wtorek, 14 lipca 2020

Dziennik z czasów zarazy i końca świata... No, roku szkolnego.


Wiosna / Lato 2020
Późna wiosna, wczesne lato?
Astronomicznie – wiosna.
Meteorologicznie – lato (ale jakieś chłodne)!
No, a epidemiologicznie – to ciągle jeszcze trochę koniec świata...

Ależ mam kryzys!

Pracuję w wyjątkowej szkole. W szkole, gdzie większość nauczycieli to ludzie z pasją i empatią. W szkole, gdzie mogę oceniać kształtująco, robić zaliczenia w grupach albo z notatkami, ale za to wymagające kojarzenia faktów i kreatywnego myślenia, a w ramach lekcji powtórzeniowych organizować gry. W szkole, gdzie mamy tutoring, znamy swoich uczniów i w miarę możliwości staramy się wspierać ich rozwój czy pozaszkolne pasje. I nikt nie ma do mnie pretensji za takie „wywrotowe” pomysły, bo jest to... pewnego rodzaju norma. Bo większość z nas tak robi. I na co dzień to uwielbiam!

Ale ostatnio mam kryzys.

Mamy plan zajęć online, codziennie od 8.30. Do tego przygotowanie materiałów do pracy samodzielnej, zaliczenia (mam mniej godzin niż w normalnym planie, więc robię je poza godzinami lekcji z daną klasą), kółko (niepłatne, ale inni nauczyciele robią), spotkania tutorskie, przerobienie gotowych testów na takie online, pisanie informacji zwrotnych, bo nie mogę ich po prostu przekazać ustnie, odpowiadanie pisemne na miliard pytań (co jednak zajmuje więcej czasu niż zwykła rozmowa), itp.

Uczniowie sobie chwalą, że „Pani to jest jedną z najlepszych w ogarnianiu szkoły online”. Nauczyciele też sobie chwalą, dzwonią do mnie z prośbą o poradę, jak ogarnąć Classrooma czy Zooma i dlaczego coś im nie działa... I tylko ja sobie nie chwalę, bo co prawda wszyscy dookoła zadowoleni, tylko ja siadam do pracy o 8, wstaję od niej o 20, a i tak się nie wyrabiam z przygotowaniem zaliczeń online, napisaniem informacji zwrotnych, wstawieniem ocen... A w międzyczasie moje głodne kochanie pyta, co ma nam zrobić na obiad. I On nie ma pretensji, że ja tego obiadu nie zrobiłam. Ale ja mam.

Jestem osobą tysiąca pasji i poza pracą mam różne inne plany i zobowiązania, na które teraz zupełnie nie starcza mi czasu i / lub siły, bo po taki dniu jestem bardziej zmęczona niż po całym dniu aktywności fizycznej! I źle mi z tym pod każdym względem.

Źle mi z tym, jak widzę różne inicjatywy naszych nauczycieli – a to ktoś wrzuca coś ciekawego na szkolne forum, a to bierze udział w jakimś szkoleniu, a to sam szkoli, a to udzielił się w szkolnej gazetce, a to ma świetną relację z uczniem, którego ja akurat mało znam, itp. Normalnie daje mi to moc pozytywnej energii, mobilizuje do działania, inspiruje... Ale teraz nie. Teraz mnie dołuje, że wszyscy tak doskonale działają i świetnie sobie radzą, tylko ja nie robię nic „poza”, nic „ponad”, a i tak się nie wyrabiam, i jeszcze w zeszłym tygodniu pomyliłam się na lekcji (nie raz!) i jak ja w ogóle mogłam taką głupotę powiedzieć! A jak ktoś do mnie pisze, żebym podpowiedziała czemu nie działa Classroom lub co się popsuło na Zoomie albo wrzuciła coś na szkolną stronę, to zamiast zwykłego „jasne, nie ma sprawy” mam w głowie „jeżu kolczasty i borze sosnowy, czemu znów ktoś czegoś ode mnie chce, niech mi wszyscy dadzą święty spokój!”.

Źle mi w ogóle z tym, jak widzę media społecznościowe, a niestety nie za bardzo mogę się od nich odciąć, bo m.in. tu załatwiam sprawy tutorskie „mniejszego kalibru”. A tu jak nie kreatywni nauczyciele, to studenci, którzy siedzą w domach i kończą swoje prace (dokończenie mojej drugiej magisterki jest jedną z tych rzeczy, na które nie starcza mi siły i czasu) albo szkoły tańca, które z każdej strony bombardują zajęciami online (taniec to moja kolejna pasja) i mam poczucie, że wszyscy wokół trenują, poprawiają technikę i pogłębiają zakresy w rozciąganiu, a tylko ja od miesięcy nie ruszyłam się z kanapy (moje home office naprawdę jest na kanapie).

I nie pomaga jakiś dzień dla siebie, niedziela na działce rodziców, spacer po lesie, zbieranie kwiatów, poleżenie w hamaku. Mam wrażenie, że potrzebowałabym kilku miesięcy takich „dni dla siebie”.

I ja wiem, że Internet kłamie, że każdy w Internecie jest pracownikiem miesiąca, badaczem naukowym w stopniu profesora, genialnym tancerzem i jeszcze do tego hoduje szczęśliwego tęczowego jednorożca, a tak naprawdę – zupełnie jak ja – nie wyrabia się ze wszystkim i miewa kryzysy, ale jakoś ostatnio mimo tej wiedzy mnie to męczy.

No, i nie wiem, co robić. Jak dać sobie prawo do odpuszczenia. Do zrobienia czegoś szybciej i może mniej atrakcyjnie, może mniej ciekawie, mniej oryginalnie, ale tak, żeby nie poświęcać na to dużo czasu. Albo zrobić tę świetną lekcję i napisać te wszystkie szczegółowe informacje zwrotne, ale nie mieć potem pretensji do siebie, że nie napisałam jeszcze do tego pół rozdziału magisterki i nadal nie robię szpagatu na stojąco...


Dobre popołudnia

Mam w tym okresie kilka bardziej udanych popołudni, które trzymają mnie jakoś przy zdrowych zmysłach.  

W ostatni czwartek maja muszę załatwić coś w śródmieściu. Wskakuję więc na rower... I jadę. No, najpierw to na stację benzynową, żeby podpompować po zimie koła. Ale potem już do śródmieścia. W przeciwieństwie do kilku poprzednich, ten kończący się właśnie maj był raczej chłodny niż upalny, ale teraz temperatura jest taka... Idealna. Ciepła. Letnia. Przyjemna. I kwitną akacje!

W niedzielę wybieramy się za to – jak zwykle – na działkę Mamy Karola. A tam... Taka piękna, dojrzała, późna wiosna. Las wreszcie cały okrył się świeżą, intensywną, cudowną zielenią. W miejskiej wyspie ciepła już przekwitły, ale na przedmieściu wciąż dzielnie trzymają się konwalie i bzy. I pachną tak obłędnie... A na słonecznych łąkach zakwitły już pierwsze chabry i maki! Las powoli zaczyna pachnieć nieśmiałym, ciepłym, wczesnym latem... A na jeziorku po raz pierwszy dały się zauważyć kaczątka, płynące zabawnym rządkiem za kaczą mamą!

Kolejny czwartek, pierwszy czerwcowy, też jest jakiś szczęśliwszy. Kończę lekcje, sprawdzanie, wstawianie ocen, przygotowania na kolejny dzień... I idę na spacer wokół jeziorek. W cieniu jest rześko, ale słońce praży przypominając o tym, że nadchodzą najdłuższe dni w roku. Pachnie... No, wodą. Jeziorem. Wakacjami. Ptaki głośno trzepoczą skrzydłami, owady uwijają się wśród dzikich i niedzikich róż... I przychodzi mi do głowy, żeby takie spacery zacząć robić częściej. Że skoro całymi dniami siedzę w domu i gapię się w ekran laptopa, a później już nie mam siły tańczyć, to może będę miała siłę... No, chodzić. Idę w takim tempie, że jeszcze trochę szybciej i musiałabym biec. 7 km / h przy moim mizernym wzroście jest całkiem zadowalające, a w końcu chodzenie to podobno najzdrowsza, najbardziej fizjologiczna aktywność fizyczna. No i zawsze to jakiś pretekst, żeby chociaż na godzinę wyrwać się z domu!


 Z regularnością tego spacerowania jest oczywiście średnio, jak nie z powodu pracy, to z powodu pogody, ale na kolejny spacer, tym razem nad Wisłą, wybieram się m.in. w niedzielę przed naszą wycieczką na działkę Mamy Karola. To pierwszy w tym roku naprawdę upalny poranek. Słońce praży, chabry błękitnieją, maki się czerwienią, po majowych deszczach bujna roślinność pachnie wakacjami...



Końcówka roku szkolnego

A później zaczynają się matury, egzaminy ósmoklasisty i przygotowania do zakończenia roku szkolnego. Trzeba przyjechać na te egzaminy (jak tylko pogoda pozwala – rowerem). Trzeba dopilnować procedur... Pierwszy raz jestem przewodniczącą komisji. Najpierw na rozszerzonym polskim (czyli pierwszego dnia matur, kiedy te dodatkowe, epidemiologiczne procedury nie są jeszcze dobrze wyćwiczone), a później na informatyce... Na dworze szaleje burza, CKE zawodzi (wysłali za mało naklejek na arkusze i niedziałającą płytę do zapisania wyników), a ja się tylko zastanawiam, co zrobimy, jak przez tę burzę będzie... awaria prądu. Awarii na szczęście nie ma, ale z powodu problemów naklejkowo – sprzętowych wszyscy (nauczyciele, uczniowie, informatyk) wychodzimy ze szkoły po 5,5 (zamiast po 4) godzinach tej stresującej przygody.
Trzeba też wystawić oceny proponowane, poinformować o zagrożeniach, złożyć zapotrzebowanie na gilosze (to te takie ładne papiery, na których drukuje się świadectwa), zamówić książki dla ósmoklasistów na zakończenie szkoły i książkowe nagrody za paski dla klasy i tutików, przypilnować, żeby klasa rozliczyła się z biblioteką i zabrała wszystkie rzeczy z sali i szafek, przygotować prezentację na koniec szkoły dla ósmoklasistów i na zakończenia roku pozostałych klas, wygenerować zaproszenia, mieć nadzieję, że mój laptop da radę, wyjaśnić lubiącej się i zgranej klasie, dlaczego nie będą mogli mieć zakończenia roku razem, wyjaśnić kilku uczniom i rodzicom, dlaczego nie postawiłam na koniec lepszej oceny (jak gdyby zasady oceniania nie były pisane, drukowane, rozdawane i omawiane na początku roku), ogarnąć harmonogram odbierania świadectw, wrzucić te wszystkie rozpiski na stronę, wypełnić tabelkę na temat podręczników na przyszły rok, zebrać dyplomy i ich kopie i wpisać te wszystkie dodatkowe osiągnięcia na świadectwach (przecież to są dodatkowe punkty przy rekrutacji do liceum!), dwa świadectwa poprawić, z giloszy się rozliczyć, niewykorzystane oddać, arkusze ocen uzupełnić (ale nie do końca, bo wyniki egzaminów przecież dopiero pod koniec lipca), odpisać na miliard maili z pytaniami o rekrutację do liceum, zwłaszcza o takie rzeczy, które leżą po stronie rodziców, a nie szkoły, i o których ani ja, ani nasz sekretariat nie mamy pojęcia, podpisać dyplomy, rozdać te wszystkie dyplomy, książki, świadectwa i tarcze, przygotować statystyki, opinię wychowawcy o klasie, opinie o tutikach, sprawozdanie z kółka i ogólnie załączniki na radę, pożegnać się z tutikami, dać im znać, że jakby co, to w wakacje też mogą pisać, wydrukować załączniki, podpisać je, oddać, rozliczyć dziennik i realizację podstawy programowej, to wszystko też podpisać i oddać... No, i to chyba tyle.


Superbelfer i róża.


Koniec tego dziwnego roku szkolnego...
To był dzień długi i pełen wzruszeń.
Na koniec chciałam tylko powiedzieć – DZIĘKUJĘ!!!

Mojej Kochanej 8c za wspólne 2 lata.
Wy wiecie, że nie było łatwo.
Ja wiem, że Wam też nie było.
I chociaż nie zawsze było kolorowo, to zapamietam Waszą klasę jako pełnych energii i pomysłowości, ciekawych i przede wszystkim idących przez życie z uśmiechem młodych ludzi. Jesteście wyjątkowi! Dziękuję!

Wszystkim naszym uczniom – za ten tytuł. To był trudny rok. Dla nas wszystkich. Dla mnie też. Wcale nie miałam poczucia, że był w moim wykonaniu udany. Tym bardziej czuję się zaszczycona, wyróżniona i wzruszona... Dziękuję!

No i wreszcie – naszym nauczycielom. Ludziom, którzy dzień po dniu tworzą miejsce, w którym się chce. W którym chce się być, chce się pracować i chce się starać. Którzy na co dzień wyczarowują tę magiczną atmosferę. Dziękuję!


Tak oto, niepostrzeżenie, robi się lipiec.
I jak już się zrobi to wszystko, to można się spotkać z przyjaciółką i dać na sobie namalować piękne hennowe wzory. A potem jechać na weekend do drugiej przyjaciółki...



A później... A później trzeba to wszystko odreagować. To znaczy przez trzy dni próbować się jakoś ogarnąć – załatwić porządki i inne organizacyjne sprawy odkładane na „po zakończeniu roku szkolnego”, ale robić to wszystko z prędkością chorego ślimaka albo niepełnosprawnego żółwia i przy okazji snuć się z kąta w kąt i obejrzeć cały sezon serialu...




I tak oto, niepostrzeżenie, minął pierwszy tydzień lipca.

Mogę rozpocząć wakacje...
Czyli zabrać się za jeżdżenie rowerem na działkę i pisanie tam etnomagisterki.

Co będzie miało – mam nadzieję – zbawienny wpływ

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz