wtorek, 23 lipca 2019

Złocistość i przytulność

Jesień 2018
Pełna ciepła i złocistego słońca
Ale też pełna wyzwań


Tegoroczna jesień jest wyjątkowo ciepła, słoneczna i przyjemna.

Właściwie to raczej źle. Tak niskie opady i tak wysokie temperatury nie są normalne dla naszej strefy klimatycznej w tej konkretnej porze roku. Można nad tym osobiście ubolewać, można osobiście cieszyć się z odmiany, ale w szerszej perspektywie to dobry powód, żeby zastanowić się nad tym, co dzieje się z klimatem i co nas wszystkich w związku z tym czeka. I, przede wszystkim, co możemy z tym zrobić.

Ale przecież jednocześnie można korzystać z tego, że jeszcze jest dobrze. I ciepło. I słonecznie. I złociście. I ogólnie pięknie. No, przynajmniej można by, gdyby się miało czas.


Wrzesień
Początek pierwszego jesiennego miesiąca (bo to jeszcze nie jest początek jesieni!) to również rozpoczęcie nowego roku szkolnego. Dla mnie jest to rok wyjątkowy. Nooo, gdyby się tak dobrze zastanowić, to poprzedni też był wyjątkowy – to był mój pierwszy rok pracy w szkole. Ten jest moim pierwszym rokiem wychowawstwa. I to w siódmej klasie. A siódma klasa to spore wyzwanie.
Pogoda w dniu rozpoczęcia roku dobitnie przypomina o tym, że mamy jeszcze astronomiczne lato. Jest gorąco i jeszcze wakacyjnie. Tak jakoś leniwie. A jednak się stresuję. I to jak! Chyba dużo bardziej niż Oni. Ich jest trzynaścioro. Są zupełnie różni. Każde z nich, jak się później przekonam, pełne energii i szalonych pomysłów. Każde z innymi planami, ambicjami, marzeniami, zainteresowaniami, emocjami, rozważaniami i problemami. Ten dzień to taki wierzchołek góry lodowej. I nikt jeszcze nie wie, jak ona wygląda tam pod powierzchnią wody.
W ciągu pierwszych kilku tygodni szkoły przekonuję się, że nie będzie łatwo, ale może być bardzo ciekawie. Konfiskuję kilka kaktusów. Wychodzę ze szkoły przez okno, razem z moimi pierwszymi maturzystami. Mrożę w szkolnej lodówce trzy lodowce, a później bawię się z uczniami w piasku, tworząc rzeźbę młodoglacjalną. Na lekcji o współrzędnych geograficznych kroję jabłko w różnych płaszczyznach.
Robię też masę innych rzeczy, których jest tak wiele, że zazwyczaj szybko o nich zapominam. I później ludzie się pytają, co jest takiego trudnego albo takiego ciekawego w pracy z siódmymi klasami i ogólnie w szkole, a ja mam w głowie tylko tych kilka przykładów i już nawet nie pamiętam innych... I w dodatku żyję jeszcze w błogiej nieświadomości tego, z jak szalonymi i niespodziewanymi problemami przyjdzie mi się zmierzyć w kolejnych miesiącach!
Ale jestem jeszcze pełna entuzjazmu. Cieszę się tym nowym początkiem. Może jestem dziwna, ale zawsze lubiłam początek roku szkolnego. Zeszyty i podręczniki były jeszcze nowe i błyszczące. Wyposażenie piórnika uporządkowane i kompletne. Aż chciało się zacząć pisać, rysować schematy, zapełniać te czyste strony ciekawymi informacjami w ładnej formie. Tak, trudno nie zauważyć, że lubię notować. Na papierze jeszcze bardziej niż w komputerze.  Dla mnie w początku roku szkolnego zawsze była jakaś ciekawość świata, entuzjazm zdobywania wiedzy, zapał do pracy. Powinnam przepisywać wywiady na studia, ale tak trochę... Prokrastynuję studia pracą. Z wielką przyjemnością rozpisuję sobie robocze konspekty nadchodzących lekcji, wymyślam ich formy, przygotowuję zadania... Czasami bywa ciężko, ale naprawdę lubię swoją pracę! 

  
Ten po prawej, to jeden z lodowczyków!


Październik
Pierwszy tydzień października spędzam na wyjeździe integracyjnym siódmych klas w Ustroniu. Jadę tam pełna obaw. Ela, Dorota i ja – silny team wychowawczyń klas siódmych – wiemy już, ile energii i szalonych pomysłów kryje się w ich głowach. Obawiam się więc, że nie będziemy spać. Żałuję też, że to góry, ale „nie te właściwie”. Jesienią nie ma nic przyjemniejszego niż zaszycie się w Bieszczadach. Beskid Śląski to nie jest to samo.
Faktycznie jest trudno. Faktycznie spania jest niewiele, za to pilnowania, dyskusji i konsekwencji – bardzo wiele. Pogoda też nie dopisuje. To chyba najzimniejszy i najmokrzejszy tydzień z całego września i października.

Quo Vadis, Salamandro?


 Ale mimo wszystko jest naprawdę ładnie (w końcu to góry!) i naprawdę miło (dzięki naszemu teamowi i Sławkowi, który ogrania cały wyjazd). I w zasadzie całkiem dobrze się bawię. Z dzieciakami ganiam po szlaku, strzelam z łuku i wiatrówki, wspinam się w parku linowym. Z nauczycielami wcinam Ptasie Mleczko (cóż to jest paczka Ptasiego Mleczka na cztery osoby?), prowadzę naprawdę ciekawe rozmowy, przygotowuję udane zajęcia, chichram się jak nastolatka, a w drodze powrotnej znajdujemy nawet chwilę na to, żeby usiąść w uroczej kawiarence „Kornel i Przyjaciele” w Cieszynie. Jest dobrze!

Ja wiem, że ogólnie jestem niegroźna, ale strzelać to umiem :)

 Kornel i Przyjaciele <3

A później są kolejne piękne, jesiennie dni. W weekendy staram się nimi cieszyć. Spaceruję z Karolem nad gocławskimi jeziorkami albo leżę w hamaku na działce Jego Mamy i podziwiam kolory jesieni. Z przygotowującymi się do własnego wesela przeuroczymi znajomymi tańczę walca wiedeńskiego na trawie w parku. Zabieram się wreszcie za moje coroczne jesienne porządki i dekoracje. Kupuję doniczkową, ozdobną kapustkę. Słucham, jak co roku jesienią, Floydów, Gunsów, Red Hotów... Wracam do Wiedźmina, chociaż tym razem czyta mi go Roch Siemianowski, podczas gdy ja sprzątam i dekoruję... Karol robi pankejki, a ja pieczone jabłka oblane gorącą czekoladą... I to jest dobra jesień.

Jesień bez fotoszopa (chociaż szopy to urocze zwierzaki)

Widok z hamaka
  





  
Listopad
Jeszcze nawet pierwsze dwa dni listopada są nadzwyczaj niejesienne. W długi weekend oboje mamy wolne i wybieramy się na spacer wzdłuż Wisły. Jest listopad, a ja mam na sobie tylko ażurowy sweter. Termometr pokazuje 22 stopnie w cieniu. I chociaż w te, już bardzo krótkie, jesienne dni, takie 22 stopnie to zupełnie inne i dużo chłodniejsze 22 stopnie niż w długie dni lata, to i tak jest cudownie.


Ale kiedyś to musi się skończyć. Pory roku muszą wrócić na właściwe tory, pogoda musi wrócić do jesiennej normy. Dla mnie zimny, mokry i ciemny listopad staje się też miesiącem naukowych wyzwań.
Po pierwsze zdaję FCE. FCE (a właściwie chętniej nawet CAE) to jest egzamin, który już od dawna planowałam zdawać, ale jakoś tak się nie składało. Tym razem zaproponowała mi to szkoła, żebym mogła uczyć geografii dwujęzycznie. Ponieważ poza oglądaniem filmów w oryginalnej wersji językowej nie mam za dużo kontaktu z angielskim, postanawiam, że przygotuję się do tego egzaminu. Coś sobie przypomnę, przejrzę stare podręczniki, znajdę jakieś internetowe zadania... I oczywiście niczego nie przeglądam i nie znajduję. Nie mam kiedy. Podchodzę do egzaminu zupełnie spontanicznie i dopiero wchodząc do sali zaczynam się stresować. Część ustną mam w niedzielę o 8 rano, a pytania do obrazków trafiają mi się takie, że nawet po polsku nie mam na ten temat zbyt wiele do powiedzenia... Ale jak się później okazuje – idzie mi całkiem nieźle. Zdaję na A i na certyfikacie mam satysfakcjonujące C1.
Po drugie mam zaskakująco dużo zajęć na wydziale... I one same w sobie też są zaskakujące. Na jednych śpiewam „By The Way”, na inne rysuję mapkę... Po etnologii i antropologii można się spodziewać wszystkiego!


Jesień ciepła i słoneczna. Jesień złocista i przytulna.
Jesień pełna trudnych wyzwań.
Jesień z dobrą muzyką i jeszcze lepszą lekturą.
Jesień wypełniona pracą i małymi sukcesami.


















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz