środa, 22 lipca 2020

Letnia (nie)codzienność

Lipiec 2020
Lato
takie zwyczajne (chociaż oczywiście niezwyczajne)

Pierwsze trzy tygodnie lipca to był taki wstęp do wakacji...
Spotkałam się z przyjaciółką i dałam sobie upaćkać senesem włoski i wymalować henną kończynki. Spędziłam bardzo przyjemny weekend u drugiej przyjaciółki.
Napisałam pracę zaliczeniową na ostatni przedmiot, który mi do zaliczenia został. Pozamykałam wszystkie tegoroczne szkolne sprawy. Trochę sobie spacerowałam, trochę jeździłam rowerem na działkę, trochę nawet tańczyłam, ale nie tak regularnie i intensywnie, jak bym chciała.
Ogarnęłam sobie jazdy doszkalające, żeby sobie przypomnieć, jak się używa samochodu i móc nim we wrześniu jeździć do szkoły (co może być przedsięwzięciem bezsensownym, biorąc pod uwagę fakt, że nie wiem, czy wrócimy we wrześniu do szkoły). Wysprzątałam mieszkanko, przeorganizowałam się trochę, poodnosiłam jakieś buty do szewca i ubrania do krawcowej, zrobiłam zaległe zakupy, ukręciłam sobie trochę naturalnych kosmetyków i ogólnie ogarnęłam długaśną listę rzeczy odkładanych na później.

  
I tak oto zrobił się trzeci tydzień lipca...
Przynajmniej kilka dni udało mi się spędzić (mniej więcej) zgodnie z moim „idealnym letnim grafikiem”, który wygląda (mniej więcej) tak: Spacer – śniadanie – rower – działka i magisterka / biblioteka i magisterka – rower.

Mamy w tym roku naprawdę ładne lato! Ok, może to kwestia miejsca, ale ostatnie lata miewałam pogodowo mało udane. Jeżeli byłam w górach lub na obozach w lesie, to było zimno i mokro. Całymi dniami, całymi tygodniami. W górach to nawet miałam powódź... Jeżeli siedziałam w mieście, to było gorąco jak w piecu. A w tym roku obserwuję takie coś, co wydaje mi się takim... normalnym umiarkowanym latem. Nie było jeszcze chyba w Warszawie dnia z upałem powyżej 30 stopni. Nie było też jakichś długich okresów deszczowych. Ot, „raz słoneczko, raz chmurka (a my obojętnie przechodzimy koło niejednego ogórka)”.
Na swojej rowerowej trasie mijam cały rząd lip. I z przykrością wspominam, że w zeszłym roku było tak sucho i gorąco, że o tej porze te lipy zaczęły – powoli, bo powoli, ale jednak – żółknąć i gubić liście! A w tym roku są zieloniutkie i kwitnące.

Nad Wisłą i nad jeziorkami, tam gdzie spaceruję, kwitnie wszystko!

Na działce... Też. I jest gwarno. Ciągle coś piszczy, kwili, gwiżdże, skrzeczy, trzepocze, szeleści... Czasem szumi wiatr, a czasem warczy kosiarka. W oddali pobrzmiewa miasto... Róże mienią się całą paletą kolorów, od białego, przez lekko kremowy, brzoskwiniowy, koralowy, intensywnie różowy, czerwony, aż po bordowy... Do domu wracam czasem z koszykiem pełnym hortensji, a czasem nagietków...

W domu... Jest jasno. Jest 2130, ja siedzę i piszę. Czasem wpadam w taki trans pisania, że palce nie nadążają za myślami. Czasami idzie opornie, grzebię w literaturze i nie mogę znaleźć tego, czego szukam... Wiem, co chcę napisać, ale nie wiem, gdzie znaleźć do tego solidne podstawy teoretyczne. Dochodzi dziesiąta, na niebie z prawym rogu okna (na północnym zachodzie znaczy), wciąż widać różowe pasma zachodzącego słońca. Uwielbiam te długie, letnie dni! Tylko wolałabym mniejszą ich część poświęcać na stukanie w klawiaturę...

Obiecuję sobie, bardzo stanowczo, że kolejne wakacje będą wyjątkowe. Będą dwudziestymi ósmymi wakacjami mojego życia. To ładna liczba. Okrągła. Lubię takie. I mają być, wreszcie, po raz pierwszy od chyba dziesięciu, a może i dwunastu lat, całe dla mnie. Bez pracy, czy to naukowej, czy zarobkowej, czy to wśród gór czy wśród dzieci. Pojedziemy z Karolem gdzieś w Świat, pojedziemy w góry i może na jakieś żagle, a poza tym będę odpoczywać. No ok, kołacze mi się po głowie kilka szkolnych projektów, które trzeba by przygotować w wakacje, ale nie da się w te (bo magisterka i samochód), więc może w te przyszłe...? To i tak będzie jednak duuużo mniej pracy, niż teraz. I dużo mniej stresu, bo w zasadzie nie ma żadnej presji.
Męczy mnie ta presja czasu, ta świadomość, że muszę zdążyć przed końcem sierpnia, bo później znów zacznie się ten cały bałagan i cyrk... Bo początek i koniec roku szkolnego, biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności (przejście z systemu 6 + 3 + 3 na 8 + 4, braki kadrowe, i inne takie, a teraz jeszcze sytuację epidemiologiczną), to naprawdę jest bałagan i cyrk... No więc stresuję się.

W ogóle cały czas jest mnóstwo spraw, którymi się martwię i przejmuję. Martwię się magisterką. Zastanawiam się, jaki będzie ten przyszły rok szkolny, skoro już ten był taki trudny. Jestem sfrustrowana, bo jest mnie więcej, niż było w zeszłym roku i to w dodatku mniej rozciągniętej (chociaż z trochę lepszą kondycją). I to by było ok, gdybym wiedziała, że sobie odpuściłam, że nie tańczyłam, no ogólnie że po prostu sama jestem sobie winna. Ale nie odpuściłam! Starałam się jeść rozsądnie i trenować regularnie. Starałam się nawet bardzo... A potem przychodziły trzy takie dni z rzędu, kiedy siadałam do lekcji online o 8.30, w okienkach sprawdzałam prace i wstawiałam oceny, później wstukiwałam do systemów kolejne zadania, informacje lub zaliczenia, jeszcze później odpisywałam na maile i smsy, odbierałam telefony, dzwoniłam w różnych sprawach, a później to już było koło 20, 21, czasem nawet 22, ja od 12 godzin nic nie jadłam i czułam się, jakbym nie siedziała na kanapie przed laptopem, tylko przerzuciła tonę węgla, więc na żadną lekką kolację i wieczorny trening nie było już szans. No i jasne, teraz jem rozsądnie i zdrowo, ruszam się regularnie i w miarę intensywnie i ogólnie zmierzam w dobrym kierunku, ale wkurza mnie fakt, że chwilowo jest jak jest, nawet jeżeli wszystko wskazuje na to, że niedługo będzie lepiej. Martwię się moją Mamą, która przejmuje się sytuacją epidemiologiczną (trochę się nie dziwię – jest w grupie ryzyka, pracuje w ciągłym i bezpośrednim kontakcie z ludźmi, no i bardzo dobrze wie, jak bardzo nasz system opieki zdrowotnej leży). Przejmuję się, jak kłóci się z Tatą o działkę (chociaż robią to od zawsze, więc teraz to już bardziej mnie tym wkurzają)...
No, ogólnie się stresuję. I martwię. I przejmuję.

To ja może już pójdę pisać tę magisterkę...
Ale muszę przyznać, że lepiej się pisze, gdy dookoła tak ładnie!






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz