poniedziałek, 17 lutego 2020

Strumień jesiennych myśli


Jesień 2019
Niespodziewane zmiany
Uciążliwe problemy 


Strumień myśli...
Bo to wyglądało właśnie tak, tylko gorzej.
I kiedy w końcu miałam dość, to usiadłam i o tym napisałam.
Tak po prostu, w kilka minut, wylałam z siebie wszystkie myśli i całe zmęczenie.

Brak matematyków. Najpierw dla klas siódmych i ósmych, potem tylko dla siódmych. Pretensje (skądinąd uzasadnione) rodziców. Egzamin – nieuchronnie się zbliża, matematyki – ciągle brak. Zastępstwa. Mnóstwo zastępstw. Szybkie ustalanie z osobą, która ostatnio miała w danej klasie zastępstwo i robiła na nim matematykę, na czym właściwie skończyła. Próby przekonania uczniów, że zastępstwo to też normalna lekcja i że nie, nawet gdybym chciała, nie mogę zrobić „luźnej” / „wolnej” lekcji. I że muszę zrobić matematykę, bo i tak mają zaległości.
Tutoring. Mnóstwo pytań, czy zostanę czyjąś tutorką. Mnóstwo świetnych uczniów, takich po prostu fajnych ludzi, z którymi chciałabym współpracować, wspierać, towarzyszyć, ale zwyczajnie nie mogę. Muszę odmówić, bo już „osiągnęłam limit” i mam jeszcze „listę rezerwową”. Pierwsze spotkania z moimi tutikami. Ich pasje, plany, ale też problemy. A potem papiery. Dzienniki. Papierowe. Wypełnić, zanotować. O dzienniku elektronicznym nie zapomnieć. Oceny na bieżąco wpisywać!
Wycieczki integracyjne, szkolenie dyrekcji, choroba sekretarki. Jeszcze więcej zastępstw. Jeszcze więcej pretensji. Nie ma szafek, legitymacje niepodstemplowane – wszystko oczywiście moja wina, bo wcale, zupełnie, absolutnie nie przypominałam dziesięć razy o przyniesieniu tychże legitymacji do podstemplowania.
Zmiana planu. Z dnia na dzień. W poniedziałek przychodzę do pracy myśląc, że uczę tylko geografii (co prawda dwujęzycznie, ale przynajmniej tylko geografii) i mam wolne środy, tymczasem od wtorku uczę też jedną klasę matematyki i w środę od 7.40 do 15.05 mam być w pracy. Nerwowe odwoływanie umówionych spotkań. Nieporozumienie z zastępstwem za mnie na lekcji, na której nie mogę zostać, bo nie wszystkie spotkania mogłam odwołać. Do dziś mi przykro, że tak wtedy wyszło.
Eseje. Eseje na studia, na zaliczenie sesji poprawkowej, bo przecież sesja była w czerwcu, a czerwiec dla wychowawczyni klasy siódmej to piekło. Wrześniowy chaos dla wychowawczyni klasy ósmej – jak się okazuje – również, ale to już ostatni termin. Nie mam wyjścia. Przydałoby się te studia skończyć. Stres do ostatniej chwili. Absolutorium, została tylko magisterka.
Uczenie matematyki. Lepiej pamiętam całki i macierze niż dzielenie nad kreską. Jeżu kolczasty, jak można nie pamiętać, jak się dzieliło nad kreską??? Uf, ok, już pamiętam. Za to 7c – jeszcze niekoniecznie. 7c jest... Ciekawa. Trochę jak moja 8c. Kreatywni, energiczni, głośni. Różni. Świetni z matmy, którzy szybko się nudzą, i słabsi z matmy, którzy nie rozumieją. Ja jestem tylko jedna, a przydałyby się mnie trzy. A Oni nie nadają się do siedzenia w ławkach. Na geografii umiem temu zaradzić. Dobrze im idzie praca projektowa, grupowa. Ale na matmie...? Pozwalam chodzić po klasie. Pozwalam tym, którzy już skończyli, pomóc i wytłumaczyć coś koledze, który nie rozumie. Sama pilnuję tego, co dzieje się na tablicy. Nie da się ćwiczyć biegłości w mnożeniu ułamków i liczb ujemnych, w wyliczaniu procentów liczb i rozwiązywaniu równań, robiąc projekty w grupach. Do tego trzeba ciszy, spokoju, skupienia, koncentracji, chociaż na chwilę. A w tej klasie to trudne. Ale lubię ich. Jest mi z nimi ciężko, ale ich lubię. Są interesujący, mają pasje, są jacyś. Jak mam wytłumaczyć chłopakowi, który w ostatniej ławce czyta „Heban” z wypiekami na twarzy i mówi, że to świetna książka, ale „przykre jest to, że tam od tamtych czasów niewiele się zmieniło”, że to faktycznie jest wspaniała książka, jedna z moich ulubionych, ale – no borze sosonowy i jeżu kolczasty, no przecież – nie na matematyce!
To 7c. Ale jest też moja 8c. Są konkursy informatyczne (przecież konkurs ważna sprawa, może dać punkty na świadectwo!), nie ma kółka informatycznego. Znaczy jest, są nawet dwa, ale inne. A informatyk się nie rozdwoi. A uczeń to tak właściwie tego kółka tak bardzo nie chce, to bardziej rodzice chcą.
Boisko. Jest nowe boisko, którym zawładnęły chłopaki z ósmych klas. Codziennie na długich przerwach wychodzą grać i widać, że naprawdę im tego potrzeba i dobrze im to robi. Ale to znaczy, że są też dyżury na dworze. Zmęczona i niewyspana zamarzam, podczas gdy ich trudno skłonić do tego, żeby założyli chociaż bluzę i przestali wychodzić w krótkich spodenkach. Ja wiem, że jest cieplej niż zwykle, ale to jednak jest listopad!
Rodzice. Rodzice chcą dla dzieci dobrze, a dzieci nie mają łatwo, bo muszą się dostać do liceum. A żeby się dostać do liceum, trzeba mieć punkty. Dużo punktów. Trzeba mieć dobre oceny, wysoką średnią, doskonały wynik z egzaminu i szczególne osiągnięcia. Trzeba. Koniecznie. Ale warto też mieć jakieś pasje i zainteresowania. Tylko jak, kiedy, skoro od 7.40 do 16 jest się w szkole, potem na korepetycjach lub zajęciach dodatkowych, a później odrabia się lekcje albo uczy do klasówek. „Czy Pani porozmawia z rodzicami? Proszę!”. Łzy w oczach... Jeżu kolczasty i borze sosnowy, no mogę, tylko jak? Co mam Waszym rodzicom powiedzieć, jakie macie potrzeby, argumenty? Jeżu kolczasty i borze sosnowy!!! Nie, ja nie chcę! Ja się takiego spotkania i takiej rozmowy boję! Ja nie muszę, to nie jest mój obowiązek, ja mam 27 lat, wyglądam jakbym miała 17 i nikt mnie nie uczył być mediatorem. Wybieram się nawet na takie szkolenie (bo przecież mam za dużo wolnego czasu i nie mam co robić w weekendy), ale jeszcze na nim nie byłam. Przecież Ci rodzice mnie wyśmieją albo się oburzą, że nie będzie ich jakaś małolata pouczać, jak mają wychowywać swoje dzieci. Ale te dzieci naprawdę mają łzy i strach w oczach, bo nie mają siły się tyle uczyć, bo nie chcą, nie umieją, bo nie wszystko ich interesuje i nie wszystko wchodzi do głowy. No więc tak, dobrze, porozmawiam. Spróbuję. Rozpadnę się ze strasu na małe kawałeczki, ale porozmawiam. Chociaż tutaj każda strona ma swoje racje, rodzice też, i dzieciaki muszą to zrozumieć. Nikt nie chce ich krzywdy, wszyscy jesteśmy po tej samej stronie. Tylko nie wszyscy i nie zawsze o tym pamiętamy...
Geografia. Czuję się, jakbym już w ogóle nie uczyła geografii. Nie przygotowuję się do lekcji geografii, przychodzę i improwizuję. Przygotowuję się do matmy i przygotowuję się do geografii wyłącznie w zakresie dwujęzyczności, tzn. sprawdzam te tłumaczenia, których nie jestem pewna. Kupuję mapy. Znaczy zapominam kupić mapy. A mapy są na jutro. Kupuje je za mnie Karol wracając z pracy i opowiadając mi przez telefon, jakie mapy i w jakich skalach są akurat dostępne w empiku. Są takie momenty, w których Karol zostaje moim osobistym asystentem i kiedy już naprawdę nie daję rady robi za mnie (dla mnie...?) wszystko, na co ja sama nie mam czasu, siły, bądź żadnego z powyższych. Na przykład mi gotuje. Albo za mnie sprząta. Albo kupuje wspomniane mapy. I inne potrzebne rzeczy, nawet te najdziwniejsze. Improwizuje mi się nieźle. Są zadania grupowe, są projekty i wyzwania. Jest zaliczenie pisane w grupie, jest zaliczenie z pracy z mapą i zaliczenie polegające na zastosowaniu posiadanej wiedzy. To trudne, niektórzy narzekają, że zwykły test byłby łatwiejszy, ale po co nam wiedza, skoro nie wiemy, jak z niej korzystać? Po co zakuć i zdać, żeby zapomnieć? Czy nie lepiej zrozumieć? Wiedzieć, po co się czegoś uczy i do czego może się to przydać? Swoją drogą przerażająco dominująca część z nich nie umie się uczyć. Nie umie samodzielnie myśleć, weryfikować informacji, szybko podejmować mało istotnych decyzji, żeby mieć dużo czasu na sprawy istotniejsze, planować czasu potrzebnego na rozwiązanie zadania, dzielić się pracą, oceniać wagi problemów i zadań, wybierać kluczowych informacji, łączyć faktów i wyciągać wniosków. Jak ich tego uczyć, kiedy, jak znajdować na to czas i robić to „przy okazji”? Są też zwykłe, najzwyklejsze klasówki, bo bywa i tak, że właśnie takie są potrzebne. Jest spotkanie z Olą, podczas którego zamiast pogadać, sprawdzam klasówki, a Ona dzielnie towarzyszy. Są szkolenia i konferencje, na których spędzam dużo czasu i dostaję dawkę motywacji i inspiracji, żeby robić różne rzeczy lepiej, nie dostaję tylko tego, na co liczyłam najbardziej... Konkretów, wskazówek, pomysłów. Rozwiązań do zastosowania od zaraz. Czegoś, co nie zajmie tak strasznie dużo czasu, bo skąd brać na to wszystko czas? Praktyki. Bo teorię to ja już znam, ale przeszkody w jej zastosowaniu się piętrzą. Próbuję, robię, co mogę...
Jest konkurs kuratoryjny i kółko przygotowujące do niego. Są siódmoklasistki z zaangażowaniem próbujące zrozumieć zagadnienia astronomiczne, które średnio rozumieją licealiści na rozszerzeniu. Jest ta iskierka zainteresowania, którą tak uwielbiam. Są ciekawe pytania i rozważania, tylko nie zawsze jest czas na odpowiedzi. Jest olimpiada geograficzna, dwoje ambitnych licealistów, poprawki i konsultacje do ostatniej chwili. A więc tak się czuły moje promotorki na studiach! Jest kolejna tona rzeczy do sprawdzenia. Stosik konkursów kuratoryjnych mierzy ładnych kilkanaście centymetrów.
Jest nowy matematyk, będzie zmiana planu, jednak nie ma nowego matematyka. Jest pierwsza klasówka z matmy i pierwsze prace domowe. Z geografii nie zadaję prac domowych.
Są pytania, prośby, problemy i potrzeby. Jeżu i borze, wszyscy mamy problemy i potrzeby. Często sprzeczne. Jak to pogodzić, jak rozwiązać, gdzie jest konsensus?
Jest grom z jasnego nieba, zmiana dyrekcji, z dnia na dzień. Jest masa pytań, ale nie ma odpowiedzi. Są okoliczności i wątpliwości. Jest szok. Jest zmiana. Czy we właściwym momencie, to chyba wiadomo (że nie). Czy na lepsze? To się okaże. Na inne. Raczej nie na gorsze, ale to jednak nie to samo. I nie teraz, nie tak, nie rozumiem, jak to? Ok, jasne, nie moja decyzja, może były powody, których nie muszę znać i rozumieć, ale i tak, jest dziwnie, inaczej, zaskakująco. Mniej bezpiecznie. Są przemyślenia.
Są też szalone chwile i ludzie, na których można polegać. Jest rzeźba młodoglacjalna, czyli lodowiec w piasku. Znaczy jeszcze go nie ma, on ma być. Ale skąd go wziąć? Lodowiec się zrobi (w pudełku po lodach w zamrażarce), ale ten piasek...? W poprzednich latach było łatwiej, raz został przyniesiony za mnie, a raz mieliśmy rozkopany przyszkolny ogródek. A piasek się na geografii przydaje, nie tylko do lodowców. Marzy mi się przezroczyste pudło z piaskiem jako stałe wyposażenie pracowni geograficznej. O jeżu i borze, pracownia też jest. I to nieszczęsne wyposażenie, o które trzeba się postarać, ustalić, złożyć zapotrzebowanie... No ale piasek. Jest Ela, która podpowiada, co zrobić. I są ludzie. Pan konserwator, przekochana pani woźna i równie kochana pani ze sklepiku. I tak oto w godzinę dostaję idealne pudło, mnóstwo ciężkiego piasku („to z przedszkola, lepszy niż z podstawówki, Pani Marto, bo drobniejszy taki, kwarcowy, bo ten w podstawówce to wiślany”) i wielki drewniany widelec, żeby w nim sobie mieszać. Z dostawą do pracowni.
Jest wracanie do domu, sprawdzanie prac, przygotowywanie lekcji, zasypianie nad tym wszystkim w ubraniu i makijażu. W tym wszystkim jest też Dorota, która dba o to, żebym nie zwariowała i zadaje mi najlepszą na świecie pracę domową. Odpocząć w długi weekend...

I wreszcie jest listopadowy długi weekend.
I coś się zmienia.
Nie wiem co.

Białe i liliowe wrzosy w liliowych i śliwkowych doniczkach. Suszone kolorowe liście i lśniące małe kasztanki. Obrus i poduszka w jesiennych kolorach. Przygaszone światło, zapachowe świece, pachnące kominki. Cotton balls w jesiennych kolorach. Zupa dyniowa i babeczki cynamonowe. Red Hoci i Pink Floydzi. Mój rozkloszowany płaszczyk i piękne wełniane kapelusze. Ciepłe getry i długie spódnice.

 




 


Jakbym wreszcie w ogóle zauważyła, że jest jesień. I zaczęła się nią cieszyć. A dla mnie to w jakiś sposób ważne. Nie to, że jest jesień. To, że jest jakiś czas, jakaś pora roku, powinien być jakiś nastrój. Akurat jest jesień, więc nastrój jesienny. Jest jakaś pogoda za oknem, są ołowianoszare chmury, kolorowe liście na drzewach i złociste trawy. I to jest ważne. Nie umiem, nie mogę, nie chcę tak kompletnie tego ignorować, żyć w oderwaniu od tej cykliczności, zmian, natury...

No w końcu jestem kotem. I jako kot idę się wygrzewać.
Pod miękkim kocykiem.
Przy pachnącej świeczce i starych dobrych balladach rockowych.



Początek jesieni

Jabłka na drzewach tańczą.
Szum wznosi się i odchodzi.
Słońce nagle przygrzeje,
Wiatr się zerwie - ochłodzi.

Uśmiecham się. W uśmiechu
Jest cała prawda smutku.
Ale nikt, nikt nie widzi,
Jak płaczę po cichutku.

I tylko popętane
Na wielkich łąkach konie
Też troskę mają w oczach
I liżą moje dłonie.

Przestrzenie, o przestrzenie!
Jesieni niepojęta –
Owoce i obłoki,
Samotność i zwierzęta.

Jerzy Liebert

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz