piątek, 26 lipca 2019

Wielkanocne zachwycenia


Wielkanocne Tatry 2019
Spostrzeżenia
głównie geograficzne

Są też lepsze oblicza tej wiosny. Na szczęście, bo chyba bym zwariowała.

Tradycyjna tatrzańska Wielkanoc w tym roku upływa pod znakiem zachwytów. Nad geografią, która w Tatrach po prostu dzieje się na moich oczach. Nad moją Mamą, która tym razem nie chodzi sama, tylko dzielnie dotrzymuje mi kroku. Nad potęgą i grozą gór...


Dzień pierwszy – Sarnia Skałka z Giewontem w tle – na dobry początek

Zachwyt pierwszy: dolina Chochołowska w pogodny dzień. Nadchodzą święta, na szlaku hordy ludzi. Ja z Mamą wyprzedzamy wszystkich... I w tym miejscu pragnę poinformować, że z mojej Mamy, która 3 tygodnie temu obchodziła 61. urodziny, a teraz nie tylko wyprzedza młodzież w Chochołowskiej, ale również, w tylko odrobinę mniej imponującym tempie, wchodzi ze mną na Grzesia, Rakoń i Wołowiec (w sumie ok. 24 km i jakiś 1000 m przewyższenia), jestem niesamowicie dumna. 

Ach, te przewyższenia!


Zachwyt drugi: nadal dolina Chochołowska, wciąż pogodny dzień. Nadchodzą święta, na szlaku hordy ludzi. Bożonarodzeniowy halny z 2013 i późniejsze ataki korników znacząco przetrzebiły chochołowskie świerki i odsłoniły widok na szczyty. W dolinie kwitnąca zielona wiosna, na szczytach – bielejąca śniegiem zima. Wszyscy zatrzymują się, żeby zrobić zdjęcia. Ja też, tyle że ja nie fotografuję tych szczytów, bo robiłam to już z miliard razy i chociaż naprawdę za każdym razem wyglądają inaczej, to jednak trzeba umiejętności znacznie większych niż moje, żeby być w stanie tę różnorodność oddać. Ja robię zdjęcia w takich miejscach, że ludzie patrzą na mnie jak na idiotkę. Fotografuję na przykład...
 zwężenie strumienia (bo to piękny przykład erozji wgłębnej!)
 stok z zarastającym wiatrołomem (bo to piękna sukcesja roślinna!)
 progi w strumieniu (toż to eworsja, czyli erozja wsteczna)
 krokusy w błocie (słynna rędzina inicjalna na zwietrzelinie margla)
 nędznie wyglądającą resztkę brudnego śniegu (procesy fluwioglacjalne w mikroskali)


Procesy fluwioglacjalne

Sukcesja roślinna

Zachwyt trzeci: nadal dolina Chochołowska, wciąż pogodny dzień. Nadchodzą święta, na szlaku hordy ludzi. No dobrze, muszę przyznać, że fotografuję również to samo, co wszyscy inni. Czyli krokusy. Dawno nie było tak krokusowej Wielkanocy w Tatrach!


Zachwyt czwarty: nadal dolina Chochołowska, ale już pogodny wieczór. Na Rakoniu i Wołowcu było tak pięknie, pusto, biało, cicho i spokojnie... że trochę się zasiedziałyśmy. Drogę powrotną rozświetla nam wschodzący powoli... Księżyc w pełni.

Ja wiem, że zupełnie go nie widać... ale był taki piękny!

Zachwyt piąty, ostatni i nieoczywisty: Czarny Staw Gąsienicowy w zimowej odsłonie. Granica 1500 m w Tatrach Wysokich jest granicą magiczną. Nie tylko granicą kosodrzewiny, ale też granicą pór roku. Podczas gdy poniżej króluje wiosna, a krokusy i kaczeńce rosną jak szalone, powyżej trwa jeszcze pełnia zimy, stawy są zamarznięte, a szczyty ośnieżone. W tych dolinach człowiek zaczyna rozważać Karb i Kościelec. Nad Stawem okazuje się, że jeżeli na Karb i Kościelec, to tylko z rakami i czekanem. Trudno, nie wejdziemy, popatrzymy z dołu, nacieszymy oczy. Wracamy jedną z trzech wydeptanych w śniegu ścieżek. Nikt nie wie, jak dokładnie biegnie szlak pod śniegiem. Nieco poniżej środkowej wydeptanej ścieżki siedzi pani w wieku mojej Mamy. Zsunęła się po śliskim, zlodowaciałym śniegu i zjechała trochę w dół. Zatrzymujemy się my oraz jakiś chłopak mniej więcej w moim wieku. Pani chyba nic się nie stało, ale nie za bardzo może wstać, bo kijek zaplątał Jej się w kosodrzewinę, której tylko pojedyncze gałązki wystają spod śniegu. Właściwie jednocześnie z wyżej wspomnianym chłopakiem pochylamy się i wyciągamy ręce. Problem w tym, że każde z nas ma inne intencje. On zamierza pomóc kobiecie wstać, stając w tym celu na szeroko rozstawionych nogach i zapierając się kijem. Ja zamierzam podnieść Jej drugi kijek oraz czapkę, które leżą obok. Pani niestety błędnie odczytuje nasze intencje i z jakiegoś niezrozumiałego powodu to moją dłoń uznaje za bezpieczniejszą. Jest niestety, chyba w każdym wymiarze, sporo większa ode mnie, co skądinąd nie jest takie trudne. Silne szarpnięcie powoduje więc, że dzielę Jej los i sama zjeżdżam ze szlaku w dół. Nie żeby to było przeżycie specjalnie niebezpieczne. Pode mną co prawda wymownie leży Kamień Karłowicza, no ale Karłowicz spadł z Karbu, ja natomiast mam tego spadania niewiele. Odruchowo siadam również na zgiętej prawej nodze (tej bliżej szlaku) i próbuję się zaprzeć wyprostowaną lewą nogą (tą bliżej kamienia). Śnieg jest śniegiem wybitnie wiosennym. Starym. Wiele razy rozmrożonym i zamrożonym. Jest twardą, śliską skorupą. Zjeżdżam więc jak po zjeżdżalni. A odruchy działają. Usiadłam bardzo bezpiecznie, nic mi się nie stanie, poza koniecznością wdrapania się z powrotem na górę, ale zdążyłam też, zupełnie bezsensownie, wbić zgięte palce prawej dłoni w śnieg nade mną i przejechać tak dobrych parę metrów, zanim zauważyłam, że nie pomoże to w zatrzymaniu i zamiast tego przytomnie wbiłam w śnieg oba kije. Podczas gdy ja wdrapywałam się z powrotem na szlak, drugi samozwańczy ratownik ostro opieprzał panią, której próbowaliśmy pomóc, że mogła zrobić mi krzywdę i że nie chodzi się po górach zimą w trampeczkach, więc sama jest sobie winna. Aż mi się głupio zrobiło, bo poza zdartymi do krwi paznokciami w prawej dłoni (tej co to ją próbowałam wbić w śnieg) zupełnie nic mi się nie stało... Ale trzeba przyznać, że co do obuwia, to miał rację. W schronisku wyrównuję poszarpane paznokcie scyzorykiem, ale za to wszyscy troje (oburzony chłopak, moja nieco przerażona Mama i mocno zirytowana ja) dostajemy od „uratowanej” szarlotkę ze śmietaną i jagodami. Nie jest to najlepszy interes mojego życia, no ale trudno, ja w ogóle nie mam głowy do interesów ani serca do liczenia, czy coś mi się opłaci.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz