środa, 5 sierpnia 2020

Wakacje w czasach zarazy

Lipiec / Sierpień 2020
Morze
Piaski
(na Mierzei Wiślanej, za Krynicą Morską)


Podróż sentymentalna

Mamy jechać nad Morze...

Za organizowanie tegorocznych wakacji mieliśmy się zabrać w marcu, bo wcześniej się nie ogarnęłam... No ale w marcu zaczął się lockdown, a zanim trochę poluzowano obostrzenia, a ja w ogóle miałam chwilę, żeby pomyśleć o wakacjach, zrobiło się trochę za późno na załatwienie sobie... Czegokolwiek. No ale gdzieś wyjechać muszę, bo inaczej zwariuję! Zwolniło się jedno miejsce, z odwołanej rezerwacji, u Pana Sławka w Piaskach... Piaski administracyjnie należą do Krynicy Morskiej, ale leżą kilkanaście (w zależności od tego, której tablicy wierzyć, od 11 do 17) kilometrów na wschód. Dalej jest już tylko obwód Kaliningradzki. Dzięki temu, nawet jak na polskie morze w szczycie sezonu, bywa tu stosunkowo niewiele ludzi, co w tym roku jest wyjątkowym atutem. Zanim zaczęłam podróżować z Mamą po Świecie (na początku podstawówki), spędzałam tu każde wakacje. Myślę, chociaż tak dalekie wspomnienia bywają zniekształcone i zawodne, że sporą część każdych wakacji, biorąc pod uwagę fakt, że bywałam tu w ciągu jednego roku np. z Mamą, a później z Dziadkami albo z Mamą, a wcześniej z Ciocią. W każdym razie w różnych konfiguracjach, ale najlepiej wspominam te wyjazdy z Dziadkami... Chyba najlepsze wspomnienia z dzieciństwa. Z Dziadkiem taplałam się w wodzie (której wcześniej panicznie się bałam, ale Dziadek świetnie pływał i miał do mnie całe morze cierpliwości). Babunia smażyła nam rybki, które łowił jeszcze wtedy Pan Sławek, robiła najlepsze sałatki z sezonowych warzyw i kotlety z wielkich kani, które Dziadek bezbłędnie potrafił odróżnić od muchomorów sromotnikowych. Nie byłam tu od jakichś... 20 lat...? Myślę, że ostatni raz mogłam mieć z osiem lat. Jak się zresztą później, na miejscu, okazuje, Pan Sławek (człowiek niezwykle ciepły i uroczy, który po tych 20 latach wygląda dokładnie tak samo, jak Go zapamiętałam, tylko trochę siwiej, i który pamięta chyba wszystkich swoich gości, a moich Dziadków traktuje niemal jak własnych) ma zdjęcie mnie z Dziadkami na Jego podwórku. Zdjęcie z 1996 roku, na którym mam fryzurkę na garnek / grzybek (nienawidziłam jej wtedy, ale w sumie to teraz trochę jestem wdzięczna mojej Mamie, wszak regularne ścinanie wzmacnia włosy) i neonowo zielone wdzianko (ach, jakaż ja byłam nim zachwycona! Ta krzykliwa moda lat dziewięćdziesiątych, to zachłyśniecie się kolorowością)! Jest to więc dla mnie podróż sentymentalna...

Wspomnienia i obawy

Tyle, że... Zupełnie nie czuję się gotowa. Magisterka idzie mi wolniej, niż się spodziewałam (w sumie to nadal nie mam prawie nic), jak na szpilkach czekam na ocenę z ostatniego przedmiotu (z którego pracę wysłałam już z miesiąc temu, oceny dalej nie mam, a prowadzący jest wymagający i nie wiem, czy w ogóle zaliczyłam), no i nadal czuję, że jest mnie jakoś... za dużo. Wcale nie mam ochoty zakładać bikini. Wcale. Zupełnie. Im bardziej jestem ubrana, tym mi lepiej.

I w dodatku wyjazd prawie nie dochodzi do skutku. Już nawet nie chce mi się pisać, dlaczego. W każdym razie stresuję się przez całą drogę. A droga łatwa nie jest. Ale mimo to... Jest pięknie. Słońce mocno przygrzewa, orzeźwiający wiatr przegania po niebie zmiennokształtne obłoczki, złocą się pola, zielenieją lasy. Ładna ta nasza Polska (czasami chciałoby się powiedzieć – mimo wszystko). Męczę Karola, żebyśmy zatrzymali się w Uniszkach Zawadzkich, chociaż to po niewłaściwej stronie drogi, toczą się roboty drogowe, jedzie się w porywach do 20 km / h, a ciasny sznurek samochodów nie wygląda, jakby ktoś chciał nas później wpuścić do niego z powrotem. Właściwie to nie miałam pojęcia, że to są Uniszki Zawadzkie. W mojej pamięci to „to takie miejsce, gdzie zawsze zatrzymywaliśmy się z Dziadkami, chociaż jest po niewłaściwej stronie drogi i stał tam chyba czołg”. Mama mgliście sobie przypomina, że to mogło mieć coś wspólnego z bitwą pod Mławą. Google Maps podpowiada, że to pomnik obrońców Mławy w Uniszkach Zawadzkich i nie stoi tam czołg, tylko wielki pomnik żołnierza. Jak się okazuje, pamięć mnie jednak aż tak nie myliła! Na pięknie utrzymanym wzgórzu, za pomnikiem, stoi... no, nie czołg, ale jakieś działo i bunkier. Czołg, działo, co za różnica, jak się ma 4 lata to i na jedno i na drugie można (trzeba!) się wdrapać. Stoi tam też rozpadająca się drewniana chałupka. Chałupki nie pamiętam...? Chociaż z drugiej strony... Przecież nie zatrzymywaliśmy się tu dla pomnika. Przechadzamy się chwilę. W zaroślach rozpoznaję w końcu... dawny ogródek? W dziwnych kanałkach – dawną fontannę uformowaną na szemrzący strumyk! To przecież była taka malutka przydrożna restauracyjka, a ja biegłam po tym ogródku, wśród tej szemrzącej wody... O jeżu, jak te wspomnienia dziwacznie działają! Dlaczego zapamiętałam czołg (który okazał się być działem), a nie zapamiętałam tego ogródka i strumyka, które tak lubiłam...?

 


Pan Sławek pokoje ozonuje, więc prosił, żeby nie przyjeżdżać za wcześnie. Nie spieszymy się więc i zjeżdżamy na chwilę z drogi, żeby coś zjeść i przejść się po Elblągu, który okazuje się bardzo sympatycznym miasteczkiem. Urzekają mnie oczywiście głównie wąskie, staromiejskie uliczki i dwa małe zwodzone mostki. Przejeżdżamy też przez teren robót nad nieszczęsnym przekopem, ale staram się tym nie wkurzać. W końcu to już tak blisko! Wszystko tak, jak zapamiętałam – po prawej jakieś szuwary i trzcinowiska, za którymi czasem błękitnie błyska Zalew, po lewej – nawydmowe, głównie sosnowe, lasy, za którymi kryje się morze. Przypomina mi się też, że w Krynicy to ja byłam nie tak dawno, tzn. jakieś sześć lat temu, kiedy wybraliśmy się tu w ramach rajdu podczas obozu harcerskiego. To fascynujące, ale takie rzeczy się zapomina. Nie pamięta się dobrze miejsc, w których było się z dużą grupą dzieciaków, za które było się odpowiedzialnym. Człowiek nie zwiedza, tylko liczy dzieci. Co za różnica, gdzie je liczy? No, i to oczywiście nie jest ta sama Krynica, którą zapamiętałam sprzed dwudziestu lat. Jest to Krynica głośna, tłoczna, pełna turystycznego kiczu i ogólnie zniechęcająca. Ale dalej jest droga – stara, wąska i kręta, między szuwarami a lasem... I w końcu Piaski. W pierwszej chwili ich nie poznaję, ale wszystkie klocki powoli wskakują na swoje miejsce. Po prawej port, dalej po lewej sklep i kawiarnia, skręt w lewo, kościół, skręt w prawo, droga na plażę, plac zabaw... No i już! Tych „klocuszków” jest tylko znacznie więcej niż kiedyś – są dwa sklepiki z pamiątkami (wtedy nie było żadnego), są dwie nowe restauracje (wtedy była tylko jedna, naprzeciwko portu), jest plenerowa siłownia przy tych zalewowych trzcinkach... Sklep, kawiarnia i kościół, sąsiadujący z domem Pana Sławka, nadal wydają się jednak stanowić „centrum” miejscowości. Pewne rzeczy pozostają niezmienne.



W Piaskach zazwyczaj można spotkać dziki. 
My widzieliśmy tylko jednego, i to tylko jego mniej fotogeniczną połowę. 
Za to już pierwszego wieczoru spotkaliśmy w lesie taką uroczą sarenkę!

Pierwszego dnia obchodzimy prawie całe Piaski... Stary rybacki port nad Zalewem, spacer lasem do granicy, powrót plażą, a później spacer przez miasteczko tak daleko na wschód, jak tylko się da. Granica jest bliżej niż zapamiętałam, płot jest niższy, a strażnica po kaliningradzkiej stronie – mniejsza i bardziej oddalona. Ten płot to prawie na pewno był wyższy i miał jakieś zasieki (ich resztki, w postaci kłębów drutu kolczastego, znajdujemy zresztą któregoś dnia na wydmie), reszta – pewnie zwyczajnie wydawała mi się większa i groźniejsza, bo ja byłam mniejsza... Nadal jednak pomiędzy granicą z „naszej”, a granicą z „ich” strony jest „pas ziemi niczyjej”. Teraz za to stoją tablice informujące o tym, że to granica Polski i zewnętrzna granica Unii, a jej przekraczanie w tym miejscu jest niedozwolone. Ale ten płotek to taaaki niziutki, a plaża po drugiej stronie taaaka zachęcająco pusta, że aż kusi. Szczęśliwie plaża w okolicy Piasek w ogóle nie jest specjalnie zaludniona, zwłaszcza jeżeli odejdzie się troszkę dalej. Wejście siódme mamy naprzeciwko domu, szóste to takie główne, pod które można dojechać samochodem, a które kiedyś było przystanią rybacką, piąte sąsiaduje z obozem harcerskim i starą latarnią, czwarte jest już pod koniec miejscowości. Podejrzewam, że trzecie wyprowadza z dawnego ośrodka kolonijnego. Ośrodek wygląda właściwie dokładnie tak, jak dwadzieścia lat temu, czyli jak stary ośrodek kolonijny, teraz jednak można sobie tutaj prywatnie wynajmować mało zachęcające domki. Na nim też Piaski się kończą. Droga doprowadza do niego i... Koniec. Dalej są tylko nadzalewowe szuwary i trzcinowiska. Z kolei do wejścia pierwszego, tuż przy granicy, sporo ludzi dojeżdża prowadzącym wzdłuż wydmowego lasu, równolegle z jednej strony do drogi, a z drugiej do plaży, szlakiem rowerowym. Upatrujemy więc sobie wejście drugie, najmniej uczęszczane. Tu naprawdę jest pusto!


Następnego dnia pożyczamy sobie od Pana Sławka rowery. Są stare, rozklekotane, miejscami zardzewiałe i mają zaskakująco małe koła. Nie wiem jak małe, ale na pewno mniejsze niż mój. Mają też jakoś dziwnie ustawione pedały... Siodełko mam ustawione tak, że ledwo sięgam obciągniętymi palcami stóp do ziemi. Za to na pedałach nogi mam dość mocno zgięte... To chyba nie tak powinno działać? Rowerki mają też eleganckie wygięte ramy, miło zaskakuje mnie więc brak konieczności wysokiego przerzucania nogi nad ramą, ale i tak siedzę pochylona, bo moja kierownica jest niziutko, a nie da się jej ruszyć. No nic, będzie zabawnie, przecież nie muszę się wyrobić na żadną lekcję czy radę. Do Krynicy mamy jakieś kilkanaście kilometrów (dwa znaki tuż obok siebie podają dość sprzeczne dane, od 11 do 17, ale w każdym razie niewiele), możemy sobie te kilkanaście kilometrów jechać nawet przez 2 godziny. Nigdzie nam się nie spieszy. Dojeżdżamy jednak trochę szybciej, rozwijając zaskakującą prędkość (ale do pracy to i tak bym się spóźniła), sprawdzamy sobie godziny rejsów do Fromborka, gdyby naszła nas ochota na taką wycieczkę, a wracając zwiedzamy wszystko, o czym informują tablice po drodze, czyli najwyższą wydmę (Wielbłądzi Garb z ładnym widokiem w obie strony) i klif nadzalewowy (nie jest może specjalnie imponujący, ale całkiem ładny). Próbujemy też, z marnym skutkiem, nie dać się zjeść komarom...






A później to już różnie. Próbujemy trochę plażować... Jednego dnia jest ciepło, nawet z pół godzinki się w tym ciepełku wyleguję, ale za to pochmurno i parno, aż w końcu przychodzi burza. Innego dnia jest słonecznie, chociaż chłodno, ale liczymy na to, że się nagrzeje... aż w końcu z zachodu nadpływają ciężkie i ciemne chmury... Trochę więc spacerujemy (lasem i plażą, do naszego upatrzonego drugiego wejścia), trochę siedzimy na plaży (tam głównie zjadamy drugie śniadania i korzystamy z internetów, bo akurat pod wydmami bywają), trochę gramy w Dobble i Jungle Speeda, a trochę siedzimy w pokoiku, czystym, jasnym i ładnym, i Karol sobie czyta, a ja piszę – notatki albo magisterkę. Oglądamy też wyjątkowo dużo filmów, w tym oscarowy Parasite, którego fenomenu... Jakoś nie czujemy. No, i jadamy obiady... w restauracjach! Jeżu kolczasty, no zamawiać jakąś pizzę z dostawą to nam się zdarza, ale w restauracjach normalnie prawie nie bywamy. A te tutaj są naprawdę w porządku! Poza – oczywiście – świeżo usmażoną rybą i – oczywiście – goframi, próbujemy domowych ruskich pierogów (prawie tak dobre, jak babcine!), burgera z dzika (no, to głównie Karol) soku z płatków dzikich róż, lodów z pyłkiem kwiatowym, granity z berberysu i sałatki z nasturcją. Może to i koniec świata, ale kulinarnie trzyma poziom. I można zjeść coś poza rybą i gofrem. I można zjeść lekko, wegetariańsko, a jakby ktoś chciał, to nawet wegańsko i bezglutenowo. Takie luksusy.




Jak plażować, to tylko z torbą w marynarskie wzory i na ręczniku w dalmatyńczyki,
który pamięta czasy plażowania w Piaskach z Dziadkami!




 
Niebo, chmury, dziury w chmurach...





Dwa razy jedziemy rano do Krynicy z zamiarem przepłynięcia promem do Fromborka. We Fromborku kiedyś z Dziadkami byłam. Zapamiętałam, najwyraźniej błędnie, że płynęło się z portu w Piaskach (niemożliwe, to tylko maleńki porcik rybacki) i że Frombork to ładniutkie miasteczko. Wszechświat chyba jednak nie chce, żebyśmy je zwiedzili. Za pierwszym razem na mniejszy i fajniejszy promik nie ma już miejsc. Na drugi, który jest większy, droższy, na miejscu stoi krócej i trzeba na niego czekać godzinę, czekać nam się nie chce. Za drugim razem jesteśmy sprytniejsi. Ja ustawiam się pod mniejszym promem, Karol jedzie odstawić samochód. Dzięki temu jestem tam o jakieś pół godziny wcześniej niż poprzednim razem, a że pogoda jest też mniej sprzyjająca (chłodno, pochmurno i wieje), to jestem pierwsza (i przez pewien czas jedyna) w kolejce. I wtedy wychodzi z promu kapitan i mówi, że dzisiaj nie płyną, bo są za duże fale i nie wypuszczą ich z portu... Także ten. No. Wracamy, idziemy na spacer plażą, która od tych fal zrobiła się dwukrotnie węższa, obserwujemy wdzierającą się na piasek wodę i zbieramy... Sześć mikrobursztynków, dwanaście groszy i kilka ładnie oszlifowanych szkiełek. 

To są, Proszę Państwa, procesy eoliczne w mikroskali.
Pytanie - z której strony wiał wiatr i jaki typ wydmy prezentują te mikrowydemki?
💛💚💙


Morze wzburzone, plaża zalana 💦

I ten wieczorny spektakl na niebie!

Najchłodniejszego dnia jedziemy natomiast do Gdańska. Decydujemy się na to późno, bo i wstaliśmy późno. No, to znaczy wcześnie... Po kolei. Wstajemy tego dnia o czwartej (nooo, czwartej trzydzieści, bo ta pościel taaaka ciepła), ubieramy się w najcieplejsze, co mamy i idziemy zobaczyć wschód słońca na plaży. Ma on tę wadę, że słońce wschodzi gdzieś nad Rosją, nie nad morzem, ale i tak ładna jest ta powoli wyłaniająca się z mroku plaża i te podświetlone na różowo chmury. A w ogóle to był pomysł Karola, bo chciał sprawdzić, czy rano będzie więcej bursztynów. Albo większe. Nie, nie było. Po tej eskapadzie wracamy do łóżka, jest mi tak zimno, że z godzinę nie mogę zasnąć, a jak już zasypiam, to nie chce mi się wstać. No, więc do Gdańska jedziemy późno. Zresztą jeden dzień to i tak mało, żeby zwiedzić Gdańsk, a my planujemy się kiedyś wybrać na kilka dni tylko na zwiedzanie Trójmiasta, ale coś ze sobą trzeba zrobić i można ten chłodny i przelotnie deszczowy dzień wykorzystać na przejechanie się mierzeją, przejście się po starówce i zajrzenie do stoczni.

O wschodzie słońca...

Jeszcze nie wiem, co to, ale było w Katedrze Mariackiej i wygląda astronomicznie!

Któregoś dnia spędzam też ze dwie godziny pod wydmą, gdzie akurat mam najlepszy zasięg, gapię się w telefon i ogarniam... Wyniki egzaminu ósmoklasisty. Komuś nie działa strona z wynikami, mimo że wpisuje poprawy login i hasło. Ktoś się stresuje, że nie działa, bo nie ogarnął, że jest dopiero dziewiąta, a te wyniki to od dziesiątej. Ktoś nie dostał maila z sekretariatu i nie wie, kiedy może przyjść po wyniki na papierze, żeby móc je potem zanieść do liceum. Ktoś tego maila nie zauważył. Ktoś dostał, zauważył, ale wolał się upewnić... I tak dalej. Jestem też trochę dumna, bo naprawdę nieźle tym moim Misiakom poszło. No i trzymam kciuki za rekrutację, nie mają teraz łatwo...


Wzburzone morze przed zachodem słońca



No tak, naprawdę, ja wiem, że zachód słońca nad morzem to nic nowego...
Ale zawsze mnie zachwyca!
Te kolory, te odbicia, ten ruch...


...te rozbryzgujące się fale...


...a innym razem ten spokój, te łagodnie układające się falki...


Przemyślenia pierwszosierpniowe

Pod koniec lat dziewięćdziesiątych i może jeszcze we wczesnych dwutysięcznych na plaży w Piaskach leżały jakieś bomby i pociski. Pociski zresztą, wbite pionowo w ziemię i przemalowane na ołówki, stoją teraz przed Ośrodkiem Edukacji Przyrodniczej. Dziadek, który już od II wojny światowej służył jako kierowca w wojsku, chociaż był dopiero dzieciakiem, doskonale wiedział, co to i z jakiego okrętu, ale byłam za mała, żeby zapamiętać do dzisiaj... W telewizji lecieli czterej pancerni. „Deszcze niespokojne...” zaśpiewam z pamięci do dziś. Latałam po okolicznych lasach ze zagrają innych dzieciaków, które przyjeżdżały z rodzicami czy dziadkami do Pana Sławka. Wpadałam w okopy... Zakrzywiony patyk udawał pistolet, a ja byłam oczywiście Marusią. Raz nawet mieliśmy psa, chociaż z Szarikiem niewiele miał wspólnego. I chociaż zabawa była wspaniała, to do „prawdziwej”, nie naszej udawanej, wojny zawsze czułam jakiś... respekt? Dystans? Instynktownie, nie mając pojęcia, czym jest metafora, wiedziałam, że wojna to faktycznie „(po)ważna gra”. Że ja latam z patykiem po lesie, ale kiedyś, nie tak dawno przecież, Dziadek te czasy pamięta, ginęli tu ludzie... Ginęli po to, żebym ja mogła tu z tym patykiem latać. Ginęli tu i ginęli w Warszawie. Ginęli bohatersko i ginęli bezsensownie. Ginęli. Umierali. Zabijali i byli zabijani. Napisaliśmy sobie tak pięknie na Westerplatte, że nigdy więcej wojny... I co...?

I jest nas na Świecie ponad siedem miliardów. Ani się obejrzymy, a będzie osiem. Każdy chce godnie żyć, korzystać z ograniczonych zasobów, bogacić się, każdy ma jakieś cele, ideały, potrzeby, zasady, jakiś system wartości. Trudno te wszystkie racje pogodzić. Trudno uniknąć niezgody, konfliktów i wojen. Ale też mam wrażenie, że tak ogólnie, jako ludzkość, niespecjalnie się staramy. Nie uczymy się na błędach...?


A z dziadków, to najbardziej byłam dumna, nie że w tej wojnie walczyli (znaczy Dziadek – mimo różnicy wieku byli cudownie zgraną parą, ale Babunia to wojny nie pamięta, bo urodziła się w 1939), tylko że odgruzowywali i odbudowywali Warszawę... Dziadek potrafił „tak zabawnie mówić” gwarą warszawską, a z uliczek w śródmieściu, między innymi z Hożej, przy której mieszka moja Mama, wywoził gruz. Wywoził, budował... Budowali oboje. Warszawę i dom. Dom, w małym mieszkanku na Pradze.

Dom pełen przetworów, placków ziemniaczanych,

najlepszych zabaw, najpiękniejszych wspomnień, ciepła, humoru i miłości.




Lato w czasach zarazy (ale jeszcze nie wakacje)

Późniejsze lato w czasach zarazy (i też nie całkiem wakacje)

 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz