Lipiec 2020
Lato
takie zwyczajne (chociaż oczywiście niezwyczajne)
Pierwsze
trzy tygodnie lipca to był taki wstęp do wakacji...
Spotkałam
się z przyjaciółką i dałam sobie upaćkać senesem włoski i wymalować henną
kończynki. Spędziłam bardzo przyjemny weekend u drugiej przyjaciółki.
Napisałam
pracę zaliczeniową na ostatni przedmiot, który mi do zaliczenia został.
Pozamykałam wszystkie tegoroczne szkolne sprawy. Trochę sobie spacerowałam,
trochę jeździłam rowerem na działkę, trochę nawet tańczyłam, ale nie tak
regularnie i intensywnie, jak bym chciała.
Ogarnęłam
sobie jazdy doszkalające, żeby sobie przypomnieć, jak się używa samochodu i móc
nim we wrześniu jeździć do szkoły (co może być przedsięwzięciem bezsensownym,
biorąc pod uwagę fakt, że nie wiem, czy wrócimy we wrześniu do szkoły).
Wysprzątałam mieszkanko, przeorganizowałam się trochę, poodnosiłam jakieś buty
do szewca i ubrania do krawcowej, zrobiłam zaległe zakupy, ukręciłam sobie
trochę naturalnych kosmetyków i ogólnie ogarnęłam długaśną listę rzeczy
odkładanych na później.
I tak oto zrobił się trzeci tydzień lipca...
Przynajmniej kilka dni udało mi się spędzić (mniej więcej) zgodnie z moim „idealnym letnim grafikiem”,
który wygląda (mniej więcej) tak: Spacer – śniadanie – rower – działka i
magisterka / biblioteka i magisterka – rower.
Mamy
w tym roku naprawdę ładne lato! Ok, może to kwestia miejsca, ale ostatnie lata
miewałam pogodowo mało udane. Jeżeli byłam w górach lub na obozach w lesie, to
było zimno i mokro. Całymi dniami, całymi tygodniami. W górach to nawet miałam
powódź... Jeżeli siedziałam w mieście, to było gorąco jak w piecu. A w tym roku
obserwuję takie coś, co wydaje mi się takim... normalnym umiarkowanym latem.
Nie było jeszcze chyba w Warszawie dnia z upałem powyżej 30 stopni. Nie
było też jakichś długich okresów deszczowych. Ot, „raz słoneczko, raz chmurka
(a my obojętnie przechodzimy koło niejednego ogórka)”.
Na
swojej rowerowej trasie mijam cały rząd lip. I z przykrością wspominam, że w zeszłym
roku było tak sucho i gorąco, że o tej porze te lipy zaczęły – powoli, bo
powoli, ale jednak – żółknąć i gubić liście! A w tym roku są zieloniutkie i
kwitnące.
Nad
Wisłą i nad jeziorkami, tam gdzie spaceruję, kwitnie wszystko!
Na
działce... Też. I jest gwarno. Ciągle coś piszczy, kwili, gwiżdże, skrzeczy,
trzepocze, szeleści... Czasem szumi wiatr, a czasem warczy kosiarka. W oddali
pobrzmiewa miasto... Róże mienią się całą paletą kolorów, od białego, przez
lekko kremowy, brzoskwiniowy, koralowy, intensywnie różowy, czerwony, aż po
bordowy... Do domu wracam czasem z koszykiem pełnym hortensji, a czasem
nagietków...
W
domu... Jest jasno. Jest 2130, ja siedzę i piszę. Czasem wpadam w
taki trans pisania, że palce nie nadążają za myślami. Czasami idzie opornie,
grzebię w literaturze i nie mogę znaleźć tego, czego szukam... Wiem, co chcę
napisać, ale nie wiem, gdzie znaleźć do tego solidne podstawy teoretyczne.
Dochodzi dziesiąta, na niebie z prawym rogu okna (na północnym zachodzie
znaczy), wciąż widać różowe pasma zachodzącego słońca. Uwielbiam te długie,
letnie dni! Tylko wolałabym mniejszą ich część poświęcać na stukanie w klawiaturę...
Obiecuję
sobie, bardzo stanowczo, że kolejne wakacje będą wyjątkowe. Będą dwudziestymi
ósmymi wakacjami mojego życia. To ładna liczba. Okrągła. Lubię takie. I mają
być, wreszcie, po raz pierwszy od chyba dziesięciu, a może i dwunastu lat, całe
dla mnie. Bez pracy, czy to naukowej, czy zarobkowej, czy to wśród gór czy
wśród dzieci. Pojedziemy z Karolem gdzieś w Świat, pojedziemy w góry i
może na jakieś żagle, a poza tym będę odpoczywać. No ok, kołacze mi się po
głowie kilka szkolnych projektów, które trzeba by przygotować w wakacje, ale
nie da się w te (bo magisterka i samochód), więc może w te przyszłe...? To i
tak będzie jednak duuużo mniej pracy, niż teraz. I dużo mniej stresu, bo w zasadzie
nie ma żadnej presji.
Męczy
mnie ta presja czasu, ta świadomość, że muszę zdążyć przed końcem sierpnia, bo
później znów zacznie się ten cały bałagan i cyrk... Bo początek i koniec roku
szkolnego, biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności (przejście z systemu 6 + 3 +
3 na 8 + 4, braki kadrowe, i inne takie, a teraz jeszcze sytuację
epidemiologiczną), to naprawdę jest bałagan i cyrk... No więc stresuję
się.
W
ogóle cały czas jest mnóstwo spraw, którymi się martwię i przejmuję. Martwię
się magisterką. Zastanawiam się, jaki będzie ten przyszły rok szkolny, skoro
już ten był taki trudny. Jestem sfrustrowana, bo jest mnie więcej, niż było w
zeszłym roku i to w dodatku mniej rozciągniętej (chociaż z trochę lepszą
kondycją). I to by było ok, gdybym wiedziała, że sobie odpuściłam, że nie
tańczyłam, no ogólnie że po prostu sama jestem sobie winna. Ale nie odpuściłam!
Starałam się jeść rozsądnie i trenować regularnie. Starałam się nawet bardzo...
A potem przychodziły trzy takie dni z rzędu, kiedy siadałam do lekcji online
o 8.30, w okienkach sprawdzałam prace i wstawiałam oceny, później
wstukiwałam do systemów kolejne zadania, informacje lub zaliczenia, jeszcze
później odpisywałam na maile i smsy, odbierałam telefony, dzwoniłam w różnych
sprawach, a później to już było koło 20, 21, czasem nawet 22, ja od 12 godzin
nic nie jadłam i czułam się, jakbym nie siedziała na kanapie przed laptopem,
tylko przerzuciła tonę węgla, więc na żadną lekką kolację i wieczorny trening
nie było już szans. No i jasne, teraz jem rozsądnie i zdrowo, ruszam się regularnie
i w miarę intensywnie i ogólnie zmierzam w dobrym kierunku, ale wkurza mnie
fakt, że chwilowo jest jak jest, nawet jeżeli wszystko wskazuje na to, że
niedługo będzie lepiej. Martwię się moją Mamą, która przejmuje się sytuacją
epidemiologiczną (trochę się nie dziwię – jest w grupie ryzyka, pracuje w
ciągłym i bezpośrednim kontakcie z ludźmi, no i bardzo dobrze wie, jak bardzo
nasz system opieki zdrowotnej leży). Przejmuję się, jak kłóci się z Tatą o
działkę (chociaż robią to od zawsze, więc teraz to już bardziej mnie tym wkurzają)...
No,
ogólnie się stresuję. I martwię. I przejmuję.
To ja może już pójdę pisać tę magisterkę...
Ale muszę przyznać, że lepiej się pisze, gdy dookoła tak ładnie!


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz