19 lipca 2018
Mniejsza
tatrzańska wyprawa – dzień 10.
O (nie)powodzi i (nie)powodzeniach
Z relacji w
mediach wynika, że podobno "To, co się dzieje w Tatrach, to już nie
kataklizm, to klęska żywiołowa". Według doniesień Tatry – najwyraźniej – zalała
powódź do pułapu 2 tysięcy metrów, mamy więc nowe Morze Podhalańskie, a
najwyższe szczyty utworzyły Archipelag Tatrzański, bo już nawet mój Ojciec
dzwonił do schroniska, żeby się upewnić, czy przypadkiem nie utonęłam. Zośka w
pięknym stylu zgasiła Go przy użyciu czterech liter (RODO), całkiem zresztą
słusznie, bo i tak ma kobieta roboty po łokcie i nie należy Jej bez powodu
głowy zawracać. Ostatecznie jednak z pewną wyrozumiałością wyjaśniła Mu, że
żadnej powodzi nie mamy. A ja żyję i świetnie się bawię, tylko zasięgu czasem nie mam, co też ma swój urok.
W Roztoce od wczoraj trwa spęd przewodników tatrzańskich z małymi
zagranicznymi grupkami. Nie można ich zabrać do Piątki ani dookoła MOka, o Rysach
już nie wspominając, więc przyprowadzają ich tutaj. Brytyjczycy, Niemcy i Francuzi
siedzą w pokojach, a przewodnicy i taternicy – w sali jadalnej, gdzie zajadamy
się Studentską, popijamy Kofolę (wczoraj byli na Słowacji) i mamy niezły ubaw z
tych doniesień z nizin...
Rzeczywiście, jak we wtorek zaczęło padać, tak nadal nie
przestało... No dobra, drogę dojazdową do Roztoki zalało, a mostek to zerwało
już wczoraj. No okej, szlak do Piątki zamknięty, bo płynie nim rwący potok, i
nasz szlak na Rusinową również, z tego samego powodu, zamknięty. No owszem,
dookoła MOka nie da się przejść, bo wystąpiło z brzegów i woda na szlaku
sięga po kolana... No taaak, most na drodze Zakopane – Palenica też zerwało i –
jak to mówi Zosia – "samochodem to nie radzę, bo jeszcze się zgubicie
przez tem Bukowine, ale busy to se radzom". Olbrzymiego głazu, o który
rozbija się i z którego rozbryzguje się woda w Wodogrzmotach, nie widać,
wystaje tylko maleńki kawałek tej wyższej skałki... Rybi Potok powoli zbliża
się szerokością do Wisły w Krakowie... Ale, jak to mawiał Albert Einstein
(a może to był Mickiewicz...?), nie należy wierzyć we wszystkie bzdury
wypisane w Internecie! Zośka wzrusza ramionami i mówi, że "dysc, jak dysc,
no przecie to góry som"... Podobno są miejsca w Małopolsce, gdzie
sytuacja naprawdę jest kryzysowa, ale tutaj – o ile człowiek ma wystarczająco
dużo rozsądku, żeby trzymać się z daleka od rwącej rzeki – nie jest
niebezpiecznie. Jest nawet jakoś... Ciekawiej. Inaczej. Wyjątkowo. Atmosfera w
schronisku przyjazna i radosna, co chwilę rozbrzmiewają wybuchy gromkiego
śmiechu... Deszcz łączy ludzi. Aż żal będzie stąd wychodzić!
Na zakończenie przeprowadzam jeszcze wywiad z Marzenką z
obsługi schroniska, a kiedy żegnam się ze wszystkimi Zosia rzuca jeszcze
przez ramię, żeby dać Jej kiedyś tę pracę do przeczytania, bo ciekawa jest
„jakie to spojrzenie ma – przepraszam że Cię tak nazwę, bo fajna całkiem jesteś
– ceper na ten nosz holny wiater”.
Pogoda sprawiła, że tym razem dylemat, czy iść drogą (zalaną
kompletnie i pozbawioną mostu) czy szlakiem (zalanym tylko troszeczkę),
rozwiązał się sam. Podchodzę więc z moim wielkim plecakiem pod Wodogrzmoty,
mijając po drodze kilka osób pytających, czy tego schroniska tam na dole nie
zalało i czy ono w ogóle jest otwarte. Pod Wodogrzmotami stoi samochód terenowy
TPNu, a strażnicy rozwieszają właśnie taśmę w poprzek trasy do Piątki i przyklejają
na drogowskazie informacje o chwilowym zamknięciu tego szlaku. Wodogrzmoty,
huczące groźnie i wściekle, robią wrażenie... A padać nie przestaje. Mijam nasz
szlak na Rusinową, również zagrodzony TPNowską taśmą i opatrzony informacją o chwilowym
zamknięciu... I chociaż deszcz leje mi się na głowę, a plecak trochę ciąży, to
idzie mi się lekko i do Palenicy docieram szybko...
Na szlaku i na parkingu ludzi jest niewielu, a pogoda w
magiczny sposób łączy – zawsze można na nią wspólnie ponarzekać. Dorożkarze
czekają na turystów chętnych na przejażdżkę do Moka, a że tych jest – z
oczywistych względów – niewielu, górale mają dużo czasu... To ostatnia
szansa, postanawiam się więc niczym nie przejmować i po prostu ją wykorzystać.
I udaje się! Nagrywam wywiad z prawdziwym góralem, takim z dziada pradziada.
Zbieram się też na odwagę, żeby zagadać do busiarzy... Już raz próbowałam i
zraziłam się okropnie. Karol mówi, że po prostu im się spodobałam, ale jeżeli
tak, to przepraszam, ale ja nie rozumiem, jak działa ta pokrętna męska logika.
Chyba że to takie prawo samców w stadzie... Jak jestem z którymś z nich
sama, jak jadę pustym busem, to jestem „bardzo piękną dziewczyną” i ogólnie warto
spróbować mnie poderwać... Ale jak są w stadzie, to można się ze mnie co
najwyżej pośmiać. Na przykład powiedzieć, że oni to nie mają czasu (chociaż
przecież stoją i nic nie robią, a do odjazdu mają jeszcze co najmniej pół
godziny), ale „ten kolega o tam” to na pewno mi dużo opowie... A kiedy podejdę
do wskazanego kolegi i dowiem się, że „No co pani? Co ja mogę o halnym opowiedzieć,
jak ja ze Śląska jestem?”, wybuchnąć gromkim śmiechem. No ale trudno,
spróbuję jeszcze raz... Trafiam na tę samą grupkę co poprzednio, nie muszę więc
nawet tłumaczyć, o co chodzi. Kierowcy chowają się przed deszczem siedząc w
otwartym busie, ja też chowam się na jego schodkach i tym razem, o dziwo,
odpowiadają miło i chętnie. Nie wiem, czy to przez moją wytrwałość, czy przez ten
plecak, tę pogodę, atmosferę tego dnia... Stoję sobie i nagrywam, a tymczasem z
tyłu podchodzi kolejny kierowca i zabiera mi plecak. Wrzuca go do tego busa,
który jako pierwszy odjedzie do miasta i nawet mówi, żebym spokojnie
„odpytywała kolegów”, a On mnie zawoła, jak już będzie odjeżdżał...
Do Zakopanego docieram więc z dwoma nowymi,
naprawdę dobrymi, wywiadami!
20 lipca 2018
Mniejsza
tatrzańska wyprawa – dzień 11.
O wnioskach
Wczoraj wieczorem przyjechała do mnie
Mama. Ostatnie dwa dni spędzę z Nią, już nie w Roztoce, ale też nie u Cioci, tylko
w pokoiku na dolnych Krupówkach, na szczęście prawie tak przyjemnym, jak te
schroniskowe i z widokiem prawie tak pięknym, jak ten z ciocinego balkonu... To
znaczy... Gdyby coś było widać. Bo na razie nie przestało padać, więc nie
widać.
Zostawiam Mamę z książką i kawą, a sama
wybieram się na kolejny wywiad w Urzędzie Miasta. Pani w Biurze Obsługi
Mieszkańców nie ma dla mnie czasu, ale dosyć beztrosko wpuszcza mnie na teren
urzędu i mówi, że mogę przejść się po wydziałach i pogadać z kim chcę. No to
gadam i nagrywam kolejny, długi i naprawdę udany, wywiad. Później wybieram się
jeszcze do siedziby TOPRu... Idąc tak przez całe miasto, z okolic dworca w
okolice skoczni (nie żeby Zakopane było jakimś wielkim miastem, ale chwilę to
jednak zajmuje), z najwyższym zdziwieniem zauważam, że... Przestało padać! I
nawet zaczyna się odsłaniać Giewont! Nooo, jak już widać Giewont, to można iść
w góry! Co prawda prawie doszłam do tych TOPRowców... No ale trudno, trzeba
korzystać z pogody. Zawracam więc na pięcie i idę w stronę naszego
pokoiku... Gdzieś tak w połowie drogi czuję znów na skórze chłodne krople...
Jeżu kolczasty, ja wiem, że pogoda w Tatrach jest zmienna i kapryśna, no ale są
chyba jakieś granice! Nie...?
Wychodzimy mierzyć. Nie pada, ale jest
zimno. Dochodzimy do przystanku busików. Nie pada i jest coraz cieplej.
Dojeżdżamy do Jaszurówki i nagle robi się piękny, ciepły i słoneczny
dzień. Na liściach zwisają delikatnie, drżąc na wietrze i błyszcząc w słońcu,
wielkie krople. Olczyski Potok, zazwyczaj przyjaźnie szemrzący, huczy
ogłuszająco i w wielu miejscach sięga niemal poziomu szlaku.
Stromy stok z wąziutką ścieżką, która
powinna doprowadzić do najważniejszej z badanych przeze mnie dróg, jest
jednym wielkim spływem błotnym i z całą pewnością nie jest stabilny, a już na
pewno nie na tyle, żeby nim iść. Idziemy więc szlakiem, żeby dostać się do
mojej drogi od przeciwnej strony. Drzewa pomiarowe, które oznaczałam dotychczas
niewielkim znaczkiem z tyłu, przy samej ziemi, są z każdej strony szczelnie
obrośnięte gęstymi jagodami albo wysokimi malinami... Wkładam głowę w te
krzaczory, tylko po to, żeby spojrzeć od tyłu na pień każdego drzewa i
sprawdzić, czy mój dyskretny znak tam jest. Jagody tylko plączą i wyrywają mi
włosy, ale maliny drapią po twarzy i powodują, że tracę cierpliwość... Praca w
ogóle idzie powoli. Z Karolem wszystko dzieje się szybko i sprawnie, to z Nim
zmierzyłam to wszystko po raz pierwszy, On już wie, co robić i przede wszystkim
prawie wszystko robi sam, a ja w tym czasie notuję podawane mi przez Niego
wartości i robię zdjęcia... Nie mogę oczekiwać tego samego od Mamy, która w
Olczyskiej nie robiła pomiarów wcale (a w Rusinowej tylko raz) i która
przez kłopoty z kolanem wielu pomiarów po prostu nie jest w stanie zrobić, bo
trzeba wdrapywać się w takie miejsca, że nawet ja czasem muszę dłuuugo
kombinować, jak się tam w ogóle dostać. Drogi ciągną się w nieskończoność,
krzaczory ciągną mnie za włosy i w końcu mam dość. Skoro dostałam pozwolenie na
znakowanie drzew, to dostałam i mogę! Koniec z dyskretnymi znaczkami z tyłu i w
dole pnia. Rysuję sprejem wielką, absolutnie niedyskretną, strzałkę... A potem
kolejną. I kolejną. Przynajmniej za rok będzie łatwiej. Do jednego punktu
pomiarowego nie docieramy, bo trzeba by było... Przejść przez bród. A bród...
No cóż... Ja bym przeszła. Buty bym miała mokre. W zasadzie to obstawiam, że
tak do połowy ud byłabym mokra. Ale czego się nie robi dla nauki? Sama jednak
pomiaru nie zrobię...
Dokumentujemy natomiast wiatrołomy,
wiatrowały i młodniki. A te wyglądają coraz lepiej. Coraz bardziej zielono i
coraz bardziej liściasto. To, co wiatr powalił a kornik zjadł, odradza się
błyskawicznie i odradza się lepsze! Młode, zdrowe, bardziej zróżnicowane,
bardziej naturalne. Po kilku dniach deszczu wśród szkółek leśnych zakwitają
pierwsze, nieśmiałe jeszcze, goryczki...
Będzie
tu jeszcze pięknie! Nawet piękniej niż kiedyś!
21 lipca 2018
Mniejsza
tatrzańska wyprawa – dzień 12.
O potężnych pokusach i pięknych pożegnaniach
Chciałabym wrócić pod Rusinową i jeszcze
raz zmierzyć 3 punkty przy samym szlaku, żeby sprawdzić czy coś (a właściwie co
i jak bardzo) zmieniło się po kilku dniach nieustannych opadów. Bo że coś się
zmieniło, to nie mam wątpliwości, tylko po prostu warto by to było dokładnie
zmierzyć i udokumentować. Problem w tym, że droga Oswalda Balzera zamknięta,
więc musiałybyśmy iść bardzo naokoło... A że pogoda jest przepiękna, to
zupełnie nam się nie chce... Jutrzejszy pociąg mamy dopiero o 15, więc
spróbujemy zrobić to jutro rano. Dzisiaj po prostu idziemy na spacer.
I znów muszę nastawić się po prostu na
spacer. Sama w taką pogodę bez wahania poszłabym na te Granaty, które tak
pięknie wspominam i które tak kuszą, żeby odwiedzić je jeszcze raz, ale
dzisiaj nie decyduję ja, tylko Mama i Jej kolano. Idziemy więc do Gąsienicowej,
a później przez Mały Kościelec i Przełęcz Karb wokół Stawków Gąsienicowych.
Rajską dolinę Jaworzynki zalewa ostre
słońce i wypełnia niemal nienaturalnie nasycona zieleń... Hala Gąsienicowa
kwitnie tysiącami tojadów i wierzbówek. Sierpień to w Tatrach czas goryczek, w
lipcu królują wierzbówki i tojady. Mokre skały Kościelca oślepiająco lśnią i błyszczą...
Czarny Staw Gąsienicowy, wbrew nazwie, jest intensywnie szmaragdowy. Przegląda
się w nim daleki Kozi Wierch, kanciasta, trójgraniasta Żółta Turnia... I
Granaty. Te nagie, surowe skały Granatów, które tak nieustająco, niemal
hipnotyzująco, kuszą, nęcą, prześladują... Stawki Gąsienicowe – zazwyczaj takie
większe kałuże – zmieniły się w jeziorka z prawdziwego zdarzenia...
Idziemy tą ścieżynką, być może najbardziej
urzekającą w całych polskich Tatrach, a tymczasem nad Wołoszynem krąży
TOPRowski helikopter. Kartka na drzwiach dyżurki w schronisku głosi, że
„ratownik w akcji”, ale ratownik właśnie z tej akcji wraca. W dyżurce jest też
Jego żona i trójka dzieci, a przeprowadzony z Nim wywiad może być
najcenniejszym ze wszystkich, bo to, co czasem wtrącają do rozmowy dzieci, jest
tak szczere i prawdziwe, a jednocześnie oczywiste i właściwie nieuświadomione,
że o naturze występujących tu zjawisk i relacji między tutejszą przyrodą a
mieszkańcami gór mówi właściwie wszystko...
Rajska Jaworzynka żegna nas senną,
zamgloną, zieloną ciszą... Niczego więcej mi już nie trzeba. A te Granaty?
Cóż...
Wrócę.
Tutaj zawsze będzie po co i do czego wracać.
Rajska Jaworzynka
Dzielne dzwonki!
Kwitnąca Hala z lśniącym Kościelcem
Żółta Turnia i Granaty nad Czarnym Stawem
Granaty i Kozi
Stawki Gąsienicowe
Ścieżka wśród stawów i kwiatów
Wołoszyn i Żółta
Hala wciąż kwitnie, tylko Kościelec wysechł
Magiczne pożegnanie!
"Taki tam spokój... Na gór zbocza
światła się zlewa mgła przezrocza
na senną zieleń gór.
(...)
Ponad doliną się rozwiesza
srebrzystoturkusowa cisza
nieba w słonecznych skrach."
(Kazimierz Przerwa – Tetmajer
"Widok ze Świnicy do doliny Wierchcichej")





















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz