Wielkanocne Tatry 2019
Spostrzeżenia
głównie geograficzne
Są
też lepsze oblicza tej wiosny. Na szczęście, bo chyba bym zwariowała.
Tradycyjna
tatrzańska Wielkanoc w tym roku upływa pod znakiem zachwytów. Nad geografią,
która w Tatrach po prostu dzieje się na moich oczach. Nad moją Mamą, która tym
razem nie chodzi sama, tylko dzielnie dotrzymuje mi kroku. Nad potęgą i grozą
gór...
Dzień
pierwszy – Sarnia Skałka z Giewontem w tle – na dobry początek
Zachwyt pierwszy: dolina Chochołowska w pogodny dzień. Nadchodzą święta, na szlaku
hordy ludzi. Ja z Mamą wyprzedzamy wszystkich... I w tym miejscu pragnę
poinformować, że z mojej Mamy, która 3 tygodnie temu obchodziła 61. urodziny, a
teraz nie tylko wyprzedza młodzież w Chochołowskiej, ale również, w tylko
odrobinę mniej imponującym tempie, wchodzi ze mną na Grzesia, Rakoń i Wołowiec
(w sumie ok. 24 km i jakiś 1000 m przewyższenia), jestem niesamowicie
dumna.
Ach, te przewyższenia!
Zachwyt drugi: nadal dolina Chochołowska, wciąż pogodny dzień. Nadchodzą święta, na szlaku
hordy ludzi. Bożonarodzeniowy halny z 2013 i późniejsze ataki korników znacząco
przetrzebiły chochołowskie świerki i odsłoniły widok na szczyty. W dolinie
kwitnąca zielona wiosna, na szczytach – bielejąca śniegiem zima. Wszyscy
zatrzymują się, żeby zrobić zdjęcia. Ja też, tyle że ja nie fotografuję tych
szczytów, bo robiłam to już z miliard razy i chociaż naprawdę za każdym razem
wyglądają inaczej, to jednak trzeba umiejętności znacznie większych niż moje,
żeby być w stanie tę różnorodność oddać. Ja robię zdjęcia w takich miejscach,
że ludzie patrzą na mnie jak na idiotkę. Fotografuję na przykład...
zwężenie strumienia (bo to piękny przykład erozji wgłębnej!)
stok z zarastającym wiatrołomem (bo to piękna sukcesja
roślinna!)
progi w strumieniu (toż to eworsja, czyli erozja wsteczna)
krokusy w błocie (słynna rędzina inicjalna na zwietrzelinie
margla)
nędznie wyglądającą resztkę brudnego śniegu (procesy
fluwioglacjalne w mikroskali)
Procesy fluwioglacjalne
Sukcesja
roślinna
Zachwyt trzeci: nadal dolina Chochołowska, wciąż pogodny dzień. Nadchodzą święta, na szlaku
hordy ludzi. No dobrze, muszę przyznać, że fotografuję również to samo, co
wszyscy inni. Czyli krokusy. Dawno nie było tak krokusowej Wielkanocy w
Tatrach!
Zachwyt czwarty: nadal dolina Chochołowska, ale już pogodny wieczór. Na Rakoniu i Wołowcu
było tak pięknie, pusto, biało, cicho i spokojnie... że trochę się
zasiedziałyśmy. Drogę powrotną rozświetla nam wschodzący powoli... Księżyc w
pełni.
Ja
wiem, że zupełnie go nie widać... ale był taki piękny!
Zachwyt piąty, ostatni i nieoczywisty: Czarny Staw Gąsienicowy w zimowej odsłonie.
Granica 1500 m w Tatrach Wysokich jest granicą magiczną. Nie tylko granicą
kosodrzewiny, ale też granicą pór roku. Podczas gdy poniżej króluje wiosna, a
krokusy i kaczeńce rosną jak szalone, powyżej trwa jeszcze pełnia zimy, stawy
są zamarznięte, a szczyty ośnieżone. W tych dolinach człowiek zaczyna rozważać
Karb i Kościelec. Nad Stawem okazuje się, że jeżeli na Karb i Kościelec,
to tylko z rakami i czekanem. Trudno, nie wejdziemy, popatrzymy z dołu,
nacieszymy oczy. Wracamy jedną z trzech wydeptanych w śniegu ścieżek. Nikt nie
wie, jak dokładnie biegnie szlak pod śniegiem. Nieco poniżej środkowej wydeptanej
ścieżki siedzi pani w wieku mojej Mamy. Zsunęła się po śliskim, zlodowaciałym
śniegu i zjechała trochę w dół. Zatrzymujemy się my oraz jakiś chłopak mniej
więcej w moim wieku. Pani chyba nic się nie stało, ale nie za bardzo może
wstać, bo kijek zaplątał Jej się w kosodrzewinę, której tylko pojedyncze
gałązki wystają spod śniegu. Właściwie jednocześnie z wyżej wspomnianym
chłopakiem pochylamy się i wyciągamy ręce. Problem w tym, że każde z nas ma inne
intencje. On zamierza pomóc kobiecie wstać, stając w tym celu na szeroko
rozstawionych nogach i zapierając się kijem. Ja zamierzam podnieść Jej
drugi kijek oraz czapkę, które leżą obok. Pani niestety błędnie odczytuje nasze
intencje i z jakiegoś niezrozumiałego powodu to moją dłoń uznaje za
bezpieczniejszą. Jest niestety, chyba w każdym wymiarze, sporo większa ode
mnie, co skądinąd nie jest takie trudne. Silne szarpnięcie powoduje więc, że
dzielę Jej los i sama zjeżdżam ze szlaku w dół. Nie żeby to było przeżycie
specjalnie niebezpieczne. Pode mną co prawda wymownie leży Kamień Karłowicza,
no ale Karłowicz spadł z Karbu, ja natomiast mam tego spadania niewiele.
Odruchowo siadam również na zgiętej prawej nodze (tej bliżej szlaku) i próbuję
się zaprzeć wyprostowaną lewą nogą (tą bliżej kamienia). Śnieg jest śniegiem
wybitnie wiosennym. Starym. Wiele razy rozmrożonym i zamrożonym. Jest twardą,
śliską skorupą. Zjeżdżam więc jak po zjeżdżalni. A odruchy działają. Usiadłam
bardzo bezpiecznie, nic mi się nie stanie, poza koniecznością wdrapania się z
powrotem na górę, ale zdążyłam też, zupełnie bezsensownie, wbić zgięte palce
prawej dłoni w śnieg nade mną i przejechać tak dobrych parę metrów, zanim
zauważyłam, że nie pomoże to w zatrzymaniu i zamiast tego przytomnie wbiłam w
śnieg oba kije. Podczas gdy ja wdrapywałam się z powrotem na szlak, drugi
samozwańczy ratownik ostro opieprzał panią, której próbowaliśmy pomóc, że mogła
zrobić mi krzywdę i że nie chodzi się po górach zimą w trampeczkach, więc sama
jest sobie winna. Aż mi się głupio zrobiło, bo poza zdartymi do krwi
paznokciami w prawej dłoni (tej co to ją próbowałam wbić w śnieg) zupełnie
nic mi się nie stało... Ale trzeba przyznać, że co do obuwia, to
miał rację. W schronisku wyrównuję poszarpane paznokcie scyzorykiem, ale za to
wszyscy troje (oburzony chłopak, moja nieco przerażona Mama i mocno zirytowana
ja) dostajemy od „uratowanej” szarlotkę ze śmietaną i jagodami. Nie jest to
najlepszy interes mojego życia, no ale trudno, ja w ogóle nie mam głowy do
interesów ani serca do liczenia, czy coś mi się opłaci.









Brak komentarzy:
Prześlij komentarz