną obecnością rodzina z
trzema małymi córeczkami, których mama była dodatkowo w ciąży. Córeczki były urocze
i mądre, a rodzice wzbudzili mój podziw tym, jak sprawnie, z jakim
spokojem, szacunkiem i rozsądkiem ogarniali je wszystkie. Teraz przy
sąsiednim stole siedzi kolejna sympatyczna rodzina – rodzice o inteligentnym
poczuciu humoru, starsza córka i dwóch młodszych synów. Grają w kierki, a ja
śmieję się pod nosem z ich zabawnych komentarzy.
Czekając, aż przestanie padać, spędzam
prawie godzinę pod gorącym prysznicem... Ale padać nie przestaje. Wracam
do pokoju, pustego, ciemnego i smutnego... I w ogóle jakoś taki mi samotnie i
smutno... I znów się stresuję, bo nic nie robię. Szykuję sobie nieprzemakalne
spodnie, wyciągam z suszarni kurtkę i naprawdę zamierzam iść do Palenicy i
pogadać ze wszystkimi, którzy tam pracują... Ale leje tak, że nawet nie
wyciągnę telefonu, żeby cokolwiek nagrać, a jeśli cokolwiek nagram, to prędzej
deszcz niż słowa. Szykując sobie śniadanie zauważam pana, który zmienia wystrój
na ścianach. Wcześniej wisiała tu wystawa pięknych zdjęć narciarzy z
dwudziestolecia międzywojennego, teraz pojawia się nowa, również międzywojenna,
ale dotycząca taterników. Pan pracuje w świetlicy, zdejmując ramy, wyjmując z
nich stare plakaty i wkładając nowe. Dostrzegam w tym bardzo sprzyjające
okoliczności, moje śniadanie musi więc poczekać – najpierw wykorzystuję okazję
i nagrywam kolejny wywiad.
Po śniadaniu przepisuję ostatnie pomiary
(pomiary nowe, z miejsc, których wcześniej nie mierzyłam, ale po dwóch latach
okazały się bardziej istotne i interesujące, niż wydawały się za pierwszym
razem) i tworzę z nich wykresy. Ludzie dookoła grają w karty, w szachy,
sympatyczna rodzina czyta książki, a mi jest jakoś coraz bardziej smutno i
samotnie od tego siedzenia w miejscu i patrzenia w okno, za którym nieustannie
pada... Zamykam się w pokoju, nadal pustym, żeby się wypłakać, a później,
zwinięta w kłębek, zasnąć...
Do głównej sali wracam we wczesnej porze
obiadowej, ławki powoli się zapełniają, a mi robi się mniej samotnie, a
bardziej przytulnie. Zbieram się na odwagę, żeby zagadnąć panią Anię... Co
prawda pracuje teraz niezmiennie pani Zosia, ale pani Ania kręci się zawsze
gdzieś w pobliżu... Nagrywam nawet nie jeden, a trzy nowe wywiady, bo pani Ania
wskazuje mi jeszcze dwóch przewodników tatrzańskich, również bardzo chętnych do
rozmowy.
Jest głośno, radośnie i przytulnie...
Jest dobrze. Nawet miła, ale nieco groźna pani Zosia zagaduje mnie i zaprasza
na jutrzejszą prelekcję na temat nowej wystawy. Co prawda prelekcja jest
wieczorem, więc pewnie na niej nie zostanę, ale rozczula mnie to zaproszenie...
Po pracy nagrywam z Nią wywiad, a potem wracam do pokoju, gdzie – poza mną –
śpią sami przewodnicy i taternicy.
To
moja ostatnia noc w Roztoce i już wiem, że będę tęsknić...


















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz