poniedziałek, 17 lutego 2020

Nowoczesność i nostalgia


Sierpień 2019
Bieszczady i Tatry
z Mamą i Przyjaciółką


Tak łatwo przyzwyczaić się do dobrego...
Właściwie nadal jest dobrze. Piszę magisterkę – powoli i wytrwale. Mam wakacje. Tańczę. Jakoś mniej jeżdżę na działkę. Wydarzyło się kilka przykrych spraw i z różnych powodów musiałam być w wielu innych miejscach. Pogoda rano jest niepewna, więc nie chcę ryzykować jechania tam tylko po to, żeby później wracać moknąc, czyścić rower i wysypywać zewsząd piach. Wolę przeznaczyć ten czas na spokojne pisanie. A następnie żałuję, bo popołudniami niebo się rozchmurza i leje się z niego żar...
A później Karol wyjeżdża. W przyszłym roku planujemy już raczej tylko wspólne wyjazdy, ale w tym, ze względu na moje pomiary i pisanie magisterki – wyjeżdżamy też osobno. Karol – na Słowację, na swoje ulubione warsztaty z architektury drewnianej. Ja – dwa dni później – w moje ukochane góry. Ale te dwa dni są jakieś złe. Pochmurne i ponure. I nie lubię samotnych nocy.
Cały ten miesiąc, który spędziłam jeżdżąc rowerem wzdłuż rzeki i pisząc magisterkę wśród zieleni był naprawdę dobry, ale mimo wszystko stresujący. Jak już wcześniej wspominałam, ta praca pisze się powoli. Już wiem, że nie będę jej bronić we wrześniu, a raczej w grudniu lub lutym. I w sumie to dobrze, przecież nie muszę się spieszyć. Ale jakoś jednak mnie to wszystko stresuje. I nie mogę spać.
Ostatniej nocy przed wyjazdem nie śpię wcale. Robię za to dużo innych rzeczy. Na przykład kupuję całą torbę mokrych chusteczek, biorę długą i gorącą kąpiel, impregnuję górskie buty, reguluję paski plecaków, pakuję całą zawartość lodówki, wynoszę wszystkie śmieci, ustawiam kwiaty tak, żeby Mamie Karola łatwo było je nam podlewać...


Bieszczady
A z samego rana, wyposażona w dwa plecaki (z których jeden jest pełen mokrych chusteczek i jedzenia na drogę), jadę do Mamy. A później – jedziemy w Bieszczady. Jedziemy sobie przez pół Polski, a w szyby samochodu wciąż, jednostajnie i monotonnie, bębni nam deszcz.

To dziwna droga. To wszystko jest dziwne.
W Bieszczadach, w Smereku, pod Wetliną, stoi sobie chatka. Gdzieś w latach siedemdziesiątych czy osiemdziesiątych tę chatkę postawił mój ukochany i najwspanialszy Wuj (starszy brat Mamy, Wuj w odróżnieniu od wszystkich wujków, będących tak naprawdę znacznie dalszymi krewnymi) oraz Jego najlepszy przyjaciel, którego – z racji bycia właścicielem tejże chatki – nazywamy Gazdą. W Bieszczady jeździłam więc zawsze z Nimi. Póki Wuj miał siłę, większość czasu spędzałam pokazując Mu najbliższą okolicę. Później właściwie bywałam tam niemal sama. Gazda pracował w chatce – albo zawodowo, siedząc przed laptopem albo fizycznie, przeprowadzając konieczne naprawy. Wuj czytał na tarasie. Mama chodziła na szlaki. A ja – czasem Jej towarzyszyłam, a czasem sama włóczyłam się po drogach i bezdrożach. Spędzaliśmy tam majówki i jesienne długie weekendy, więc ludzi było niewielu, zwłaszcza poza granicami parku. Mogłam chodzić całymi kilometrami i nie spotykać nikogo. W Tatrach mam swoje cele. Szczyty, które kuszą i magicznie przyciągają. W Bieszczadach jest inaczej. W Bieszczadach nie chodzi o cel ani szczyt. Tam chodzi o samą drogę. Nawet niekoniecznie pod górę, bo tu można godzinami iść szerokim i długim dnem doliny. Chodzi o skrzypy i kaczeńce, o srebrzystobłękitne pnie i rude liście buków... Chodzi o to, żeby była droga i o to, żeby iść. Nie myśleć, tylko iść. Wieczory natomiast spędzaliśmy razem, grzejąc się przy starym piecu. Rozmawiając i słuchając ulubionej muzyki Wuja. I zawsze było mi tam dobrze. Może to dlatego, że nigdy nie przechodziłam klasycznego buntu nastolatki, lubiłam spędzać w ten sposób wieczory, z tymi ludźmi jeszcze o kilkanaście lat starszymi od mojej Mamy. Taka bieszczadzka magia.
Ostatnio jeździłam tam rzadziej. Deszcz nieustająco szumi, a ja zdaję sobie sprawę, że to dopiero drugi raz po śmierci Wuja. I oczywiście wracają wspomnienia. Ale jest mi jakoś tak spokojnie. Po drodze odwiedzamy jeszcze „Zakotwiczone Niebo” na Sandomierskim Rynku, gdzie Mama kupuje mi w prezencie urodzinowym najpiękniejszy wazon, jaki kiedykolwiek widziałam. Wspominałam kiedyś, że pod koniec roku szkolnego trzymam kwiaty w dzbankach i garnkach, bo prawie nie mam wazonów? No, to już mam o jeden więcej.

W drodze

Pogoda nie rozpieszcza, długi weekend nadchodzi, więc jedzie się kiepsko i na miejsce docieramy późno. W burzliwej dyskusji próbujemy namówić moją Mamę do sięgnięcia po któryś tom z gazdowskiej półki (to tu po raz pierwszy poznałam Pratchetta i Wiedźmina, do których Mama nadal nie daje się przekonać), a później, o zadziwiająco wczesnej porze, idziemy spać. Umywszy się wcześniej mokrymi chusteczkami i płynem do demakijażu, bo wodę bierze się tutaj ze studni, w tym roku niepokojąco suchej. I nie wiem, czy to dlatego, że poprzedniej nocy nie spałam wcale, czy to dlatego, że to miejsce tak na mnie działa, ale po raz pierwszy od dawna śpię osiem godzin bez przerwy i budzę się świeża jak skowronek.

Dzień pierwszy – Jaworzec, Łuh, Zawój. Podróż sentymentalna.
Dzień rozpoczynamy niespiesznie. Czytanie w łóżku, rozciąganie na tarasie, herbatka u Danusi, zakupy w Wetlinie... Danusia. Właściwie Pani Danusia. Pani Danusia jest sąsiadką Gazdy. Ma lat ponad osiemdziesiąt, wygląda najwyżej na sześćdziesiąt, ubiera się jakby miała czterdzieści i niewątpliwie ma duszę dwudziestolatki. Ale jednocześnie jest prawdziwą damą. Nieważne, że mieszka w Bieszczadach, gdzie ja – wielbicielka sukienek i wysokich obcasów – chodzę w górskich butach, sportowych legginsach, luźnych bluzach i zupełnie nieumalowana. Pani Danusia codziennie ma na sobie sukienkę i idealnie dopasowany makijaż. Pani Danusia do każdego odnosi się z najwyższym szacunkiem i uroczą życzliwością. W czasach, kiedy Wuj z Gazdą dopiero budowali chatkę, Ona już tu mieszkała. Pracowała w galerii sztuki w Cisnej, a w wolnych chwilach chodziła po okolicy, dopytywała sąsiadów i obozujących tu harcerzy, czy im czegoś nie trzeba (a czasy były takie, że zawsze czegoś było trzeba), pomagała to zorganizować i częstowała świeżo pieczonym ciastem. W ten sposób, poza Wujem i Gazdą, poznała Grzesia i Łukasza. Chłopaki przyjeżdżali tu jako harcerze, a po latach, jako dorośli ludzie, odszukali Danusię i zaczęli przyjeżdżać tu na wakacje. Teraz, kiedy Pani Danusia jest już mocno starszą osobą i potrzebuje czasem pomocy, są dla Niej jak rodzina. Opiekują się Nią i przyjeżdżają zawsze, kiedy czegoś Jej potrzeba. Widząc mnie z dwoma warkoczami (plecionymi zresztą wczoraj, na bardzo mokrych włosach, bo przecież ciężko będzie je tu umyć), Danusia nazywa mnie swoją piękną Pocahontas. Po czym przeprasza, że może to tak niepoważnie brzmi, ale myślała, że mam tak ze szesnaście lat i pyta, czy mi to nie przeszkadza. Wszystkim każe mówić do siebie po imieniu, ale jakoś tak mi głupio... Dostajemy herbatę na pełnej kwiatów werandzie, na moich kolanach mruczy zwinięta w kłębek śnieżnobiała Kicia, poznaję też Grzesia, o którym dotychczas tylko słyszałam, a który jest akurat u Danusi z żoną i dziesięcioletnią córką. Wszyscy wydają się bardzo sympatyczni, kwiaty pachną, pszczoły brzęczą, słońce świeci... Nie siedzimy tak jednak zbyt długo, bo trzeba zrobić zakupy. Jest święto, ale sklep w Starym Siole w Wetlinie prowadzi pani Krysia z rodziną, a takie dni to dla nich najlepszy interes.
Ten leniwy poranek przeciąga się aż do wczesnego popołudnia. Mamy zaplanowane dwie piękne, ale długie trasy, których nie ma sensu zaczynać o tej porze. Pogoda jest rozleniwiająca i trochę nie wiemy, co ze sobą zrobić. Jedziemy więc do Kalnicy i zwiedzamy odnowiony Jaworzec. Jaworzec to nie tylko szczyt, ale też wioska, jedna z tych, które akcja „Wisła” pozostawiła wyludnione z dnia na dzień. Dziesięć lat temu, w którymś z ponurych, jesiennych dni, kiedy pogoda nie sprzyjała pójściu na szlak, odkrywałam to miejsce zupełnie sama, znajdując prostokąty pól, kamienne podpiwniczenia, rozpadający się prawosławny krzyż pańszczyźniany, równy rządek zdziczałych jabłonek, i wreszcie stary cmentarz, z ledwie widoczną inskrypcją na tabliczce nad wejściem i z zupełnie niedawno wydrukowanym, włożonym w zwykłą koszulką i przybitym pojedynczym gwoździkiem do resztek drewnianego krzyża, nastrojowym wierszem... Teraz to wszystko jest uporządkowane, udokumentowane i porządnie opisane. Straciło trochę swojej magii, ale nie zrobiło się mniej interesujące. Później przechodzimy na drugą stronę Wetlinki i idziemy dalej, wzdłuż dwóch mniejszych wiosek, które spotkał ten sam los, Łuhu i Zawoju. Dochodzimy do ostrego zakrętu rzeki i doliny... I wracamy. To droga, którą można dojść aż do Cisnej i dalej, ale przecież w Bieszczadach nie chodzi o to, żeby gdziekolwiek dojść. Chodzi o tę soczystą zieleń, żółciutkie kwiaty, złociste słońce, wieczorne niebo...






Skoro tu jesteś

Bezimienne duchy
krążą cichutko
nad zapadniętymi
bez krzyża grobami
czekając wędrowca
krótkiej modlitwy
by znów się ułożyć
na wieczny spoczynek
tak zasłużony
a tak sponiewierany.

Więc przystań przechodniu,
pochyl pokornie głowę,
nad nimi się ulituj.
Złóż w myślach prostą
lecz szczerą modlitwę
by ziemia im lekką była.

Niech duchy tej ziemi,
po latach tułaczki,
wiodą byt wiekuisty,
tak jak Pismo mówi.
A my wciąż żywi
wędrując po tym padole
pamiętajmy, że gdzieś
i kiedyś będziemy chcieli
by na naszej mogile
skupiały się myśli bliskich
a płomyk znicza nie był
bezimiennym duchem.

Wiersz ten jest dedykowany cmentarzowi,
który na przekór losowi przetrwał czas nienawiści i milczenia.

A oni doszli
i drogi swej już nie zmienią,
a cóż wy,
którzy jeszcze idziecie?

Autor nieznany

Dzień drugi – Okrąglik, Jasło, Fereczata. Wieczór międzypokoleniowy.
Od teraz robi się mniej sentymentalnie, a bardziej turystycznie. Jedziemy rano do Cisnej, łapiąc stopa (jeżu kolczasty, łapię stopa z własną Matką!), a później wracamy pograniczem polsko – słowackim, jedną z najpiękniejszych bieszczadzkich tras. Jedną z najpiękniejszych i chyba moją ulubioną, bo dosyć pustą, dzięki temu, że nie leży w parku narodowym. Ścieżka szybko wspina się na sporą wysokość, wije się między cienistymi zagajnikami i niespodziewanie wyprowadza na śródleśne polanki. A tam... Czerwienieją maliny, ciemnieją powoli dojrzewające jeżyny, przekwitają różowe wierzbówki, rozkwitają ciemnofioletowe goryczki, grają świerszcze, brzęczą pszczoły, stukają dzięcioły, śpiewają ptaki... Te łąki są pochłonięte swoim kolorowym i hałaśliwym życiem, jakby chciały chłonąć każdą chwilę tego krótkiego i surowego górskiego lata. Po niebie tak intensywnie błękitnym, że aż granatowym, przepływają białe obłoki... Aż nie chce się wracać.






Chociaż powrót okazuje się bardzo przyjemny. Wieczorem do Danusi ma przyjechać jeszcze Łukasz, więc Grześ zaprasza wszystkich na ognisko. I jest to najbardziej wielopokoleniowe ognisko na jakim byłam. Danusia i Gazda reprezentują pokolenie najstarsze, moja Mama nieco młodsze. Kolejnym, ale wciąż o kilkanaście lat starszym ode mnie, są Grześ z Agnieszką i Łukasz. Później jestem ja, a jeszcze o kilkanaście lat ode nie młodsza – Maja, córka Grzesia i Agnieszki. Część z tych ludzi widują tylko tutaj, część poznałam zaledwie dzisiaj. A jednak jest naprawdę przemiło i to wcale nie dlatego, że wypijamy z Mamą półtorej butelki wina. Jeżu kolczasty i borze sosnowy, ja właściwie zupełnie nie piję, nawet na imprezach, a tutaj wypijam z Mamą trzy czwarte wina na głowę. Świat się kończy... Ale przynajmniej kończy się pięknie. Noc jest zimna, ale rozświetlona miliardami gwiazd...


Dzień trzeci – Bukowe Berdo, Tarnica, Szeroki Wierch. Coś się kończy, coś się zacznie...
Dzień zaczynam od prawdziwego wyzwania, a mianowicie... Myję włosy. W kubku mineralnej wody. Nooo dobrze, w dwóch. W jednym się nie dało. Nijak. Próbowałam!
Zaskakuje mnie też śmigający w Ustrzykach Górnych Internet. Jeszcze tylko chyba Wołosate, mój dziki koniec świata, broni się przed cywilizacją!
Dzisiejsza droga jest równie malownicza, a jednak cieszy mnie trochę mniej. Więcej tu ludzi, więcej głupich wypowiedzi, mniej zwierząt, mniej grania, brzęczenia, stukania i śpiewania. A ludzie na szlaku naprawdę potrafią załamać swoją bezmyślnością... Osaczaniem wygrzewającej się na kamieniu jaszczurki, pleceniem wianków z chronionych gatunków traw... No i te słynne bieszczadzkie schodki pod Tarnicą. No luuudzie, nie po to jadę w góry, żeby łazić po schodach. No ale ok, rozumiem, to ma zapobiegać nadmiernej antropogenicznej erozji i chyba nawet działa, więc się nie czepiam. Co najwyżej moje kolana, które ostatnio i tak dostają wycisk od tańca i roweru, lekko marudzą. Ciekawe, co powiedzą na moje tatrzańskie plany...?



Tatry
Wstajemy o piątej, pakujemy się, sprzątamy chatkę, żegnamy Danusię... Wyruszamy o siódmej, a już o dziewiątej Mama i Gazda jadą dalej do Warszawy, a ja i mój wielki plecak zwiedzamy dworzec w Sanoku. Po wielu przesiadkach i niespodziewanych przygodach wieczór spędzam w schronisku w Roztoce. Planuję oczywiście kolejne badania. Tym razem zamiast Karola lub Mamy pomoże mi w nich Ola, przyjaciółka, która również kocha góry. W zeszłym roku udało mi się też „powtórzyć” Kozi Wierch, w tym roku chciałabym zrobić to samo z Granatami.
Mam ze sobą mapy i sprzęt pomiarowy, ale nie mam już laptopa. Tym razem pomiarów będzie niewiele, można je będzie wpisać do tabelek i wykresów później, a ja chętnie odpocznę od nadmiaru technologii i zanurzę się w tutejszej niezwykłej naturze.

W drodze znów

Wszystko, co z tej wyprawy napiszę, będzie więc albo krótką notatką w telefonie albo późniejszym wspomnieniem. Niech więcej powiedzą zdjęcia.

Dzień pierwszy – Krzyżne, Granaty, Kozi
Budzę się nieco zmarznięta i niezbyt wyspana (chrapanie w świetlicy) koło siódmej, kiedy jadalnia ożywa. Pętam się po schronisku, jak zwykle cieszę się tym życiem, gwarem, obserwuję tych ludzi, który wchodzą i wychodzą, te powitania i pożegnania... I nie wiem, co robić. Pomiarów sama nie zrobię, Oli jeszcze ze mną nie ma, Granaty są daleko i trochę za późno, żeby teraz wychodzić... Tymczasem Pani Ania gawędzi z jednym z taterników, który potwierdza niepewne prognozy, że dziś ostatni tak piękny i słoneczny dzień. I to jedno zdanie staje się koronnym argumentem. Zbieram się szybko i ruszam, chociaż zrobiło się dość późno. Do Piątki oczywiście idzie się źle, bo w tłumie, ale nawet zgrabnie mi idzie zręczne manewrowanie i wyprzedzanie. Omijam też schronisko, idę prosto na Krzyżne. Wyżej jest już spokojniej. Mniej ludzi... Jest też pięknie, słonecznie, gorąco, cicho i błogo.






Idyllę przerywa paniczna myśl, że zapomniałam rękawiczek, a moje delikatne rączki stanowczo odmawiają pójścia na łańcuchy i skały bez tak istotnej warstwy ochronnej. Jakoś niefortunnie się dzisiaj wszystko zapowiada. Nie poddaję się jednak bez walki. Sytuacja zmusza do użycia moich „kompetencji miękkich i umiejętności interpersonalnych”. Zagadywanie wszystkich, którzy schodzą z Krzyżnego i mijają mnie po drodze nie jest takie trudne, ludzie w górach zazwyczaj są pomocni i wspaniali. Znalezienie kogoś, kto miałby zapasowe rękawiczki – to już jest trudne. Ale się udaje! Męskie, lekko zużyte, ze dwa razy za wielkie – są idealne, bo są! Ale paznokieć i tak gdzieś łamię. Idzie się dobrze, mimo że przy moim mizernym wzroście nierzadko zmagam się z kryzysem – „Nooo dobrze... Niby jaaak ja mam tam dosięgnąć???”.



No jak?


Tam idę!

Pogoda jest piękna, widoki niesamowite. Utwierdzam się w przekonaniu, że na Orlej spotyka się świetnych ludzi. Na przykład takich, którzy przepuszczają mnie na łańcuchach, a następnie pytają, czy idą za mną oboje rodzice, czy tylko jedno z nich, bo nie wiedzą, na ile osób jeszcze czekać. To miłe biorąc po uwagę fakt, że jutro mam 27 urodziny... Mam ochotę przeciągnąć ten mój spacer na cała Orlą Perć, ale niestety zaczęłam od niewłaściwej strony (fragment, który mi pozostał, można przejść tylko od Zawratu do Koziego, a ja właśnie dotarłam na Kozi Wierch). No trudno, może to i lepiej, bo zanim wrócę do Roztoki pewnie i tak zrobi się ciemno. Pod Kozim Wierchem pasie się dorodna kozica, a pod Siklawą wychodzę zza zakrętu wprost na rudziutka lisią rodzinkę!


Znajdź kozicę (ona tu jest, naprawdę!)




Dzień drugi – Roztoka
W nocy zaczyna padać, spędzam więc leniwy dzień w schronisku i na polance przed nim, czytając, wygrzewając się w słonku (kiedy akurat padać przestaje – pogoda w górach zmienną jest), zwijając się w kłębek na ławie (kiedy akurat padać znów zaczyna) i głaszcząc białą schroniskową kicię, której co prawda dotykać i dokarmiać nie należy, ale Pani Ania wyjątkowo macha na to ręką. Trudno żebym nie dotykała kota, który sam umościł się na moich kolanach. Ola ostatecznie dołączy do mnie dopiero jutro, wieczorem poznaje jednak inną Olę z Tatą oraz Justynę – nauczycielkę fizyki. Jakiś chłopak wskakuje na oparcie ławy z gitarą i do późnej nocy schronisko rozbrzmiewa muzyką śpiewaną na wiele głosów...


Dzień trzeci – urodzinowe pomiary, urodzinowa burza, urodzinowy tort
Rano przyjeżdża Ola. Mimo że wciąż trochę pada, a nawet, jak przystało na moje urodziny, cicho pomrukuje grzmot, wybieramy się na pomiary w Olczyskiej, wcześniej odbierając na Rondzie Kuźnickim moje kolejne pozwolenie. Sukcesja roślinna postępuje, a nawet galopuje i to w dobrym kierunku! A to cieszy. Ale prawdziwa magia zaczyna się wieczorem. Zjadamy najlepsze na świecie pierogi, a potem Ola zamawia herbatę, zagaduje o wolne pokoje, prosi o przechowanie czegoś i ogólnie krząta się koło baru i kuchni w jakiś podejrzany sposób. Przywiozła przecudowną książkę z ciekawymi łamigłówkami i w ich rozwiązywaniu towarzyszy nam teraz cały stół. Siedzę więc sobie z drugą Olą i Justyną rozwiązując łamigłówki, a tymczasem światło w schronisku gaśnie, a ja dostaję prawdziwy tort pełen świeczek i mam szczerą nadzieję, że nikt nie zdąży policzyć, ile ich dokładnie jest! Nawet elegancka patera się w schronisku znalazła! A tort jest zdrowy i z malinami. Tyyyle szczęścia!

Po trzech latach przestałam być dyskretna i stawiać delikatne kropki tuż przy ziemi i od strony przeciwnej niż droga. Mam dość wsadzania głowy i zostawiania włosów na kolcach jeżyn i malin, żeby sprawdzić, czy to na pewno właściwe drzewo. Skoro mogę znakować, to mogę i już!

 

Dzień czwarty – (nie)bezpieczeństwo
Pogoda nadal nie dopisuje, a ja wieczorem mam pociąg do Warszawy... Ale żeby gdzieś się ruszyć idziemy sobie na Rusinową. Nie zamierzam robić tam teraz pomiarów, ale możemy chociaż popatrzeć na piękne widoki. Pada jednak coraz mocniej, więc z pięknych widoków to mamy co najwyżej owce i świeżutko uwędzone oscypki. Wracamy do schroniska, suszymy się, a potem kładę się na brzuchu na ławie w świetlicy, a Ola hennuje mi na łydce piękny kwiat lotosu. I znowu stajemy się lokalną atrakcją, dla odmiany nie ze względu na moje pomiary! Deszcz miarowo szumi, w schronisku panuje zwykły gwar, a mi jest ciepło, dobrze, bezpiecznie... Przysypiam sobie, chociaż co kilka chwil pobrzmiewają wibracje telefonu. Tu tylko pada, ale kilka kilometrów dalej toczy się potężna burza, a w Giewont uderza piorun, więc wszyscy chcą się upewnić, czy jestem cała. Wszyscy, poza moją Mamą, bo ona jedna wie, że ja bym w górach poszła wszędzie, ale nie na Giewont. A potem szybko się pakuję, ze wzruszeniem żegnam, idę do Palenicy skrótem, bo leje tak, że na pewno żaden strażnik tam nie stoi... I wszystko się kończy. Rano jestem w Warszawie.

Trzy dni w Bieszczadach,
cztery dni w Tatrach...
Za krótko!
Zawsze będę chciała więcej.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz