Sierpień 2020
Ostatnia taka wyprawa
Ostatnie tatrzańskie pomiary
Preludium
Kraków. Wczoraj o zmierzchu złocisto - błękitny i zielono rozświetlony,
a w upalny
poranek bardzo... witrażowy i wyspiański.
Lanckorona. Zielona, ukwiecona, rozanielona...
Sucha
Beskidzka, Maków Podhalański, Czarny Dunajec.
Jedziemy z
Mamą robić pomiary.
Te pierwsze,
w 2016, to była największa przygoda mojego życia.
Było 20 dni
chodzenia poza szlakami i rysowania sobie map.
Te drugie, w
2017, były wiosenne, posezonowe, improwizowane, zaskakujące... Było spanie na
polance w śpiworze.
Te trzecie,
w 2018, były miłą odskocznią od badań etnologicznych, które psychicznie okazały
się dużo trudniejsze.
Czwarte,
zeszłoroczne, były już... Męczące, w niesprzyjających okolicznościach (brak
drugiej pary rąk) i niekompletne. Nieużywane drogi zarastają, więc trzeba się
przez nie przedzierać (a moich niebieskich znaków szukać między ostami i
jeżynami), i albo zanikają albo robią się z nich głębokie wąwozy...
Piąte,
tegoroczne, ostatnie... Cóż, nawet nie chciało mi się ruszać z domu. Karol
jedzie na swoje coroczne warsztaty, więc mierzyć będę z Mamą. To Jej jedyny
letni urlop, więc jedziemy niespiesznie. Przez drogę do Lanckorony przeskoczyła
nam sarenka, a w samym miasteczku (wiem, że to administracyjnie wieś) powitały
anioły, dorodne malwy, wczesne nawłocie, mirabelki i ulęgałki, no i ten
zapach... Zapach rozgrzanego słońcem górskiego lasu! Ojej! Jedźmy. Mierzmy.
Nieważne, że to irytujące i uciążliwe. Że mniej sprawnie niż z Karolem albo
Olą... Nieważne. Ważne, że to MOJE Tatry. Moje drogi, które sama sobie
narysowałam na mapie, którymi nikt poza mną nie chodzi... Te wierzbówki,
tojady, goryczki, to kwitnąco - bzyczące bogactwo górskiego lata. Będzie
pięknie!
Pomiary
Proszę Państwa, spieszę donieść, że... Skończyłam! Po dwóch dniach.
Co było
wycięte i wywiezione, co było rozjeżdżone i zniszczone – powoli się naprawia.
Zarosło ładnie. Zarosło różnorodnie i mocno liściaście. Młode buczki, grabiki i
jarzębinki są już mojego wzrostu i wyższe. Dobrze. Co się stworzyło w terenie,
to już zostało. Drogi zamieniły się w mniejsze i większe wąwozy, woda opadowa
rozcina je coraz głębiej, a drobnego materiału wypłukuje coraz więcej.
Trudno. Co jeszcze stoi, powoli się przewraca, ale już nie ja będę się
przedzierać przez te wykroty i drzewa połamane niczym zapałki. Oby padło i
zostało w spokoju. Na starych wykrotach rosną już dorodne młode świerczki.
Piąty i
ostatni raz. Ostatni raz przełaziłam na czworaka, przepychając przed sobą
plecak, pod zwalonymi drzewami. Ostatni raz łaziłam po całych drzewnych
cmentarzyskach, przeskakując z pnia na pień, jak po rozrzuconych bierkach.
Ostatni raz w panice i łzach wyplątywałam się z pajęczyn. Ostatni raz brodziłam
po pas w zaroślach, ciesząc się z mocnych stuptutów, nie wiedząc, czy spod
moich butów uciekła żaba czy żmija. Ostatni raz wyciągałam zza kołnierza i
wytrzepywałam ze stanika suche świerkowe szpilki i małe wszędobylskie owady.
Ostatni raz zostawiałam na uschniętych gałęziach, pod którymi przedzierałam się
do pnia, żeby owinąć na nim taśmę mierniczą, całe kosmyki włosów. Ostatni raz
drapałam się malinami do krwi.
Tak,
możliwość chodzenia poza tatrzańskimi szlakami ma też swoje ciemne strony.
Doliny Olczyskiej i Polany Rusinowej mam już trochę dość...
Późne w tym
roku to górskie lato. Różowe wierzbówkami w pełnym rozkwicie. Jeszcze nie
dziewięćsiłowe, jeszcze nawet nie fioletowe tojadami i goryczkami, które
dopiero zaczynają kwitnąć. Późne, ale piękne. Tak inne od... cóż, od każdego
innego. Tu każde jest inne. I tak piękne... cóż, tak piękne, jak każde.
Może kiedyś
będą jakieś inne badania, może będą inne obszary pomiarów...
Tatr nigdy
nie będę miała dość.
Powrót
A potem
wracamy... Przez trzy dni. Jak już wspominałam, to jest jedyny i wyczekany urlop
Mamy. Ja marzę o tym, żeby jak najszybciej wrócić do domu i kończyć pisanie
magisterki. Ale Mama nie chce wracać, tylko korzystać z tego czasu. I ja to
rozumiem.
Rozważamy
dostępne opcje... Tatry poza szlakami – nie (już obeszłyśmy wszystkie co ciekawsze
miejsca, które obejmuje moje pozwolenie). Tatry szlakami – nie (gdzieś wyżej to Mama
nie ma kondycji, a niżej są wielce zniechęcające tłumy, zwłaszcza biorąc pod uwagę
sytuację pandemii). No więc zostają nam... NieTatry. W końcu cała Małopolska
jest piękna, a my się zawsze tak spieszymy w te góry, że nie mamy czasu
jej podziwiać...
No więc...
Podziwiamy. Dwa z drewnianych średniowiecznych kościółków wpisanych na listę
UNESCO, Czorsztyn i Niedzicę, kilka ruin zamków ze szlaku Orlich Gniazd,
Pustynię Błędowską, Wiśnicz i Niepołomice, a wracając jeszcze Chęciny i zamek w Szydłowcu.
I to wszystko jest ładne i ciekawe... Ale ja naprawdę nie jestem w stanie ani
się na tym skupić, ani się tym cieszyć... Stres opuszcza mnie na chwilę w
Szydłowcu – zamek jak zamek, ale ten zawieszony nad wodą grab... Chyba jeszcze
trochę jestem dzieckiem, mimo że za dwa dni moje dwudzieste ósme urodziny, bo
nic mnie tak nie ucieszyło, jak wejście na niego. Na sam koniuszek. O.
I tak się kończy Wielka Tatrzańska Wyprawa.
Smutno mi, że to koniec (chociaż miałam już dość).
Smutno mi, że to już pięć lat (minęło za szybko)!
Teraz trzeba
dokończyć magisterkę i jazdy doszkalające,
przygotować się na nadchodzący (trudny i nieprzewidywalny) rok
szkolny,
pogodzić się z powolnym odchodzeniem lata...
i się nie załamać.
Będzie trudno.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz