Jesień 2018
Ale
mimo wszystko jest naprawdę ładnie (w końcu to góry!) i naprawdę miło (dzięki
naszemu teamowi i Sławkowi, który ogrania cały wyjazd). I w zasadzie całkiem
dobrze się bawię. Z dzieciakami ganiam po szlaku, strzelam z łuku i wiatrówki,
wspinam się w parku linowym. Z nauczycielami wcinam Ptasie Mleczko (cóż to jest
paczka Ptasiego Mleczka na cztery osoby?), prowadzę naprawdę ciekawe
rozmowy, przygotowuję udane zajęcia, chichram się jak nastolatka, a w drodze powrotnej
znajdujemy nawet chwilę na to, żeby usiąść w uroczej kawiarence „Kornel i Przyjaciele”
w Cieszynie. Jest dobrze!
Kornel i Przyjaciele <3
Pełna ciepła i złocistego słońca
Ale też pełna wyzwań
Tegoroczna
jesień jest wyjątkowo ciepła, słoneczna i przyjemna.
Właściwie
to raczej źle. Tak niskie opady i tak wysokie temperatury nie są normalne dla
naszej strefy klimatycznej w tej konkretnej porze roku. Można nad tym osobiście
ubolewać, można osobiście cieszyć się z odmiany, ale w szerszej perspektywie to
dobry powód, żeby zastanowić się nad tym, co dzieje się z klimatem i co nas wszystkich
w związku z tym czeka. I, przede wszystkim, co możemy z tym zrobić.
Ale
przecież jednocześnie można korzystać z tego, że jeszcze jest dobrze. I ciepło.
I słonecznie. I złociście. I ogólnie pięknie. No, przynajmniej można by,
gdyby się miało czas.
Wrzesień
Początek
pierwszego jesiennego miesiąca (bo to jeszcze nie jest początek jesieni!) to również
rozpoczęcie nowego roku szkolnego. Dla mnie jest to rok wyjątkowy. Nooo, gdyby
się tak dobrze zastanowić, to poprzedni też był wyjątkowy – to był mój pierwszy
rok pracy w szkole. Ten jest moim pierwszym rokiem wychowawstwa. I to w
siódmej klasie. A siódma klasa to spore wyzwanie.
Pogoda
w dniu rozpoczęcia roku dobitnie przypomina o tym, że mamy jeszcze
astronomiczne lato. Jest gorąco i jeszcze wakacyjnie. Tak jakoś leniwie. A
jednak się stresuję. I to jak! Chyba dużo bardziej niż Oni. Ich jest trzynaścioro.
Są zupełnie różni. Każde z nich, jak się później przekonam, pełne energii i
szalonych pomysłów. Każde z innymi planami, ambicjami, marzeniami,
zainteresowaniami, emocjami, rozważaniami i problemami. Ten dzień to taki
wierzchołek góry lodowej. I nikt jeszcze nie wie, jak ona wygląda tam pod
powierzchnią wody.
W
ciągu pierwszych kilku tygodni szkoły przekonuję się, że nie będzie łatwo, ale
może być bardzo ciekawie. Konfiskuję kilka kaktusów. Wychodzę ze szkoły przez
okno, razem z moimi pierwszymi maturzystami. Mrożę w szkolnej lodówce trzy
lodowce, a później bawię się z uczniami w piasku, tworząc rzeźbę młodoglacjalną.
Na lekcji o współrzędnych geograficznych kroję jabłko w różnych płaszczyznach.
Robię
też masę innych rzeczy, których jest tak wiele, że zazwyczaj szybko o nich
zapominam. I później ludzie się pytają, co jest takiego trudnego albo takiego
ciekawego w pracy z siódmymi klasami i ogólnie w szkole, a ja mam w głowie
tylko tych kilka przykładów i już nawet nie pamiętam innych... I w dodatku żyję
jeszcze w błogiej nieświadomości tego, z jak szalonymi i niespodziewanymi
problemami przyjdzie mi się zmierzyć w kolejnych miesiącach!
Ale
jestem jeszcze pełna entuzjazmu. Cieszę się tym nowym początkiem. Może jestem
dziwna, ale zawsze lubiłam początek roku szkolnego. Zeszyty i podręczniki były
jeszcze nowe i błyszczące. Wyposażenie piórnika uporządkowane i kompletne. Aż
chciało się zacząć pisać, rysować schematy, zapełniać te czyste strony
ciekawymi informacjami w ładnej formie. Tak, trudno nie zauważyć, że lubię notować.
Na papierze jeszcze bardziej niż w komputerze. Dla mnie w początku roku szkolnego zawsze była
jakaś ciekawość świata, entuzjazm zdobywania wiedzy, zapał do pracy. Powinnam
przepisywać wywiady na studia, ale tak trochę... Prokrastynuję studia pracą. Z
wielką przyjemnością rozpisuję sobie robocze konspekty nadchodzących lekcji,
wymyślam ich formy, przygotowuję zadania... Czasami bywa ciężko, ale naprawdę
lubię swoją pracę!
Ten po prawej, to jeden z lodowczyków!
Październik
Pierwszy
tydzień października spędzam na wyjeździe integracyjnym siódmych klas w Ustroniu.
Jadę tam pełna obaw. Ela, Dorota i ja – silny team wychowawczyń klas siódmych –
wiemy już, ile energii i szalonych pomysłów kryje się w ich głowach. Obawiam
się więc, że nie będziemy spać. Żałuję też, że to góry, ale „nie te
właściwie”. Jesienią nie ma nic przyjemniejszego niż zaszycie się w
Bieszczadach. Beskid Śląski to nie jest to samo.
Faktycznie
jest trudno. Faktycznie spania jest niewiele, za to pilnowania, dyskusji i konsekwencji
– bardzo wiele. Pogoda też nie dopisuje. To chyba najzimniejszy i najmokrzejszy
tydzień z całego września i października.
Quo Vadis, Salamandro?
Ja wiem, że ogólnie jestem niegroźna, ale strzelać to umiem :)
A
później są kolejne piękne, jesiennie dni. W weekendy staram się nimi cieszyć.
Spaceruję z Karolem nad gocławskimi jeziorkami albo leżę w hamaku na działce Jego
Mamy i podziwiam kolory jesieni. Z przygotowującymi się do własnego wesela
przeuroczymi znajomymi tańczę walca wiedeńskiego na trawie w parku. Zabieram
się wreszcie za moje coroczne jesienne porządki i dekoracje. Kupuję doniczkową,
ozdobną kapustkę. Słucham, jak co roku jesienią, Floydów, Gunsów, Red Hotów...
Wracam do Wiedźmina, chociaż tym razem czyta mi go Roch Siemianowski, podczas
gdy ja sprzątam i dekoruję... Karol robi pankejki, a ja pieczone jabłka
oblane gorącą czekoladą... I to jest dobra jesień.
Jesień bez fotoszopa (chociaż szopy to urocze zwierzaki)
Widok z hamaka
Listopad
Jeszcze
nawet pierwsze dwa dni listopada są nadzwyczaj niejesienne. W długi weekend
oboje mamy wolne i wybieramy się na spacer wzdłuż Wisły. Jest listopad, a ja
mam na sobie tylko ażurowy sweter. Termometr pokazuje 22 stopnie w cieniu. I
chociaż w te, już bardzo krótkie, jesienne dni, takie 22 stopnie to zupełnie
inne i dużo chłodniejsze 22 stopnie niż w długie dni lata, to i tak jest cudownie.
Ale
kiedyś to musi się skończyć. Pory roku muszą wrócić na właściwe tory, pogoda
musi wrócić do jesiennej normy. Dla mnie zimny, mokry i ciemny listopad staje
się też miesiącem naukowych wyzwań.
Po
pierwsze zdaję FCE. FCE (a właściwie chętniej nawet CAE) to jest egzamin, który
już od dawna planowałam zdawać, ale jakoś tak się nie składało. Tym razem
zaproponowała mi to szkoła, żebym mogła uczyć geografii dwujęzycznie. Ponieważ
poza oglądaniem filmów w oryginalnej wersji językowej nie mam za dużo kontaktu
z angielskim, postanawiam, że przygotuję się do tego egzaminu. Coś sobie
przypomnę, przejrzę stare podręczniki, znajdę jakieś internetowe zadania... I
oczywiście niczego nie przeglądam i nie znajduję. Nie mam kiedy. Podchodzę do
egzaminu zupełnie spontanicznie i dopiero wchodząc do sali zaczynam się
stresować. Część ustną mam w niedzielę o 8 rano, a pytania do obrazków trafiają
mi się takie, że nawet po polsku nie mam na ten temat zbyt wiele do
powiedzenia... Ale jak się później okazuje – idzie mi całkiem nieźle. Zdaję na
A i na certyfikacie mam satysfakcjonujące C1.
Po
drugie mam zaskakująco dużo zajęć na wydziale... I one same w sobie też
są zaskakujące. Na jednych śpiewam „By The Way”, na inne rysuję mapkę...
Po etnologii i antropologii można się spodziewać wszystkiego!
Jesień ciepła i słoneczna. Jesień złocista i przytulna.
Jesień pełna trudnych wyzwań.
Jesień z dobrą muzyką i jeszcze lepszą lekturą.
Jesień wypełniona pracą i małymi sukcesami.
To dobra jesień.













Brak komentarzy:
Prześlij komentarz