piątek, 21 sierpnia 2020

Wielka Tatrzańska Wyprawa - zakończenie (niewielkie)

 

Sierpień 2020

Ostatnia taka wyprawa

Ostatnie tatrzańskie pomiary

 

Preludium

Kraków. Wczoraj o zmierzchu złocisto - błękitny i zielono rozświetlony,

a w upalny poranek bardzo... witrażowy i wyspiański.

Lanckorona. Zielona, ukwiecona, rozanielona...

Sucha Beskidzka, Maków Podhalański, Czarny Dunajec.

 

Jedziemy z Mamą robić pomiary.

 

Te pierwsze, w 2016, to była największa przygoda mojego życia.

Było 20 dni chodzenia poza szlakami i rysowania sobie map.

Te drugie, w 2017, były wiosenne, posezonowe, improwizowane, zaskakujące... Było spanie na polance w śpiworze.

Te trzecie, w 2018, były miłą odskocznią od badań etnologicznych, które psychicznie okazały się dużo trudniejsze.

Czwarte, zeszłoroczne, były już... Męczące, w niesprzyjających okolicznościach (brak drugiej pary rąk) i niekompletne. Nieużywane drogi zarastają, więc trzeba się przez nie przedzierać (a moich niebieskich znaków szukać między ostami i jeżynami), i albo zanikają albo robią się z nich głębokie wąwozy...

 

Piąte, tegoroczne, ostatnie... Cóż, nawet nie chciało mi się ruszać z domu. Karol jedzie na swoje coroczne warsztaty, więc mierzyć będę z Mamą. To Jej jedyny letni urlop, więc jedziemy niespiesznie. Przez drogę do Lanckorony przeskoczyła nam sarenka, a w samym miasteczku (wiem, że to administracyjnie wieś) powitały anioły, dorodne malwy, wczesne nawłocie, mirabelki i ulęgałki, no i ten zapach... Zapach rozgrzanego słońcem górskiego lasu! Ojej! Jedźmy. Mierzmy. Nieważne, że to irytujące i uciążliwe. Że mniej sprawnie niż z Karolem albo Olą... Nieważne. Ważne, że to MOJE Tatry. Moje drogi, które sama sobie narysowałam na mapie, którymi nikt poza mną nie chodzi... Te wierzbówki, tojady, goryczki, to kwitnąco - bzyczące bogactwo górskiego lata. Będzie pięknie!

 


Pomiary

Proszę Państwa, spieszę donieść, że... Skończyłam! Po dwóch dniach. 

Co było wycięte i wywiezione, co było rozjeżdżone i zniszczone – powoli się naprawia. Zarosło ładnie. Zarosło różnorodnie i mocno liściaście. Młode buczki, grabiki i jarzębinki są już mojego wzrostu i wyższe. Dobrze. Co się stworzyło w terenie, to już zostało. Drogi zamieniły się w mniejsze i większe wąwozy, woda opadowa rozcina je coraz głębiej, a drobnego materiału wypłukuje coraz więcej. Trudno. Co jeszcze stoi, powoli się przewraca, ale już nie ja będę się przedzierać przez te wykroty i drzewa połamane niczym zapałki. Oby padło i zostało w spokoju. Na starych wykrotach rosną już dorodne młode świerczki.

Piąty i ostatni raz. Ostatni raz przełaziłam na czworaka, przepychając przed sobą plecak, pod zwalonymi drzewami. Ostatni raz łaziłam po całych drzewnych cmentarzyskach, przeskakując z pnia na pień, jak po rozrzuconych bierkach. Ostatni raz w panice i łzach wyplątywałam się z pajęczyn. Ostatni raz brodziłam po pas w zaroślach, ciesząc się z mocnych stuptutów, nie wiedząc, czy spod moich butów uciekła żaba czy żmija. Ostatni raz wyciągałam zza kołnierza i wytrzepywałam ze stanika suche świerkowe szpilki i małe wszędobylskie owady. Ostatni raz zostawiałam na uschniętych gałęziach, pod którymi przedzierałam się do pnia, żeby owinąć na nim taśmę mierniczą, całe kosmyki włosów. Ostatni raz drapałam się malinami do krwi.

Tak, możliwość chodzenia poza tatrzańskimi szlakami ma też swoje ciemne strony. Doliny Olczyskiej i Polany Rusinowej mam już trochę dość...

Późne w tym roku to górskie lato. Różowe wierzbówkami w pełnym rozkwicie. Jeszcze nie dziewięćsiłowe, jeszcze nawet nie fioletowe tojadami i goryczkami, które dopiero zaczynają kwitnąć. Późne, ale piękne. Tak inne od... cóż, od każdego innego. Tu każde jest inne. I tak piękne... cóż, tak piękne, jak każde. 

Może kiedyś będą jakieś inne badania, może będą inne obszary pomiarów...

Tatr nigdy nie będę miała dość.

 


Powrót

A potem wracamy... Przez trzy dni. Jak już wspominałam, to jest jedyny i wyczekany urlop Mamy. Ja marzę o tym, żeby jak najszybciej wrócić do domu i kończyć pisanie magisterki. Ale Mama nie chce wracać, tylko korzystać z tego czasu. I ja to rozumiem.

Rozważamy dostępne opcje... Tatry poza szlakami – nie (już obeszłyśmy wszystkie co ciekawsze miejsca, które obejmuje moje pozwolenie). Tatry szlakami – nie (gdzieś wyżej to Mama nie ma kondycji, a niżej są wielce zniechęcające tłumy, zwłaszcza biorąc pod uwagę sytuację pandemii). No więc zostają nam... NieTatry. W końcu cała Małopolska jest piękna, a my się zawsze tak spieszymy w te góry, że nie mamy czasu jej podziwiać...

No więc... Podziwiamy. Dwa z drewnianych średniowiecznych kościółków wpisanych na listę UNESCO, Czorsztyn i Niedzicę, kilka ruin zamków ze szlaku Orlich Gniazd, Pustynię Błędowską, Wiśnicz i Niepołomice, a wracając jeszcze Chęciny i zamek w Szydłowcu. I to wszystko jest ładne i ciekawe... Ale ja naprawdę nie jestem w stanie ani się na tym skupić, ani się tym cieszyć... Stres opuszcza mnie na chwilę w Szydłowcu – zamek jak zamek, ale ten zawieszony nad wodą grab... Chyba jeszcze trochę jestem dzieckiem, mimo że za dwa dni moje dwudzieste ósme urodziny, bo nic mnie tak nie ucieszyło, jak wejście na niego. Na sam koniuszek. O.



I tak się kończy Wielka Tatrzańska Wyprawa.

Smutno mi, że to koniec (chociaż miałam już dość).

Smutno mi, że to już pięć lat (minęło za szybko)!

 

Teraz trzeba

dokończyć magisterkę i jazdy doszkalające,

przygotować się na nadchodzący (trudny i nieprzewidywalny) rok szkolny,

pogodzić się z powolnym odchodzeniem lata...

i się nie załamać.

Będzie trudno.



Wakacje nad morzem

Jesienności epidemiczne

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz