Jesień 2019
Niespodziewane zmiany
Uciążliwe problemy
Strumień
myśli...
Bo
to wyglądało właśnie tak, tylko gorzej.
I kiedy w końcu miałam
dość, to usiadłam i o tym napisałam.
Tak po prostu, w kilka
minut, wylałam z siebie wszystkie myśli i całe zmęczenie.
Brak
matematyków. Najpierw dla klas siódmych i ósmych, potem tylko dla siódmych.
Pretensje (skądinąd uzasadnione) rodziców. Egzamin – nieuchronnie się zbliża,
matematyki – ciągle brak. Zastępstwa. Mnóstwo zastępstw. Szybkie ustalanie z
osobą, która ostatnio miała w danej klasie zastępstwo i robiła na nim
matematykę, na czym właściwie skończyła. Próby przekonania uczniów, że
zastępstwo to też normalna lekcja i że nie, nawet gdybym chciała, nie mogę
zrobić „luźnej” / „wolnej” lekcji. I że muszę zrobić matematykę, bo i tak mają
zaległości.
Tutoring.
Mnóstwo pytań, czy zostanę czyjąś tutorką. Mnóstwo świetnych uczniów, takich po
prostu fajnych ludzi, z którymi chciałabym współpracować, wspierać,
towarzyszyć, ale zwyczajnie nie mogę. Muszę odmówić, bo już „osiągnęłam limit” i
mam jeszcze „listę rezerwową”. Pierwsze spotkania z moimi tutikami. Ich pasje,
plany, ale też problemy. A potem papiery. Dzienniki. Papierowe. Wypełnić,
zanotować. O dzienniku elektronicznym nie zapomnieć. Oceny na bieżąco wpisywać!
Wycieczki
integracyjne, szkolenie dyrekcji, choroba sekretarki. Jeszcze więcej zastępstw.
Jeszcze więcej pretensji. Nie ma szafek, legitymacje niepodstemplowane – wszystko
oczywiście moja wina, bo wcale, zupełnie, absolutnie nie przypominałam dziesięć
razy o przyniesieniu tychże legitymacji do podstemplowania.
Zmiana
planu. Z dnia na dzień. W poniedziałek przychodzę do pracy myśląc, że uczę
tylko geografii (co prawda dwujęzycznie, ale przynajmniej tylko geografii) i
mam wolne środy, tymczasem od wtorku uczę też jedną klasę matematyki i w środę
od 7.40 do 15.05 mam być w pracy. Nerwowe odwoływanie umówionych spotkań.
Nieporozumienie z zastępstwem za mnie na lekcji, na której nie mogę
zostać, bo nie wszystkie spotkania mogłam odwołać. Do dziś mi przykro, że tak
wtedy wyszło.
Eseje.
Eseje na studia, na zaliczenie sesji poprawkowej, bo przecież sesja była w czerwcu,
a czerwiec dla wychowawczyni klasy siódmej to piekło. Wrześniowy chaos dla
wychowawczyni klasy ósmej – jak się okazuje – również, ale to już ostatni
termin. Nie mam wyjścia. Przydałoby się te studia skończyć. Stres do ostatniej
chwili. Absolutorium, została tylko magisterka.
Uczenie
matematyki. Lepiej pamiętam całki i macierze niż dzielenie nad kreską. Jeżu
kolczasty, jak można nie pamiętać, jak się dzieliło nad kreską??? Uf, ok, już
pamiętam. Za to 7c – jeszcze niekoniecznie. 7c jest... Ciekawa. Trochę jak moja
8c. Kreatywni, energiczni, głośni. Różni. Świetni z matmy, którzy szybko się
nudzą, i słabsi z matmy, którzy nie rozumieją. Ja jestem tylko jedna, a
przydałyby się mnie trzy. A Oni nie nadają się do siedzenia w ławkach. Na
geografii umiem temu zaradzić. Dobrze im idzie praca projektowa, grupowa. Ale
na matmie...? Pozwalam chodzić po klasie. Pozwalam tym, którzy już skończyli,
pomóc i wytłumaczyć coś koledze, który nie rozumie. Sama pilnuję tego, co
dzieje się na tablicy. Nie da się ćwiczyć biegłości w mnożeniu ułamków i liczb
ujemnych, w wyliczaniu procentów liczb i rozwiązywaniu równań, robiąc projekty
w grupach. Do tego trzeba ciszy, spokoju, skupienia, koncentracji, chociaż na
chwilę. A w tej klasie to trudne. Ale lubię ich. Jest mi z nimi ciężko, ale ich
lubię. Są interesujący, mają pasje, są jacyś. Jak mam wytłumaczyć chłopakowi,
który w ostatniej ławce czyta „Heban” z wypiekami na twarzy i mówi, że to
świetna książka, ale „przykre jest to, że tam od tamtych czasów niewiele się
zmieniło”, że to faktycznie jest wspaniała książka, jedna z moich ulubionych, ale
– no borze sosonowy i jeżu kolczasty, no przecież – nie na matematyce!
To
7c. Ale jest też moja 8c. Są konkursy informatyczne (przecież konkurs ważna
sprawa, może dać punkty na świadectwo!), nie ma kółka informatycznego. Znaczy
jest, są nawet dwa, ale inne. A informatyk się nie rozdwoi. A uczeń to tak
właściwie tego kółka tak bardzo nie chce, to bardziej rodzice chcą.
Boisko.
Jest nowe boisko, którym zawładnęły chłopaki z ósmych klas. Codziennie na długich
przerwach wychodzą grać i widać, że naprawdę im tego potrzeba i dobrze im to
robi. Ale to znaczy, że są też dyżury na dworze. Zmęczona i niewyspana zamarzam,
podczas gdy ich trudno skłonić do tego, żeby założyli chociaż bluzę i przestali
wychodzić w krótkich spodenkach. Ja wiem, że jest cieplej niż zwykle, ale to
jednak jest listopad!
Rodzice.
Rodzice chcą dla dzieci dobrze, a dzieci nie mają łatwo, bo muszą się dostać do
liceum. A żeby się dostać do liceum, trzeba mieć punkty. Dużo punktów. Trzeba
mieć dobre oceny, wysoką średnią, doskonały wynik z egzaminu i szczególne
osiągnięcia. Trzeba. Koniecznie. Ale warto też mieć jakieś pasje i
zainteresowania. Tylko jak, kiedy, skoro od 7.40 do 16 jest się w szkole, potem
na korepetycjach lub zajęciach dodatkowych, a później odrabia się lekcje albo
uczy do klasówek. „Czy Pani porozmawia z rodzicami? Proszę!”. Łzy w oczach... Jeżu
kolczasty i borze sosnowy, no mogę, tylko jak? Co mam Waszym rodzicom
powiedzieć, jakie macie potrzeby, argumenty? Jeżu kolczasty i borze sosnowy!!!
Nie, ja nie chcę! Ja się takiego spotkania i takiej rozmowy boję! Ja nie muszę,
to nie jest mój obowiązek, ja mam 27 lat, wyglądam jakbym miała 17 i nikt mnie
nie uczył być mediatorem. Wybieram się nawet na takie szkolenie (bo przecież
mam za dużo wolnego czasu i nie mam co robić w weekendy), ale jeszcze na nim
nie byłam. Przecież Ci rodzice mnie wyśmieją albo się oburzą, że nie będzie ich
jakaś małolata pouczać, jak mają wychowywać swoje dzieci. Ale te dzieci naprawdę
mają łzy i strach w oczach, bo nie mają siły się tyle uczyć, bo nie chcą, nie
umieją, bo nie wszystko ich interesuje i nie wszystko wchodzi do głowy. No więc
tak, dobrze, porozmawiam. Spróbuję. Rozpadnę się ze strasu na małe kawałeczki,
ale porozmawiam. Chociaż tutaj każda strona ma swoje racje, rodzice też, i
dzieciaki muszą to zrozumieć. Nikt nie chce ich krzywdy, wszyscy jesteśmy po
tej samej stronie. Tylko nie wszyscy i nie zawsze o tym pamiętamy...
Geografia.
Czuję się, jakbym już w ogóle nie uczyła geografii. Nie przygotowuję się do
lekcji geografii, przychodzę i improwizuję. Przygotowuję się do matmy i
przygotowuję się do geografii wyłącznie w zakresie dwujęzyczności, tzn.
sprawdzam te tłumaczenia, których nie jestem pewna. Kupuję mapy. Znaczy
zapominam kupić mapy. A mapy są na jutro. Kupuje je za mnie Karol wracając z pracy
i opowiadając mi przez telefon, jakie mapy i w jakich skalach są akurat
dostępne w empiku. Są takie momenty, w których Karol zostaje moim osobistym
asystentem i kiedy już naprawdę nie daję rady robi za mnie (dla mnie...?)
wszystko, na co ja sama nie mam czasu, siły, bądź żadnego z powyższych. Na
przykład mi gotuje. Albo za mnie sprząta. Albo kupuje wspomniane mapy. I inne
potrzebne rzeczy, nawet te najdziwniejsze. Improwizuje mi się nieźle. Są
zadania grupowe, są projekty i wyzwania. Jest zaliczenie pisane w grupie, jest
zaliczenie z pracy z mapą i zaliczenie polegające na zastosowaniu posiadanej
wiedzy. To trudne, niektórzy narzekają, że zwykły test byłby łatwiejszy, ale po
co nam wiedza, skoro nie wiemy, jak z niej korzystać? Po co zakuć i zdać, żeby
zapomnieć? Czy nie lepiej zrozumieć? Wiedzieć, po co się czegoś uczy i do czego
może się to przydać? Swoją drogą przerażająco dominująca część z nich nie umie
się uczyć. Nie umie samodzielnie myśleć, weryfikować informacji, szybko
podejmować mało istotnych decyzji, żeby mieć dużo czasu na sprawy istotniejsze,
planować czasu potrzebnego na rozwiązanie zadania, dzielić się pracą, oceniać
wagi problemów i zadań, wybierać kluczowych informacji, łączyć faktów i
wyciągać wniosków. Jak ich tego uczyć, kiedy, jak znajdować na to czas i robić
to „przy okazji”? Są też zwykłe, najzwyklejsze klasówki, bo bywa i tak, że
właśnie takie są potrzebne. Jest spotkanie z Olą, podczas którego zamiast
pogadać, sprawdzam klasówki, a Ona dzielnie towarzyszy. Są szkolenia i
konferencje, na których spędzam dużo czasu i dostaję dawkę motywacji i
inspiracji, żeby robić różne rzeczy lepiej, nie dostaję tylko tego, na co
liczyłam najbardziej... Konkretów, wskazówek, pomysłów. Rozwiązań do
zastosowania od zaraz. Czegoś, co nie zajmie tak strasznie dużo czasu, bo skąd
brać na to wszystko czas? Praktyki. Bo teorię to ja już znam, ale przeszkody w
jej zastosowaniu się piętrzą. Próbuję, robię, co mogę...
Jest
konkurs kuratoryjny i kółko przygotowujące do niego. Są siódmoklasistki z
zaangażowaniem próbujące zrozumieć zagadnienia astronomiczne, które średnio
rozumieją licealiści na rozszerzeniu. Jest ta iskierka zainteresowania, którą
tak uwielbiam. Są ciekawe pytania i rozważania, tylko nie zawsze jest czas na
odpowiedzi. Jest olimpiada geograficzna, dwoje ambitnych licealistów, poprawki
i konsultacje do ostatniej chwili. A więc tak się czuły moje promotorki na
studiach! Jest kolejna tona rzeczy do sprawdzenia. Stosik konkursów
kuratoryjnych mierzy ładnych kilkanaście centymetrów.
Jest
nowy matematyk, będzie zmiana planu, jednak nie ma nowego matematyka. Jest
pierwsza klasówka z matmy i pierwsze prace domowe. Z geografii nie zadaję prac
domowych.
Są
pytania, prośby, problemy i potrzeby. Jeżu i borze, wszyscy mamy problemy i
potrzeby. Często sprzeczne. Jak to pogodzić, jak rozwiązać, gdzie jest
konsensus?
Jest
grom z jasnego nieba, zmiana dyrekcji, z dnia na dzień. Jest masa pytań, ale
nie ma odpowiedzi. Są okoliczności i wątpliwości. Jest szok. Jest zmiana. Czy
we właściwym momencie, to chyba wiadomo (że nie). Czy na lepsze? To się okaże.
Na inne. Raczej nie na gorsze, ale to jednak nie to samo. I nie teraz, nie tak,
nie rozumiem, jak to? Ok, jasne, nie moja decyzja, może były powody, których
nie muszę znać i rozumieć, ale i tak, jest dziwnie, inaczej, zaskakująco. Mniej
bezpiecznie. Są przemyślenia.
Są
też szalone chwile i ludzie, na których można polegać. Jest rzeźba
młodoglacjalna, czyli lodowiec w piasku. Znaczy jeszcze go nie ma, on ma być.
Ale skąd go wziąć? Lodowiec się zrobi (w pudełku po lodach w zamrażarce), ale
ten piasek...? W poprzednich latach było łatwiej, raz został przyniesiony za
mnie, a raz mieliśmy rozkopany przyszkolny ogródek. A piasek się na geografii
przydaje, nie tylko do lodowców. Marzy mi się przezroczyste pudło z piaskiem
jako stałe wyposażenie pracowni geograficznej. O jeżu i borze, pracownia też
jest. I to nieszczęsne wyposażenie, o które trzeba się postarać, ustalić,
złożyć zapotrzebowanie... No ale piasek. Jest Ela, która podpowiada, co zrobić.
I są ludzie. Pan konserwator, przekochana pani woźna i równie kochana pani ze
sklepiku. I tak oto w godzinę dostaję idealne pudło, mnóstwo ciężkiego piasku („to
z przedszkola, lepszy niż z podstawówki, Pani Marto, bo drobniejszy taki,
kwarcowy, bo ten w podstawówce to wiślany”) i wielki drewniany widelec, żeby w
nim sobie mieszać. Z dostawą do pracowni.
Jest
wracanie do domu, sprawdzanie prac, przygotowywanie lekcji, zasypianie nad tym
wszystkim w ubraniu i makijażu. W tym wszystkim jest też Dorota, która dba o
to, żebym nie zwariowała i zadaje mi najlepszą na świecie pracę domową.
Odpocząć w długi weekend...
I
wreszcie jest listopadowy długi weekend.
I
coś się zmienia.
Nie
wiem co.
Białe
i liliowe wrzosy w liliowych i śliwkowych doniczkach. Suszone kolorowe liście i
lśniące małe kasztanki. Obrus i poduszka w jesiennych kolorach. Przygaszone
światło, zapachowe świece, pachnące kominki. Cotton balls w jesiennych
kolorach. Zupa dyniowa i babeczki cynamonowe. Red Hoci i Pink Floydzi. Mój
rozkloszowany płaszczyk i piękne wełniane kapelusze. Ciepłe getry i długie
spódnice.
Jakbym
wreszcie w ogóle zauważyła, że jest jesień. I zaczęła się nią cieszyć. A dla
mnie to w jakiś sposób ważne. Nie to, że jest jesień. To, że jest jakiś czas,
jakaś pora roku, powinien być jakiś nastrój. Akurat jest jesień, więc nastrój
jesienny. Jest jakaś pogoda za oknem, są ołowianoszare chmury, kolorowe liście
na drzewach i złociste trawy. I to jest ważne. Nie umiem, nie mogę, nie chcę
tak kompletnie tego ignorować, żyć w oderwaniu od tej cykliczności, zmian,
natury...
No w końcu jestem kotem. I jako kot idę się wygrzewać.
Pod miękkim kocykiem.
Przy pachnącej świeczce i starych dobrych balladach rockowych.
I z kubkiem parującej herbatki.
Początek jesieni
Jabłka
na drzewach tańczą.
Szum
wznosi się i odchodzi.
Słońce
nagle przygrzeje,
Wiatr
się zerwie - ochłodzi.
Uśmiecham
się. W uśmiechu
Jest
cała prawda smutku.
Ale
nikt, nikt nie widzi,
Jak
płaczę po cichutku.
I
tylko popętane
Na
wielkich łąkach konie
Też
troskę mają w oczach
I
liżą moje dłonie.
Przestrzenie,
o przestrzenie!
Jesieni
niepojęta –
Owoce
i obłoki,
Samotność
i zwierzęta.
Jerzy
Liebert








Brak komentarzy:
Prześlij komentarz