Grudzień 2019
Niby prawdziwa atmosfera Świąt...
...ale tylko przed Świętami
I wreszcie przychodzi
wyczekany grudzień...
Na świąteczną atmosferę czekam
przez cały listopad!
Ja wciąż uwielbiam te święta i
cieszę się nimi jak dziecko.
Postanowiłam więc, że to
będzie dobry grudzień. Że naprawdę już od Mikołajek (i od tradycyjnego weekendu
z Mamą w Krakowie) zacznę się nim cieszyć i czerpać z tej świąteczności pełnymi
garściami. I, chociaż chodziłam trochę jak duch, to naprawdę się udało!
Zaczęło się od bardzo udanych Mikołajek w szkole!
Uszy - kocie
Rogi - reniferowe
Słowem - kotonifer
Rogi - reniferowe
Słowem - kotonifer
Kotonifer Mikołajkowy Krakowski
Jarmark Świąteczny z Mistrzem Adamem
Piwnica pod Baranami - tego nam trzeba na te trudne czasy
Tarta kasztankowo–michałkowa na Wawelu a księżyc – nad Wawelem
Kalendarz
adwentowy z pysznymi herbatami na każdy dzień (dla mnie)
oraz
herbatami i kawami na przemian (dla Mamy)
i mój
ukochany świąteczny kubeczek!
Dekoracje
świąteczne powoli przestają się mieścić w starych walizkach,
gdzie przechowujemy
je przez cały rok,
ale
jestem z nich dumna!
Po
pierwsze – miałam pomysły. Takie
naprawdę dobre, bez mnóstwa wątpliwości.
Po
drugie – chyba po raz pierwszy kupiłam wszystko odpowiednio wcześnie.
Co
prawda teraz jestem biedna, ale za to jaka zadowolona!
Po
trzecie – zawsze podziwiałam moją Mamę, która
te najważniejsze prezenty pakowała właśnie tak.
W
papier i to wyłącznie złożony, bez choćby milimetra taśmy klejącej.
Włożyć
do torebki albo obkleić taśmą to żadna sztuka!
No
niestety, ze wszystkich aktywności,
które
do szeroko pojętej sztuki zaliczyć można, to ja nienajgorzej tańczę.
Talentu
plastycznego nie stwierdzono.
Ale w
tym roku kupiłam takie śliczne papiery i uparłam się, że się nauczę!
Po
dwóch godzinach siedzenia na podłodze i trzymania papierów i tasiemek
wszystkimi czterema kończynami (jak wspominałam – nieźle tańczę) zaczęłam
się zastanawiać, dlaczego u licha sama
dochodzę
do właściwej procedury, zamiast znaleźć jakiś tutorial na youtubie...
Ale
satysfakcja tym większa!
Wraz z
przyjaciółką, zgodnie z naszą małą świąteczną tradycją zamieniłyśmy
moją uroczą kuchnię
w drobne
przedsiębiorstwo produkcji pierniczków i ciasteczek maślanych.
W międzyczasie powstał aspekt geomorfologiczny,
czyli
taki śliczniutki wulkan z gryczano–migdałowego ciasta
na
zdrowszą wersję pierniczków, dosyć eksperymentalną.
Znowu
same ukręciłyśmy przyprawę.
Wyszła
tym razem trochę za mało cynamonowa, a za bardzo... ostra.
Ukręciłam
więc lukier, z pomarańczą i mandarynką (dla smaku)
oraz śmietanką (dla białości).
Wyszedł
tym razem przepyszny, ale trochę za... mokry.
No nic,
będzie deser na niedzielny obiad.
Kolejna
porcja ciasta wyszła delikatniejsza i cynamonowsza,
a
kolejny lukier bielszy i gęściejszy. Wychodzą z niego piękne wzory...
Na
pięknych ciasteczkach, również wycinanych z przyjaciółką.
W ramach chwili wytchnienia można iść na koncert.
Polski Balet Narodowy i Piwnicę pod Baranami polecam nieustająco.
„Dziadka do Orzechów” i „Piwniczne kolędy” polecam co roku.
Ale koncert kolędowy Warszawskiej Filharmonii też jest niczego sobie, więc też polecam!
Można też zrobić sobie paznokcie w butelkowozielonym kolorze.
I dostać śmieszny, ale śliczny obrus w kotełki.
W „funny / ugly sweater day” w szkole można natomiast znów przeistoczyć się w kotonifera.
Takowego swetra nie posiadam, ale te uszy i rogi! Ach!
Można
tez spróbować poczytać świąteczną książkę i wziąć pachnącą kąpiel,
ale na
to nie zawsze znajduje się czas.
Piękną
jak co roku!
A
używaną od lat dwudziestu dwóch, więc wielce ekologiczną!
I
właśnie wtedy udało mi się też...
Na
całe święta się rozchorować i nie czuć już nic z ich atmosfery...























Brak komentarzy:
Prześlij komentarz