Zima 2018 / 2019
(czyli trochę maraton
a trochę bieg z przeszkodami)
Tegoroczna
jesień była wyjątkowo piękna.
A
później nadeszła zima. Trudna. I wiosna. Smutna.
Grudzień
Grudzień
= zmęczona ja. I to równanie jest zawsze prawdziwe.
Żeby
nie było – świąteczne porządki, dekorowanie mieszkania, pieczenie pierniczków, szykowanie
prezentów i tradycyjny weekend z Mamą w Krakowie, to jest sama przyjemność i mogłabym
tak bez końca.
Brzózka i choinka na Wawelu
Piwnica pod Baranami
Aniołki na Rynku
Kolędy
Preisnera, "Szukamy Stajenki" Kaczmarskiego i Łapińskiego, śnieg na zamarzniętym
jeziorku za oknem, śpiące kaczuszki i łabędzie do towarzystwa i nawet w środku
nocy cieszę się jak dziecko i czuję jak Fabryka Świętego Mikołaja...
Wybieram
prezenty, kupuję prezenty, robię prezenty, pakuję prezenty, daję prezenty,
dostaję prezenty... Chodzę i się uśmiecham. Zostaję śnieżynką.
Po
raz setny oglądam „Dziadka do Orzechów” („Śpiącą Królewnę” zresztą też). Czy to nasz
Balet Narodowy, czy Sanktpetersburski Teatr Baletu, czy Bolszoj... Zawsze
zachwyca!
Problem
w tym, że tak się zazwyczaj składa, że w szkole i na uczelni grudzień to dosyć
gorący okres pełen kartkówek, klasówek, kolokwiów i ogólnie rzeczy, do których
trzeba się nauczyć albo takich, które trzeba sprawdzić. A to już nie jest aż
tak przyjemne. To znaczy właściwie jest. Gdybym tego nie lubiła, to bym tego
nie robiła, tylko znalazła sobie jakieś inne zajęcie. Więc właściwie to ja to
lubię. Ale nie w takich ilościach!
A
że szkoła, studia albo jedno i drugie, dotyczą mnie już od wieeelu lat, to od
wieeelu lat w grudniu padam na pyszczek. Śpię za krótko i w dziwnych porach,
jadam byle co i byle gdzie... No i kończy się to tak, że mój organizm zaczyna
się domagać utraconych witamin i minerałów. Co objawia się na przykład
ochotą na wędzonego łososia, kiszone ogórki, mandarynki i pierniczki... Na raz.
A
także tym, że trzy dni przed świętami jestem zmuszona przeprowadzić rozmowę
telefoniczną z panem (skądinąd bardzo sympatycznym) z banku. W celu
potwierdzenia, że ja do ja. Wszystko dlatego, że blokuję sobie internetowy
dostęp do mojego konta. A dzieje się to, ponieważ trzykrotnie wpisuję hasło do
Librusa, zamiast hasła do banku.
Styczeń
Styczeń
i pierwsza połowa lutego to powinien być jakiś okres ochronny dla takich małych
stworzonek jak ja.
Końcówka
semestru w szkole, nadciągająca sesja i mnóstwo prac zaliczeniowych na studiach,
wszechogarniająca ciemność i zimność i do tego poświąteczna depresja (ponieważ
święta co roku trwają stanowczo za krótko).
Kiedyś
moim najbardziej znienawidzonym miesiącem był listopad. Ktoś kiedyś powiedział,
że listopad jest jak zbiór poniedziałków z całego roku. Ale ja w sumie nie mam
nic do poniedziałków. Zawsze to jakiś nowy początek. I do listopada ostatnio
też nic nie mam. W tym roku to już w ogóle – wrzesień i październik były
takie piękne i ciepłe, że prawdziwie jesienny listopad był mi wręcz...
Potrzebny. Te listopadowe długie wieczory nie są złe. Listopad jest ciemny, ale
ta ciemność jest jakaś nastrojowa. Wiadomo, że niedługo przyjdzie zima, będą
święta, a ja przecież co roku czekam na te święta jak dziecko! Natomiast
styczeń i luty... O jeżu kolczasty i borze sosnowy. Styczeń i luty to jest
wystawienie ocen w szkole i sesja na studiach. Jest zimno, mokro i ciemno,
tylko że w listopadzie to było coś nowego i nawet ekscytującego, a w styczniu i
lutym, to już ma się dość. Ja jestem trochę jak roślinka, co umiera, jak za
długo nie ma światła...
W
tym roku styczeń był wyjątkowo trudny i intensywny, bo do moich codziennych
zajęć dołączyły jeszcze... Próby do balu. Nasza szkoła jest malutka, więc
zamiast osobnej studniówki i balu gimnazjalistów ma wspólny bal zimowy. Na
tegorocznym, poza walcem angielskim tańczonym przez gimnazjalistów i polonezem
maturzystów, zatańczono jeszcze tango... I to tango zatańczyła Pani Dyrektor z
Robertem (wuefistą – tancerzem) oraz Pan Wicedyrektor... ze mną. Próby mieliśmy
trzy razy w tygodniu, w tym w weekendy, w wielkiej tajemnicy przed uczniami i
innymi nauczycielami... I chociaż było to męczące, to było też naprawdę
zabawne. I niespodzianka chyba też się udała!
Z
balu mam też piękne zdjęcia z moimi wspaniałymi gimnazjalistami i maturzystami,
krzyczącymi „lopolit”, czym zupełnie mnie rozczulili. Już wiem, jak bardzo będę
za nimi tęsknić.
Luty
W
lutym były ferie. I w tym samym czasie... była sesja. A także... cała seria
niefortunnych zdarzeń.
Zacznijmy
od tego, że siedzenie w domu i uczenie się do egzaminów, podczas gdy wszyscy
znajomi śmigają na nartach albo grzeją się w cieplejszych klimatach, jest samo
w sobie frustrujące. A to jedynie wierzchołek góry lodowej problemów...
Poniedziałek,
pierwszy dzień sesji. Od rana siedzę i uczę się do egzaminu z oguna, który mam
po południu. Dokucza mi co prawda ucho, które zatkało się przy myciu włosów i
zaczyna powoli boleć, ale jestem w stanie się skupić. Do czasu. Konkretnie – do
momentu, w którym sąsiedzi z prawej włączają wiertarkę. Dołączają do nich –
sąsiedzi z góry. Spoko, ja rozumiem, każdy czasem musi zrobić remont. Zazwyczaj
w ciągu dnia nie ma mnie w domu, więc nawet nie zauważam. Rozważam naukę w
kawiarence nad jeziorkiem albo wydziałowej bibliotece, ale to już nie dzisiaj.
Póki co piszę do prowadzącej, że niestety nie będę mogła przyjść dzisiaj i że
podejdę do egzaminu w kolejnym terminie, bo na szczęście podała nam dwa do
wyboru i mieliśmy tylko wstępnie zadeklarować który wolimy. Umawiam się też na
wizytę u laryngologa. Jeszcze nigdy przy myciu włosów nie zatkałam sobie ucha.
Ale skoro już musiałam to zrobić, to oczywiście w czasie sesji.
Środa,
trzeci dzień sesji, godzina 16.30. Jadę do laryngologa. Na 17.00. Odtyka mi się
ucho. Samo.
Czwartek,
czwarty dzień sesji. Od rana siedzę i uczę się do egzaminu z metodologii, który
mam po południu. Z każdą chwilą coraz bardziej boli mnie głowa. No dobra,
ostatnio sporo się uczę i nie za dużo śpię, ale nie jest jeszcze najgorzej. To
nie jest tak, że zarywam nocki, jestem tylko trochę niewyspana. Żadne
paracetamole czy tam ibuprofeny nie działają, a wypadałoby mieć chociaż
odrobinę szacunku dla własnej wątroby i nie jeść ich w ilościach hurtowych. Idę
się położyć. Nie pomaga. Piszę do prowadzącego, że przepraszam, że mnie nie
będzie i że oczywiście przyjdę w sesji poprawkowej albo na jakichś
konsultacjach (na etnologii mamy małe grupy, więc prowadzący zazwyczaj
zauważają nieobecność, a często też nie muszą organizować drugiego terminu
egzaminu w sesji poprawkowej, bo wszyscy zdają za pierwszym razem, więc wolę
dać znać). Następnie mam ochotę się zwinąć w kłębek i umrzeć. Myślę sobie, że
to może migrena, ale Doktor Internet twierdzi, że to się nazywa napięciowy ból
głowy. Faktycznie, po trzech dniach regularnego rozciągania się – przechodzi.
Poniedziałek,
ósmy dzień sesji. Od rana siedzę i piszę esej po angielsku, który muszę wysłać
przed północą. Nie zabrałam się za niego wcześniej, bo bolała mnie głowa (patrz
wyżej), ale mam szansę zdążyć. Udało się wybrać ciekawy temat, dobrze mi idzie,
esej właściwie sam się pisze... Do czasu. A konkretnie – do momentu, w którym
zaczyna mi się robić zimno. I coraz zimniej. I chyba mam gorączkę. Stoję pod
gorącym prysznicem. Następnie planuję zapakować się pod kocyk i twardo dokończyć
ten nieszczęsny esej. Póki co jestem jednak cała w pianie, a tymczasem Karol
krzyczy, że mam przestać lać wodę, bo zalewany sąsiadkę z dołu. Zapakowuję się
więc w ciepły sweterek zamiast kocyka, a Karol zakręca wodę w całej łazience,
umawia się z hydraulikiem i zawozi mnie do mojej Mamy. Jakoś tak wolę czuć się
czysta, idąc na egzaminy. To znaczy, o ile w ogóle będę miała siłę gdzieś iść. Z
esejem, rzecz jasna, nie wyrabiam się przed północą. Będzie ocena w dół za
opóźnienie...
Czwartek,
jedenasty dzień sesji. Od rana siedzę u Mamy i próbuję się uczyć do
popołudniowego egzaminu z Mniejszości w Polsce. Trudno mi się skupić, ale
dzielnie walczę. Moja Mama i ja pod wieloma względami jesteśmy podobne. W kwestii
porządku stanowimy jednak przeciwległe bieguny. Ja muszę mieć czysto, ładnie i
porządnie, żeby móc się skupić. Moja Mama natomiast... Czasem mam wrażenie, że
Ona robi bałagan samym oddychaniem. Nie jestem aż taką pedantką, żeby mi
przeszkadzał bałagan u kogoś, ale u mnie ma być czysto. Przez tyle lat
mieszkałam z Mamą, że nadal czuję się tutaj trochę „u siebie”. I mam wielką
ochotę rzucić notatki i książki i złapać jakiś mop i szmatę, żeby doprowadzić
to wszystko do porządku. No ale nic, miałam się kurować i uczyć, nie szorować kuchnię
i łazienkę. Jednak dobrze chociaż jeden egzamin zdać w terminie, a następnie
wrócić do siebie...
Ta
część lutego, która nie jest feriami, jest w szkole dość intensywna. Na przykład
mamy w szkole dwa dni otwarte dla kandydatów, podczas których... Ogarniam
logistykę. Szkoła jest mała, a zainteresowanych – dużo. Zapanowanie nad tym,
kto, kogo, kiedy i gdzie ma zaprowadzić i kto, komu, kiedy i gdzie ma coś
opowiedzieć, wcale nie jest takie proste. Ale chyba nieźle sobie radzę. W końcu
„Dzień dobry Państwu, ja wiem, że mnie nie widać, ale mam nadzieję, że mnie
słychać” podobno rzeczywiście słychać. A ta nasza szkoła naprawdę jest fajna!
To była trudna zima.
Ale przynajmniej... przetrwałam!









Brak komentarzy:
Prześlij komentarz