niedziela, 5 sierpnia 2018

Mniejsza tatrzańska wyprawa - część 3.


19 lipca 2018
Mniejsza tatrzańska wyprawa – dzień 10.
O (nie)powodzi i (nie)powodzeniach

Z relacji w mediach wynika, że podobno "To, co się dzieje w Tatrach, to już nie kataklizm, to klęska żywiołowa". Według doniesień Tatry – najwyraźniej – zalała powódź do pułapu 2 tysięcy metrów, mamy więc nowe Morze Podhalańskie, a najwyższe szczyty utworzyły Archipelag Tatrzański, bo już nawet mój Ojciec dzwonił do schroniska, żeby się upewnić, czy przypadkiem nie utonęłam. Zośka w pięknym stylu zgasiła Go przy użyciu czterech liter (RODO), całkiem zresztą słusznie, bo i tak ma kobieta roboty po łokcie i nie należy Jej bez powodu głowy zawracać. Ostatecznie jednak z pewną wyrozumiałością wyjaśniła Mu, że żadnej powodzi nie mamy. A ja żyję i świetnie się bawię, tylko zasięgu czasem nie mam, co też ma swój urok. W Roztoce od wczoraj trwa spęd przewodników tatrzańskich z małymi zagranicznymi grupkami. Nie można ich zabrać do Piątki ani dookoła MOka, o Rysach już nie wspominając, więc przyprowadzają ich tutaj. Brytyjczycy, Niemcy i Francuzi siedzą w pokojach, a przewodnicy i taternicy – w sali jadalnej, gdzie zajadamy się Studentską, popijamy Kofolę (wczoraj byli na Słowacji) i mamy niezły ubaw z tych doniesień z nizin...
Rzeczywiście, jak we wtorek zaczęło padać, tak nadal nie przestało... No dobra, drogę dojazdową do Roztoki zalało, a mostek to zerwało już wczoraj. No okej, szlak do Piątki zamknięty, bo płynie nim rwący potok, i nasz szlak na Rusinową również, z tego samego powodu, zamknięty. No owszem, dookoła MOka nie da się przejść, bo wystąpiło z brzegów i woda na szlaku sięga po kolana... No taaak, most na drodze Zakopane – Palenica też zerwało i – jak to mówi Zosia – "samochodem to nie radzę, bo jeszcze się zgubicie przez tem Bukowine, ale busy to se radzom". Olbrzymiego głazu, o który rozbija się i z którego rozbryzguje się woda w Wodogrzmotach, nie widać, wystaje tylko maleńki kawałek tej wyższej skałki... Rybi Potok powoli zbliża się szerokością do Wisły w Krakowie... Ale, jak to mawiał Albert Einstein (a może to był Mickiewicz...?), nie należy wierzyć we wszystkie bzdury wypisane w Internecie! Zośka wzrusza ramionami i mówi, że "dysc, jak dysc, no przecie to góry som"... Podobno są miejsca w Małopolsce, gdzie sytuacja naprawdę jest kryzysowa, ale tutaj – o ile człowiek ma wystarczająco dużo rozsądku, żeby trzymać się z daleka od rwącej rzeki – nie jest niebezpiecznie. Jest nawet jakoś... Ciekawiej. Inaczej. Wyjątkowo. Atmosfera w schronisku przyjazna i radosna, co chwilę rozbrzmiewają wybuchy gromkiego śmiechu... Deszcz łączy ludzi. Aż żal będzie stąd wychodzić!
Na zakończenie przeprowadzam jeszcze wywiad z Marzenką z obsługi schroniska, a kiedy żegnam się ze wszystkimi Zosia rzuca jeszcze przez ramię, żeby dać Jej kiedyś tę pracę do przeczytania, bo ciekawa jest „jakie to spojrzenie ma – przepraszam że Cię tak nazwę, bo fajna całkiem jesteś – ceper na ten nosz holny wiater”.


Pogoda sprawiła, że tym razem dylemat, czy iść drogą (zalaną kompletnie i pozbawioną mostu) czy szlakiem (zalanym tylko troszeczkę), rozwiązał się sam. Podchodzę więc z moim wielkim plecakiem pod Wodogrzmoty, mijając po drodze kilka osób pytających, czy tego schroniska tam na dole nie zalało i czy ono w ogóle jest otwarte. Pod Wodogrzmotami stoi samochód terenowy TPNu, a strażnicy rozwieszają właśnie taśmę w poprzek trasy do Piątki i przyklejają na drogowskazie informacje o chwilowym zamknięciu tego szlaku. Wodogrzmoty, huczące groźnie i wściekle, robią wrażenie... A padać nie przestaje. Mijam nasz szlak na Rusinową, również zagrodzony TPNowską taśmą i opatrzony informacją o chwilowym zamknięciu... I chociaż deszcz leje mi się na głowę, a plecak trochę ciąży, to idzie mi się lekko i do Palenicy docieram szybko...




Na szlaku i na parkingu ludzi jest niewielu, a pogoda w magiczny sposób łączy – zawsze można na nią wspólnie ponarzekać. Dorożkarze czekają na turystów chętnych na przejażdżkę do Moka, a że tych jest – z oczywistych względów – niewielu, górale mają dużo czasu... To ostatnia szansa, postanawiam się więc niczym nie przejmować i po prostu ją wykorzystać. I udaje się! Nagrywam wywiad z prawdziwym góralem, takim z dziada pradziada. Zbieram się też na odwagę, żeby zagadać do busiarzy... Już raz próbowałam i zraziłam się okropnie. Karol mówi, że po prostu im się spodobałam, ale jeżeli tak, to przepraszam, ale ja nie rozumiem, jak działa ta pokrętna męska logika. Chyba że to takie prawo samców w stadzie... Jak jestem z którymś z nich sama, jak jadę pustym busem, to jestem „bardzo piękną dziewczyną” i ogólnie warto spróbować mnie poderwać... Ale jak są w stadzie, to można się ze mnie co najwyżej pośmiać. Na przykład powiedzieć, że oni to nie mają czasu (chociaż przecież stoją i nic nie robią, a do odjazdu mają jeszcze co najmniej pół godziny), ale „ten kolega o tam” to na pewno mi dużo opowie... A kiedy podejdę do wskazanego kolegi i dowiem się, że „No co pani? Co ja mogę o halnym opowiedzieć, jak ja ze Śląska jestem?”, wybuchnąć gromkim śmiechem. No ale trudno, spróbuję jeszcze raz... Trafiam na tę samą grupkę co poprzednio, nie muszę więc nawet tłumaczyć, o co chodzi. Kierowcy chowają się przed deszczem siedząc w otwartym busie, ja też chowam się na jego schodkach i tym razem, o dziwo, odpowiadają miło i chętnie. Nie wiem, czy to przez moją wytrwałość, czy przez ten plecak, tę pogodę, atmosferę tego dnia... Stoję sobie i nagrywam, a tymczasem z tyłu podchodzi kolejny kierowca i zabiera mi plecak. Wrzuca go do tego busa, który jako pierwszy odjedzie do miasta i nawet mówi, żebym spokojnie „odpytywała kolegów”, a On mnie zawoła, jak już będzie odjeżdżał...

Do Zakopanego docieram więc z dwoma nowymi, naprawdę dobrymi, wywiadami!


20 lipca 2018
Mniejsza tatrzańska wyprawa – dzień 11.
O wnioskach

Wczoraj wieczorem przyjechała do mnie Mama. Ostatnie dwa dni spędzę z Nią, już nie w Roztoce, ale też nie u Cioci, tylko w pokoiku na dolnych Krupówkach, na szczęście prawie tak przyjemnym, jak te schroniskowe i z widokiem prawie tak pięknym, jak ten z ciocinego balkonu... To znaczy... Gdyby coś było widać. Bo na razie nie przestało padać, więc nie widać.
Zostawiam Mamę z książką i kawą, a sama wybieram się na kolejny wywiad w Urzędzie Miasta. Pani w Biurze Obsługi Mieszkańców nie ma dla mnie czasu, ale dosyć beztrosko wpuszcza mnie na teren urzędu i mówi, że mogę przejść się po wydziałach i pogadać z kim chcę. No to gadam i nagrywam kolejny, długi i naprawdę udany, wywiad. Później wybieram się jeszcze do siedziby TOPRu... Idąc tak przez całe miasto, z okolic dworca w okolice skoczni (nie żeby Zakopane było jakimś wielkim miastem, ale chwilę to jednak zajmuje), z najwyższym zdziwieniem zauważam, że... Przestało padać! I nawet zaczyna się odsłaniać Giewont! Nooo, jak już widać Giewont, to można iść w góry! Co prawda prawie doszłam do tych TOPRowców... No ale trudno, trzeba korzystać z pogody. Zawracam więc na pięcie i idę w stronę naszego pokoiku... Gdzieś tak w połowie drogi czuję znów na skórze chłodne krople... Jeżu kolczasty, ja wiem, że pogoda w Tatrach jest zmienna i kapryśna, no ale są chyba jakieś granice! Nie...?
Wychodzimy mierzyć. Nie pada, ale jest zimno. Dochodzimy do przystanku busików. Nie pada i jest coraz cieplej. Dojeżdżamy do Jaszurówki i nagle robi się piękny, ciepły i słoneczny dzień. Na liściach zwisają delikatnie, drżąc na wietrze i błyszcząc w słońcu, wielkie krople. Olczyski Potok, zazwyczaj przyjaźnie szemrzący, huczy ogłuszająco i w wielu miejscach sięga niemal poziomu szlaku.


 


Stromy stok z wąziutką ścieżką, która powinna doprowadzić do najważniejszej z badanych przeze mnie dróg, jest jednym wielkim spływem błotnym i z całą pewnością nie jest stabilny, a już na pewno nie na tyle, żeby nim iść. Idziemy więc szlakiem, żeby dostać się do mojej drogi od przeciwnej strony. Drzewa pomiarowe, które oznaczałam dotychczas niewielkim znaczkiem z tyłu, przy samej ziemi, są z każdej strony szczelnie obrośnięte gęstymi jagodami albo wysokimi malinami... Wkładam głowę w te krzaczory, tylko po to, żeby spojrzeć od tyłu na pień każdego drzewa i sprawdzić, czy mój dyskretny znak tam jest. Jagody tylko plączą i wyrywają mi włosy, ale maliny drapią po twarzy i powodują, że tracę cierpliwość... Praca w ogóle idzie powoli. Z Karolem wszystko dzieje się szybko i sprawnie, to z Nim zmierzyłam to wszystko po raz pierwszy, On już wie, co robić i przede wszystkim prawie wszystko robi sam, a ja w tym czasie notuję podawane mi przez Niego wartości i robię zdjęcia... Nie mogę oczekiwać tego samego od Mamy, która w Olczyskiej nie robiła pomiarów wcale (a w Rusinowej tylko raz) i która przez kłopoty z kolanem wielu pomiarów po prostu nie jest w stanie zrobić, bo trzeba wdrapywać się w takie miejsca, że nawet ja czasem muszę dłuuugo kombinować, jak się tam w ogóle dostać. Drogi ciągną się w nieskończoność, krzaczory ciągną mnie za włosy i w końcu mam dość. Skoro dostałam pozwolenie na znakowanie drzew, to dostałam i mogę! Koniec z dyskretnymi znaczkami z tyłu i w dole pnia. Rysuję sprejem wielką, absolutnie niedyskretną, strzałkę... A potem kolejną. I kolejną. Przynajmniej za rok będzie łatwiej. Do jednego punktu pomiarowego nie docieramy, bo trzeba by było... Przejść przez bród. A bród... No cóż... Ja bym przeszła. Buty bym miała mokre. W zasadzie to obstawiam, że tak do połowy ud byłabym mokra. Ale czego się nie robi dla nauki? Sama jednak pomiaru nie zrobię... 


Dokumentujemy natomiast wiatrołomy, wiatrowały i młodniki. A te wyglądają coraz lepiej. Coraz bardziej zielono i coraz bardziej liściasto. To, co wiatr powalił a kornik zjadł, odradza się błyskawicznie i odradza się lepsze! Młode, zdrowe, bardziej zróżnicowane, bardziej naturalne. Po kilku dniach deszczu wśród szkółek leśnych zakwitają pierwsze, nieśmiałe jeszcze, goryczki...
Będzie tu jeszcze pięknie! Nawet piękniej niż kiedyś!





21 lipca 2018
Mniejsza tatrzańska wyprawa – dzień 12.
O potężnych pokusach i pięknych pożegnaniach

Chciałabym wrócić pod Rusinową i jeszcze raz zmierzyć 3 punkty przy samym szlaku, żeby sprawdzić czy coś (a właściwie co i jak bardzo) zmieniło się po kilku dniach nieustannych opadów. Bo że coś się zmieniło, to nie mam wątpliwości, tylko po prostu warto by to było dokładnie zmierzyć i udokumentować. Problem w tym, że droga Oswalda Balzera zamknięta, więc musiałybyśmy iść bardzo naokoło... A że pogoda jest przepiękna, to zupełnie nam się nie chce... Jutrzejszy pociąg mamy dopiero o 15, więc spróbujemy zrobić to jutro rano. Dzisiaj po prostu idziemy na spacer.
I znów muszę nastawić się po prostu na spacer. Sama w taką pogodę bez wahania poszłabym na te Granaty, które tak pięknie wspominam i które tak kuszą, żeby odwiedzić je jeszcze raz, ale dzisiaj nie decyduję ja, tylko Mama i Jej kolano. Idziemy więc do Gąsienicowej, a później przez Mały Kościelec i Przełęcz Karb wokół Stawków Gąsienicowych.
Rajską dolinę Jaworzynki zalewa ostre słońce i wypełnia niemal nienaturalnie nasycona zieleń... Hala Gąsienicowa kwitnie tysiącami tojadów i wierzbówek. Sierpień to w Tatrach czas goryczek, w lipcu królują wierzbówki i tojady. Mokre skały Kościelca oślepiająco lśnią i błyszczą... Czarny Staw Gąsienicowy, wbrew nazwie, jest intensywnie szmaragdowy. Przegląda się w nim daleki Kozi Wierch, kanciasta, trójgraniasta Żółta Turnia... I Granaty. Te nagie, surowe skały Granatów, które tak nieustająco, niemal hipnotyzująco, kuszą, nęcą, prześladują... Stawki Gąsienicowe – zazwyczaj takie większe kałuże – zmieniły się w jeziorka z prawdziwego zdarzenia...
Idziemy tą ścieżynką, być może najbardziej urzekającą w całych polskich Tatrach, a tymczasem nad Wołoszynem krąży TOPRowski helikopter. Kartka na drzwiach dyżurki w schronisku głosi, że „ratownik w akcji”, ale ratownik właśnie z tej akcji wraca. W dyżurce jest też Jego żona i trójka dzieci, a przeprowadzony z Nim wywiad może być najcenniejszym ze wszystkich, bo to, co czasem wtrącają do rozmowy dzieci, jest tak szczere i prawdziwe, a jednocześnie oczywiste i właściwie nieuświadomione, że o naturze występujących tu zjawisk i relacji między tutejszą przyrodą a mieszkańcami gór mówi właściwie wszystko...
Rajska Jaworzynka żegna nas senną, zamgloną, zieloną ciszą... Niczego więcej mi już nie trzeba. A te Granaty? Cóż...

Wrócę.
Tutaj zawsze będzie po co i do czego wracać.

Rajska Jaworzynka

Dzielne dzwonki!

Kwitnąca Hala z lśniącym Kościelcem

Żółta Turnia i Granaty nad Czarnym Stawem

Granaty i Kozi

Stawki Gąsienicowe

Ścieżka wśród stawów i kwiatów

Wołoszyn i Żółta

Hala wciąż kwitnie, tylko Kościelec wysechł

Magiczne pożegnanie!


"Taki tam spokój... Na gór zbocza
światła się zlewa mgła przezrocza
na senną zieleń gór.

(...)

Ponad doliną się rozwiesza
srebrzystoturkusowa cisza
nieba w słonecznych skrach."

(Kazimierz Przerwa – Tetmajer




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz