Maj 2019
„Jeździsz po świecie za darmo”,
czyli szkolne wycieczki!
Wycieczki
szkolne to temat kontrowersyjny. Zagraniczne zwłaszcza. Część uczniów, wielu rodziców
i ogólnie znaczna część społeczeństwa żywi przekonanie, że jest to darmowe
zwiedzanie świata. Jak jest naprawdę, to wiedzą chyba tylko nauczyciele,
wychowawcy, instruktorzy i ogólnie osoby, które takie wycieczki kiedykolwiek
organizowały. Nauczona doświadczeniem jako wychowawczyni kolonijna, komendantka
obozów harcerskich i pilotka wycieczek, wiem, że to nie jest sielanka. To jest
ciężka praca, czasami naprawdę przez całą dobę. Po strajku
znaczna część nauczycieli i nauczycielek odmówiła udziału w wycieczkach
i szczerze mówiąc zupełnie im się nie dziwię. My jesteśmy szkołą prywatną,
pracujemy na innych zasadach, nie strajkowaliśmy, a i wycieczki odbyły się
normalnie. Tak się złożyło, że w tym roku brałam udział w dwóch z nich:
z klasami siódmymi i ósmymi do Wiednia
z gimnazjum i liceum na Maltę.
I podczas obydwu działo się naprawdę dużo, ale opowiedzieć
mogę tylko niewiele.
Między
innymi:
Jak na każdej szkolnej wycieczce, uczniowie byli
zainteresowani wszystkim, tylko nie zwiedzaniem.
Na
Malcie nie był to duży problem, bo i zwiedzania nie było zbyt wiele – to był
wyjazd językowy, więc zajęcia w szkole językowej zajmowały sporą część dnia.
W
Wiedniu jednak Przewodniczka była bardzo sympatyczna i naprawdę starała się
opowiadać tylko wybrane ciekawostki i nie zanudzać dzieciaków, więc było to przykre.
Jak na każdej szkolnej wycieczce, mało było spania, za to
dużo – pilnowania cieszy nocnej i znajdowania chłopaków pod łóżkami i w szafach
w pokojach dziewczyn w środku nocy.
Na
Malcie co prawda uczniowie mieszkali u rodzin, ale jakoś tak wyszło, że zaistniały
inne nocne problemy, na przykład konieczność odprowadzania niektórych grup i przeniesienia
innych albo odbieranie telefonów w sprawie uczniów (aczkolwiek wcale nie tych z
wycieczki) o trzeciej w nocy.
Swoją
drogą jak już jest się o czwartej nad ranem w nieswoim pokoju i wie się,
że nauczycielki śpią dwa pokoje dalej, to rozsądnie byłoby zachować ciszę, co dałoby
dużą szansę na to, że wspomniane nauczycielki się nie zorientują, a nie drzeć
się na cały korytarz.
Bardzo dużo było też narzekania i problemów z brakiem
komunikacji.
Liczne
były na przykład sytuacje, w których uczniowie mieli jakiś problem, o którym
mówili rodzicom, ale nie mówili nam. I później rodzice dzwonili do nas z
pretensjami, że wiemy o problemie a nic z nim nie robimy...
Bardzo smutne na takich wyjazdach jest też to, że nauczyciele
są „tymi złymi” i „niczego nie rozumieją”.
A
to działa tak, że nauczyciele / opiekunowie / wychowawcy / drużynowi są w pełni
świadomi odpowiedzialności za zdrowie i życie dzieciaków, nawet tych pełnoletnich
licealistów i dlatego pewnych rzeczy zabraniają, a inne nakazują. Nie dlatego,
że taki mają kaprys. Nie dlatego, że mają ochotę uprzykrzyć uczniom życie.
Tylko dlatego, że zdają sobie sprawę z tego, jakie mogą być konsekwencje.
Kolejną smutną sprawą jest to, że bardzo często rodzice pod
koniec wakacji są wykończeni koniecznością ciągłego organizowania czasu
własnym dzieciom i marzą o tym, żeby wakacje już się skończyły...
Ale
jednocześnie są przekonani, że nauczyciel na szkolnej wycieczce jest na wakacjach
za ich pieniądze.
Żeby nie było, że narzekam – było też wiele zabawnych
sytuacji.
Na
przykład (w związku z niespodziewanym zbiegiem okoliczności, takich jak to, że
jedna uczennica zaspała i przyjechała na lotnisko godzinę po czasie naszej
zbiórki, a inna była na czas i nawet miała paszport, tyle że nie swój) zostałam
uznana za siostrę jednej z naszych gimnazjalistek.
W
wyniku innego niespodziewanego zbiegu okoliczności, takich jak to, że jeden z
nauczycieli w szkole językowej się rozchorował, a nasi uczniowie (gimnazjaliści
i licealiści) mogli wybrać jedną z wielu propozycji, jakimi szkoła postanowiła
nam zrekompensować straconą lekcję... obejrzałam w kinie Detektywa Pikachu.
Równie wiele było naprawdę miłych chwil.
Były
rozmowy z innymi nauczycielami, którzy są naprawdę mili, życzliwi i dowcipni.
Były ciekawe i emocjonalne rozmowy z uczniami.
No i było też zwiedzanie.
Czasami
sprawdzało się ono do pilnowania, żeby zapatrzony w ekran telefonu uczeń nie
wpadł pod samochód albo nie odłączył się od grupy, a czasami – do ciągłego
odpowiadania na wszelkie narzekania typu „po co tam idziemy”, „kiedy skończymy
zwiedzanie i wrócimy do pokojów”, „bolą mnie nogi”, „to nudne”, itp. i
wiecznego powtarzania tego, co już pięć razy zostało powiedziane (na przykład –
kiedy i gdzie będzie zbiórka).
Ale bywało też naprawdę ładnie!
Hundertwasserhaus
Gdzieś przed Hofburgiem (chyba)
Ogrody Schönbrunn
Albertina
Albertina
Gozo (Ramla Beach)
Gozo (Ramla Beach)
Ftira (danie lokalnej kuchni)
Selfie z klifami i pogodą (zawsze strasznie wieje)
Klify na Gozo
Budka telefoniczna (lustro znaczy) w szkole językowej
Mdina
Rejs
wokół Mariny
No naprawdę darmowe wakacje!
I mimo, że zazwyczaj po powrocie z takiej wycieczki śpię dobę,
żeby jakoś dojść do siebie,
to nie są one aż takie złe.
Głównie dzięki temu, że mam na nich doskonałe towarzystwo
– kochanych nauczycieli i naprawdę fajnych uczniów!
















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz