Wiosna / Lato 2020
Późna wiosna, wczesne lato?
Astronomicznie – wiosna.
Meteorologicznie – lato (ale jakieś chłodne)!
No, a epidemiologicznie – to ciągle jeszcze trochę koniec świata...
Ależ
mam kryzys!
Pracuję
w wyjątkowej szkole. W szkole, gdzie większość nauczycieli to ludzie z pasją i empatią.
W szkole, gdzie mogę oceniać kształtująco, robić zaliczenia w grupach albo z notatkami,
ale za to wymagające kojarzenia faktów i kreatywnego myślenia, a w ramach
lekcji powtórzeniowych organizować gry. W szkole, gdzie mamy tutoring, znamy
swoich uczniów i w miarę możliwości staramy się wspierać ich rozwój czy pozaszkolne
pasje. I nikt nie ma do mnie pretensji za takie „wywrotowe” pomysły, bo jest
to... pewnego rodzaju norma. Bo większość z nas tak robi. I na co dzień to
uwielbiam!
Ale
ostatnio mam kryzys.
Mamy
plan zajęć online, codziennie od 8.30. Do tego przygotowanie materiałów do
pracy samodzielnej, zaliczenia (mam mniej godzin niż w normalnym planie, więc
robię je poza godzinami lekcji z daną klasą), kółko (niepłatne, ale inni
nauczyciele robią), spotkania tutorskie, przerobienie gotowych testów na takie
online, pisanie informacji zwrotnych, bo nie mogę ich po prostu przekazać
ustnie, odpowiadanie pisemne na miliard pytań (co jednak zajmuje więcej czasu
niż zwykła rozmowa), itp.
Uczniowie
sobie chwalą, że „Pani to jest jedną z najlepszych w ogarnianiu szkoły online”.
Nauczyciele też sobie chwalą, dzwonią do mnie z prośbą o poradę, jak ogarnąć
Classrooma czy Zooma i dlaczego coś im nie działa... I tylko ja sobie nie
chwalę, bo co prawda wszyscy dookoła zadowoleni, tylko ja siadam do pracy o 8,
wstaję od niej o 20, a i tak się nie wyrabiam z przygotowaniem zaliczeń online,
napisaniem informacji zwrotnych, wstawieniem ocen... A w międzyczasie moje
głodne kochanie pyta, co ma nam zrobić na obiad. I On nie ma pretensji, że ja
tego obiadu nie zrobiłam. Ale ja mam.
Jestem
osobą tysiąca pasji i poza pracą mam różne inne plany i zobowiązania, na które
teraz zupełnie nie starcza mi czasu i / lub siły, bo po taki dniu jestem
bardziej zmęczona niż po całym dniu aktywności fizycznej! I źle mi z tym pod
każdym względem.
Źle
mi z tym, jak widzę różne inicjatywy naszych nauczycieli – a to ktoś wrzuca coś
ciekawego na szkolne forum, a to bierze udział w jakimś szkoleniu, a to sam
szkoli, a to udzielił się w szkolnej gazetce, a to ma świetną relację z
uczniem, którego ja akurat mało znam, itp. Normalnie daje mi to moc pozytywnej
energii, mobilizuje do działania, inspiruje... Ale teraz nie. Teraz mnie
dołuje, że wszyscy tak doskonale działają i świetnie sobie radzą, tylko ja nie
robię nic „poza”, nic „ponad”, a i tak się nie wyrabiam, i jeszcze w zeszłym
tygodniu pomyliłam się na lekcji (nie raz!) i jak ja w ogóle mogłam taką
głupotę powiedzieć! A jak ktoś do mnie pisze, żebym podpowiedziała czemu nie
działa Classroom lub co się popsuło na Zoomie albo wrzuciła coś na szkolną
stronę, to zamiast zwykłego „jasne, nie ma sprawy” mam w głowie „jeżu kolczasty
i borze sosnowy, czemu znów ktoś czegoś ode mnie chce, niech mi wszyscy dadzą
święty spokój!”.
Źle
mi w ogóle z tym, jak widzę media społecznościowe, a niestety nie za bardzo
mogę się od nich odciąć, bo m.in. tu załatwiam sprawy tutorskie „mniejszego
kalibru”. A tu jak nie kreatywni nauczyciele, to studenci, którzy siedzą w
domach i kończą swoje prace (dokończenie mojej drugiej magisterki jest jedną z
tych rzeczy, na które nie starcza mi siły i czasu) albo szkoły tańca, które z
każdej strony bombardują zajęciami online (taniec to moja kolejna pasja) i mam
poczucie, że wszyscy wokół trenują, poprawiają technikę i pogłębiają zakresy w rozciąganiu,
a tylko ja od miesięcy nie ruszyłam się z kanapy (moje home office naprawdę
jest na kanapie).
I
nie pomaga jakiś dzień dla siebie, niedziela na działce rodziców, spacer po
lesie, zbieranie kwiatów, poleżenie w hamaku. Mam wrażenie, że potrzebowałabym
kilku miesięcy takich „dni dla siebie”.
I
ja wiem, że Internet kłamie, że każdy w Internecie jest pracownikiem miesiąca, badaczem
naukowym w stopniu profesora, genialnym tancerzem i jeszcze do tego hoduje
szczęśliwego tęczowego jednorożca, a tak naprawdę – zupełnie jak ja – nie
wyrabia się ze wszystkim i miewa kryzysy, ale jakoś ostatnio mimo tej wiedzy
mnie to męczy.
No,
i nie wiem, co robić. Jak dać sobie prawo do odpuszczenia. Do zrobienia czegoś
szybciej i może mniej atrakcyjnie, może mniej ciekawie, mniej oryginalnie, ale
tak, żeby nie poświęcać na to dużo czasu. Albo zrobić tę świetną lekcję i
napisać te wszystkie szczegółowe informacje zwrotne, ale nie mieć potem
pretensji do siebie, że nie napisałam jeszcze do tego pół rozdziału magisterki
i nadal nie robię szpagatu na stojąco...
Dobre popołudnia
Mam
w tym okresie kilka bardziej udanych popołudni, które trzymają mnie jakoś przy
zdrowych zmysłach.
W
ostatni czwartek maja muszę załatwić coś w śródmieściu. Wskakuję więc na rower...
I jadę. No, najpierw to na stację benzynową, żeby podpompować po zimie koła.
Ale potem już do śródmieścia. W przeciwieństwie do kilku poprzednich, ten
kończący się właśnie maj był raczej chłodny niż upalny, ale teraz temperatura
jest taka... Idealna. Ciepła. Letnia. Przyjemna. I kwitną akacje!
W
niedzielę wybieramy się za to – jak zwykle – na działkę Mamy Karola. A tam...
Taka piękna, dojrzała, późna wiosna. Las wreszcie cały okrył się świeżą,
intensywną, cudowną zielenią. W miejskiej wyspie ciepła już przekwitły, ale na
przedmieściu wciąż dzielnie trzymają się konwalie i bzy. I pachną tak
obłędnie... A na słonecznych łąkach zakwitły już pierwsze chabry i maki! Las
powoli zaczyna pachnieć nieśmiałym, ciepłym, wczesnym latem... A na jeziorku po
raz pierwszy dały się zauważyć kaczątka, płynące zabawnym rządkiem za kaczą
mamą!
Kolejny
czwartek, pierwszy czerwcowy, też jest jakiś szczęśliwszy. Kończę lekcje,
sprawdzanie, wstawianie ocen, przygotowania na kolejny dzień... I idę na spacer
wokół jeziorek. W cieniu jest rześko, ale słońce praży przypominając o tym, że
nadchodzą najdłuższe dni w roku. Pachnie... No, wodą. Jeziorem. Wakacjami. Ptaki
głośno trzepoczą skrzydłami, owady uwijają się wśród dzikich i niedzikich
róż... I przychodzi mi do głowy, żeby takie spacery zacząć robić częściej. Że
skoro całymi dniami siedzę w domu i gapię się w ekran laptopa, a później już
nie mam siły tańczyć, to może będę miała siłę... No, chodzić. Idę w takim
tempie, że jeszcze trochę szybciej i musiałabym biec. 7 km / h przy moim
mizernym wzroście jest całkiem zadowalające, a w końcu chodzenie to podobno
najzdrowsza, najbardziej fizjologiczna aktywność fizyczna. No i zawsze to jakiś
pretekst, żeby chociaż na godzinę wyrwać się z domu!
Końcówka roku szkolnego
A
później zaczynają się matury, egzaminy ósmoklasisty i przygotowania do zakończenia
roku szkolnego. Trzeba przyjechać na te egzaminy (jak tylko pogoda pozwala – rowerem).
Trzeba dopilnować procedur... Pierwszy raz jestem przewodniczącą komisji.
Najpierw na rozszerzonym polskim (czyli pierwszego dnia matur, kiedy te
dodatkowe, epidemiologiczne procedury nie są jeszcze dobrze wyćwiczone), a
później na informatyce... Na dworze szaleje burza, CKE zawodzi (wysłali za
mało naklejek na arkusze i niedziałającą płytę do zapisania wyników), a ja się
tylko zastanawiam, co zrobimy, jak przez tę burzę będzie... awaria prądu.
Awarii na szczęście nie ma, ale z powodu problemów naklejkowo – sprzętowych wszyscy
(nauczyciele, uczniowie, informatyk) wychodzimy ze szkoły po 5,5 (zamiast po 4)
godzinach tej stresującej przygody.
Trzeba
też wystawić oceny proponowane, poinformować o zagrożeniach, złożyć
zapotrzebowanie na gilosze (to te takie ładne papiery, na których drukuje się
świadectwa), zamówić książki dla ósmoklasistów na zakończenie szkoły i
książkowe nagrody za paski dla klasy i tutików, przypilnować, żeby klasa
rozliczyła się z biblioteką i zabrała wszystkie rzeczy z sali i szafek,
przygotować prezentację na koniec szkoły dla ósmoklasistów i na zakończenia
roku pozostałych klas, wygenerować zaproszenia, mieć nadzieję, że mój laptop da
radę, wyjaśnić lubiącej się i zgranej klasie, dlaczego nie będą mogli mieć zakończenia
roku razem, wyjaśnić kilku uczniom i rodzicom, dlaczego nie postawiłam na
koniec lepszej oceny (jak gdyby zasady oceniania nie były pisane, drukowane,
rozdawane i omawiane na początku roku), ogarnąć harmonogram odbierania
świadectw, wrzucić te wszystkie rozpiski na stronę, wypełnić tabelkę na temat
podręczników na przyszły rok, zebrać dyplomy i ich kopie i wpisać te wszystkie
dodatkowe osiągnięcia na świadectwach (przecież to są dodatkowe punkty przy
rekrutacji do liceum!), dwa świadectwa poprawić, z giloszy się rozliczyć,
niewykorzystane oddać, arkusze ocen uzupełnić (ale nie do końca, bo wyniki
egzaminów przecież dopiero pod koniec lipca), odpisać na miliard maili z
pytaniami o rekrutację do liceum, zwłaszcza o takie rzeczy, które leżą po
stronie rodziców, a nie szkoły, i o których ani ja, ani nasz sekretariat nie mamy
pojęcia, podpisać dyplomy, rozdać te wszystkie dyplomy, książki, świadectwa i tarcze,
przygotować statystyki, opinię wychowawcy o klasie, opinie o tutikach,
sprawozdanie z kółka i ogólnie załączniki na radę, pożegnać się z tutikami, dać
im znać, że jakby co, to w wakacje też mogą pisać, wydrukować załączniki,
podpisać je, oddać, rozliczyć dziennik i realizację podstawy programowej, to
wszystko też podpisać i oddać... No, i to chyba tyle.
Superbelfer i róża.
Koniec tego dziwnego roku szkolnego...
To był dzień długi i pełen wzruszeń.
Na koniec chciałam tylko powiedzieć – DZIĘKUJĘ!!!
Mojej Kochanej 8c za wspólne 2 lata.
Wy wiecie, że nie było łatwo.
Ja wiem, że Wam też nie było.
I chociaż nie zawsze było kolorowo, to zapamietam
Waszą klasę jako pełnych energii i pomysłowości, ciekawych i przede wszystkim
idących przez życie z uśmiechem młodych ludzi. Jesteście wyjątkowi! Dziękuję!
Wszystkim naszym uczniom – za ten tytuł. To był trudny
rok. Dla nas wszystkich. Dla mnie też. Wcale nie miałam poczucia, że był w moim
wykonaniu udany. Tym bardziej czuję się zaszczycona, wyróżniona i wzruszona...
Dziękuję!
No i wreszcie – naszym nauczycielom. Ludziom, którzy
dzień po dniu tworzą miejsce, w którym się chce. W którym chce się być, chce
się pracować i chce się starać. Którzy na co dzień wyczarowują tę magiczną
atmosferę. Dziękuję!
Tak
oto, niepostrzeżenie, robi się lipiec.
I
jak już się zrobi to wszystko, to można się spotkać z przyjaciółką i dać na
sobie namalować piękne hennowe wzory. A potem jechać na weekend do drugiej
przyjaciółki...
A
później... A później trzeba to wszystko odreagować. To znaczy przez trzy dni
próbować się jakoś ogarnąć – załatwić porządki i inne organizacyjne sprawy
odkładane na „po zakończeniu roku szkolnego”, ale robić to wszystko z
prędkością chorego ślimaka albo niepełnosprawnego żółwia i przy okazji snuć się
z kąta w kąt i obejrzeć cały sezon serialu...
I tak oto, niepostrzeżenie, minął pierwszy tydzień lipca.
Mogę rozpocząć wakacje...
Czyli zabrać się za jeżdżenie rowerem na działkę i pisanie tam etnomagisterki.
Co
będzie miało – mam nadzieję – zbawienny wpływ
nie
tylko na moje wykształcenie, lecz także na kształty.







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz