poniedziałek, 17 lutego 2020

Grudniowe Świąteczności


Grudzień 2019
Niby prawdziwa atmosfera Świąt...
...ale tylko przed Świętami

I wreszcie przychodzi wyczekany grudzień...
Na świąteczną atmosferę czekam przez cały listopad!
Ja wciąż uwielbiam te święta i cieszę się nimi jak dziecko.
Postanowiłam więc, że to będzie dobry grudzień. Że naprawdę już od Mikołajek (i od tradycyjnego weekendu z Mamą w Krakowie) zacznę się nim cieszyć i czerpać z tej świąteczności pełnymi garściami. I, chociaż chodziłam trochę jak duch, to naprawdę się udało!

 
Zaczęło się od bardzo udanych Mikołajek w szkole!


Uszy - kocie
Rogi - reniferowe
Słowem - kotonifer
Kotonifer Mikołajkowy Krakowski

Jarmark Świąteczny z Mistrzem Adamem

Piwnica pod Baranami - tego nam trzeba na te trudne czasy

Tarta kasztankowo–michałkowa na Wawelu a księżyc – nad Wawelem

 ***

Kalendarz adwentowy z pysznymi herbatami na każdy dzień (dla mnie)
oraz herbatami i kawami na przemian (dla Mamy)
i mój ukochany świąteczny kubeczek!


Dekoracje świąteczne powoli przestają się mieścić w starych walizkach,
gdzie przechowujemy je przez cały rok,
ale jestem z nich dumna!



 To takie trochę origami! Mam jakiś wyjątkowo udany prezentowo rok.

Po pierwsze – miałam pomysły. Takie naprawdę dobre, bez mnóstwa wątpliwości.

Po drugie – chyba po raz pierwszy kupiłam wszystko odpowiednio wcześnie.
Co prawda teraz jestem biedna, ale za to jaka zadowolona!

Po trzecie – zawsze podziwiałam moją Mamę, która te najważniejsze prezenty pakowała właśnie tak.
W papier i to wyłącznie złożony, bez choćby milimetra taśmy klejącej.
Włożyć do torebki albo obkleić taśmą to żadna sztuka!
No niestety, ze wszystkich aktywności,
które do szeroko pojętej sztuki zaliczyć można, to ja nienajgorzej tańczę.
Talentu plastycznego nie stwierdzono.
Ale w tym roku kupiłam takie śliczne papiery i uparłam się, że się nauczę!
Po dwóch godzinach siedzenia na podłodze i trzymania papierów i tasiemek wszystkimi czterema kończynami (jak wspominałam – nieźle tańczę) zaczęłam się zastanawiać, dlaczego u licha sama
dochodzę do właściwej procedury, zamiast znaleźć jakiś tutorial na youtubie...

Ale satysfakcja tym większa!


 



Wraz z przyjaciółką, zgodnie z naszą małą świąteczną tradycją zamieniłyśmy moją uroczą kuchnię
w drobne przedsiębiorstwo produkcji pierniczków i ciasteczek maślanych.
W międzyczasie powstał aspekt geomorfologiczny, 
czyli taki śliczniutki wulkan z gryczano–migdałowego ciasta
na zdrowszą wersję pierniczków, dosyć eksperymentalną.
Znowu same ukręciłyśmy przyprawę.
Wyszła tym razem trochę za mało cynamonowa, a za bardzo... ostra.
Ukręciłam więc lukier, z pomarańczą i mandarynką (dla smaku) oraz śmietanką (dla białości).
Wyszedł tym razem przepyszny, ale trochę za... mokry.
No nic, będzie deser na niedzielny obiad.
Kolejna porcja ciasta wyszła delikatniejsza i cynamonowsza,
a kolejny lukier bielszy i gęściejszy. Wychodzą z niego piękne wzory...
Na pięknych ciasteczkach, również wycinanych z przyjaciółką.

W ramach chwili wytchnienia można iść na koncert.
Polski Balet Narodowy i Piwnicę pod Baranami polecam nieustająco.
„Dziadka do Orzechów” i „Piwniczne kolędy” polecam co roku.
Ale koncert kolędowy Warszawskiej Filharmonii też jest niczego sobie, więc też polecam!

Można też zrobić sobie paznokcie w butelkowozielonym kolorze.
I dostać śmieszny, ale śliczny obrus w kotełki.

W „funny / ugly sweater day” w szkole można natomiast znów przeistoczyć się w kotonifera.
Takowego swetra nie posiadam, ale te uszy i rogi! Ach!


Można tez spróbować poczytać świąteczną książkę i wziąć pachnącą kąpiel,
ale na to nie zawsze znajduje się czas.

I wreszcie udało mi się w nocy przed wigilią ubrać Mamie choinkę.
Piękną jak co roku!
A używaną od lat dwudziestu dwóch, więc wielce ekologiczną!

I właśnie wtedy udało mi się też...
Na całe święta się rozchorować i nie czuć już nic z ich atmosfery...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz