czwartek, 25 lipca 2019

Święta i Sesja


Zima 2018 / 2019
(czyli trochę maraton
a trochę bieg z przeszkodami)


Tegoroczna jesień była wyjątkowo piękna.

A później nadeszła zima. Trudna. I wiosna. Smutna.


Grudzień
Grudzień = zmęczona ja. I to równanie jest zawsze prawdziwe.
Żeby nie było – świąteczne porządki, dekorowanie mieszkania, pieczenie pierniczków, szykowanie prezentów i tradycyjny weekend z Mamą w Krakowie, to jest sama przyjemność i mogłabym tak bez końca.

Brzózka i choinka na Wawelu

Piwnica pod Baranami

Aniołki na Rynku

Kolędy Preisnera, "Szukamy Stajenki" Kaczmarskiego i Łapińskiego, śnieg na zamarzniętym jeziorku za oknem, śpiące kaczuszki i łabędzie do towarzystwa i nawet w środku nocy cieszę się jak dziecko i czuję jak Fabryka Świętego Mikołaja...




Wybieram prezenty, kupuję prezenty, robię prezenty, pakuję prezenty, daję prezenty, dostaję prezenty... Chodzę i się uśmiecham. Zostaję śnieżynką.

Po raz setny oglądam „Dziadka do Orzechów” („Śpiącą Królewnę” zresztą też). Czy to nasz Balet Narodowy, czy Sanktpetersburski Teatr Baletu, czy Bolszoj... Zawsze zachwyca!



Problem w tym, że tak się zazwyczaj składa, że w szkole i na uczelni grudzień to dosyć gorący okres pełen kartkówek, klasówek, kolokwiów i ogólnie rzeczy, do których trzeba się nauczyć albo takich, które trzeba sprawdzić. A to już nie jest aż tak przyjemne. To znaczy właściwie jest. Gdybym tego nie lubiła, to bym tego nie robiła, tylko znalazła sobie jakieś inne zajęcie. Więc właściwie to ja to lubię. Ale nie w takich ilościach!
A że szkoła, studia albo jedno i drugie, dotyczą mnie już od wieeelu lat, to od wieeelu lat w grudniu padam na pyszczek. Śpię za krótko i w dziwnych porach, jadam byle co i byle gdzie... No i kończy się to tak, że mój organizm zaczyna się domagać utraconych witamin i minerałów. Co objawia się na przykład ochotą na wędzonego łososia, kiszone ogórki, mandarynki i pierniczki... Na raz.
A także tym, że trzy dni przed świętami jestem zmuszona przeprowadzić rozmowę telefoniczną z panem (skądinąd bardzo sympatycznym) z banku. W celu potwierdzenia, że ja do ja. Wszystko dlatego, że blokuję sobie internetowy dostęp do mojego konta. A dzieje się to, ponieważ trzykrotnie wpisuję hasło do Librusa, zamiast hasła do banku.


Styczeń
Styczeń i pierwsza połowa lutego to powinien być jakiś okres ochronny dla takich małych stworzonek jak ja.
Końcówka semestru w szkole, nadciągająca sesja i mnóstwo prac zaliczeniowych na studiach, wszechogarniająca ciemność i zimność i do tego poświąteczna depresja (ponieważ święta co roku trwają stanowczo za krótko).
Kiedyś moim najbardziej znienawidzonym miesiącem był listopad. Ktoś kiedyś powiedział, że listopad jest jak zbiór poniedziałków z całego roku. Ale ja w sumie nie mam nic do poniedziałków. Zawsze to jakiś nowy początek. I do listopada ostatnio też nic nie mam. W tym roku to już w ogóle – wrzesień i październik były takie piękne i ciepłe, że prawdziwie jesienny listopad był mi wręcz... Potrzebny. Te listopadowe długie wieczory nie są złe. Listopad jest ciemny, ale ta ciemność jest jakaś nastrojowa. Wiadomo, że niedługo przyjdzie zima, będą święta, a ja przecież co roku czekam na te święta jak dziecko! Natomiast styczeń i luty... O jeżu kolczasty i borze sosnowy. Styczeń i luty to jest wystawienie ocen w szkole i sesja na studiach. Jest zimno, mokro i ciemno, tylko że w listopadzie to było coś nowego i nawet ekscytującego, a w styczniu i lutym, to już ma się dość. Ja jestem trochę jak roślinka, co umiera, jak za długo nie ma światła...
W tym roku styczeń był wyjątkowo trudny i intensywny, bo do moich codziennych zajęć dołączyły jeszcze... Próby do balu. Nasza szkoła jest malutka, więc zamiast osobnej studniówki i balu gimnazjalistów ma wspólny bal zimowy. Na tegorocznym, poza walcem angielskim tańczonym przez gimnazjalistów i polonezem maturzystów, zatańczono jeszcze tango... I to tango zatańczyła Pani Dyrektor z Robertem (wuefistą – tancerzem) oraz Pan Wicedyrektor... ze mną. Próby mieliśmy trzy razy w tygodniu, w tym w weekendy, w wielkiej tajemnicy przed uczniami i innymi nauczycielami... I chociaż było to męczące, to było też naprawdę zabawne. I niespodzianka chyba też się udała!
Z balu mam też piękne zdjęcia z moimi wspaniałymi gimnazjalistami i maturzystami, krzyczącymi „lopolit”, czym zupełnie mnie rozczulili. Już wiem, jak bardzo będę za nimi tęsknić.



Luty
W lutym były ferie. I w tym samym czasie... była sesja. A także... cała seria niefortunnych zdarzeń.
Zacznijmy od tego, że siedzenie w domu i uczenie się do egzaminów, podczas gdy wszyscy znajomi śmigają na nartach albo grzeją się w cieplejszych klimatach, jest samo w sobie frustrujące. A to jedynie wierzchołek góry lodowej problemów...
Poniedziałek, pierwszy dzień sesji. Od rana siedzę i uczę się do egzaminu z oguna, który mam po południu. Dokucza mi co prawda ucho, które zatkało się przy myciu włosów i zaczyna powoli boleć, ale jestem w stanie się skupić. Do czasu. Konkretnie – do momentu, w którym sąsiedzi z prawej włączają wiertarkę. Dołączają do nich – sąsiedzi z góry. Spoko, ja rozumiem, każdy czasem musi zrobić remont. Zazwyczaj w ciągu dnia nie ma mnie w domu, więc nawet nie zauważam. Rozważam naukę w kawiarence nad jeziorkiem albo wydziałowej bibliotece, ale to już nie dzisiaj. Póki co piszę do prowadzącej, że niestety nie będę mogła przyjść dzisiaj i że podejdę do egzaminu w kolejnym terminie, bo na szczęście podała nam dwa do wyboru i mieliśmy tylko wstępnie zadeklarować który wolimy. Umawiam się też na wizytę u laryngologa. Jeszcze nigdy przy myciu włosów nie zatkałam sobie ucha. Ale skoro już musiałam to zrobić, to oczywiście w czasie sesji.
Środa, trzeci dzień sesji, godzina 16.30. Jadę do laryngologa. Na 17.00. Odtyka mi się ucho. Samo.
Czwartek, czwarty dzień sesji. Od rana siedzę i uczę się do egzaminu z metodologii, który mam po południu. Z każdą chwilą coraz bardziej boli mnie głowa. No dobra, ostatnio sporo się uczę i nie za dużo śpię, ale nie jest jeszcze najgorzej. To nie jest tak, że zarywam nocki, jestem tylko trochę niewyspana. Żadne paracetamole czy tam ibuprofeny nie działają, a wypadałoby mieć chociaż odrobinę szacunku dla własnej wątroby i nie jeść ich w ilościach hurtowych. Idę się położyć. Nie pomaga. Piszę do prowadzącego, że przepraszam, że mnie nie będzie i że oczywiście przyjdę w sesji poprawkowej albo na jakichś konsultacjach (na etnologii mamy małe grupy, więc prowadzący zazwyczaj zauważają nieobecność, a często też nie muszą organizować drugiego terminu egzaminu w sesji poprawkowej, bo wszyscy zdają za pierwszym razem, więc wolę dać znać). Następnie mam ochotę się zwinąć w kłębek i umrzeć. Myślę sobie, że to może migrena, ale Doktor Internet twierdzi, że to się nazywa napięciowy ból głowy. Faktycznie, po trzech dniach regularnego rozciągania się – przechodzi.
Poniedziałek, ósmy dzień sesji. Od rana siedzę i piszę esej po angielsku, który muszę wysłać przed północą. Nie zabrałam się za niego wcześniej, bo bolała mnie głowa (patrz wyżej), ale mam szansę zdążyć. Udało się wybrać ciekawy temat, dobrze mi idzie, esej właściwie sam się pisze... Do czasu. A konkretnie – do momentu, w którym zaczyna mi się robić zimno. I coraz zimniej. I chyba mam gorączkę. Stoję pod gorącym prysznicem. Następnie planuję zapakować się pod kocyk i twardo dokończyć ten nieszczęsny esej. Póki co jestem jednak cała w pianie, a tymczasem Karol krzyczy, że mam przestać lać wodę, bo zalewany sąsiadkę z dołu. Zapakowuję się więc w ciepły sweterek zamiast kocyka, a Karol zakręca wodę w całej łazience, umawia się z hydraulikiem i zawozi mnie do mojej Mamy. Jakoś tak wolę czuć się czysta, idąc na egzaminy. To znaczy, o ile w ogóle będę miała siłę gdzieś iść. Z esejem, rzecz jasna, nie wyrabiam się przed północą. Będzie ocena w dół za opóźnienie...
Czwartek, jedenasty dzień sesji. Od rana siedzę u Mamy i próbuję się uczyć do popołudniowego egzaminu z Mniejszości w Polsce. Trudno mi się skupić, ale dzielnie walczę. Moja Mama i ja pod wieloma względami jesteśmy podobne. W kwestii porządku stanowimy jednak przeciwległe bieguny. Ja muszę mieć czysto, ładnie i porządnie, żeby móc się skupić. Moja Mama natomiast... Czasem mam wrażenie, że Ona robi bałagan samym oddychaniem. Nie jestem aż taką pedantką, żeby mi przeszkadzał bałagan u kogoś, ale u mnie ma być czysto. Przez tyle lat mieszkałam z Mamą, że nadal czuję się tutaj trochę „u siebie”. I mam wielką ochotę rzucić notatki i książki i złapać jakiś mop i szmatę, żeby doprowadzić to wszystko do porządku. No ale nic, miałam się kurować i uczyć, nie szorować kuchnię i łazienkę. Jednak dobrze chociaż jeden egzamin zdać w terminie, a następnie wrócić do siebie...
Ta część lutego, która nie jest feriami, jest w szkole dość intensywna. Na przykład mamy w szkole dwa dni otwarte dla kandydatów, podczas których... Ogarniam logistykę. Szkoła jest mała, a zainteresowanych – dużo. Zapanowanie nad tym, kto, kogo, kiedy i gdzie ma zaprowadzić i kto, komu, kiedy i gdzie ma coś opowiedzieć, wcale nie jest takie proste. Ale chyba nieźle sobie radzę. W końcu „Dzień dobry Państwu, ja wiem, że mnie nie widać, ale mam nadzieję, że mnie słychać” podobno rzeczywiście słychać. A ta nasza szkoła naprawdę jest fajna!





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz