Jesień 2020
Trudna...
...frustrująca,
smutna, zła.
Wrzesień
Magisterka?
Nadal się pisze. Mam wstęp. Mam tę główną, materiałową, część.
Muszę
zdefiniować trochę pojęć i uporządkować materiały.
No, i
wyciągnąć wnioski. Ale kiedy?!
Konferencja tatrzańska? Odbędzie się online.
Oczywiście wezmę w niej udział, ale z Warszawy.
A że nie ma żadnego długiego weekendu, to w Tatry tej jesieni raczej nie pojadę...
Posteru nawet jeszcze nie ruszyłam.
Tyle, że wykresy mam zrobione.
Nowy rok szkolny? Będzie trudny. Zupełnie nie wiemy, czego się spodziewać.
Na razie
nosimy maseczki, myjemy ręce miliard razy dziennie i dezynfekujemy ławki.
Rozmawiamy też z uczniami o doświadczeniach poprzedniego roku szkolnego.
Domykamy to, co
było, żeby dobrze zacząć to, co będzie. Ale co będzie?
Koleżanka
pisze:
Niektórzy
mają depresję klimatyczną albo pandemiczną,
ja mam
depresję edukacyjno-wychowawczą.
Chyba
zacznę szukać terapeuty, bo naprawdę nie wiem, co robić w obecnej sytuacji.
Ponoć
po trzech tygodniach człowiek przyzwyczaja się do każdego kryzysu,
i
przestaje on się jawić jako kryzys, zmienia się w normalność.
Nie
chcę za bardzo chyba żyć w tej normalności,
gdzie
się aktualnie skreśla całe pokolenie dzieci i młodzieży
w imię
politycznych celów.
Niby
robię, co mogę w ramach tego, co mam, ale co, jeśli to nie wystarcza?
Pod
koniec września... Mogę się tylko zgodzić.
Jest
mi źle – klimatycznie, pandemicznie i wychowawczo.
I robię projekt,
który bardzo chciałam zrealizować. Mamy w liceum zdolną fotografkę, a ja do
mojego projektu potrzebuję zdjęć uczniów. Robimy więc szkolną sesję zdjęciową.
A to dopiero początek projektu!
Na razie... nie tańczę. Na razie jeszcze próbuję dojeżdżać do szkoły rowerem. Bywa zimno. Bywa
męcząco.
W
poniedziałek rano jadę pięćdziesiąt parę minut. W piątek popołudniu wracam
godzinę i piętnaście minut. Muszę zakupić sakwy, bo pod koniec już nienawidzę
swojego plecaka. Ale jest też... ładnie. Po prostu ładnie. Zielono... Potem
bardziej złociście...
Październik
Na początku
października mam aż jeden wolny weekend (bez żadnych spotkań czy szkoleń,
chociaż nadal powinnam się zająć pisaniem magisterki, układaniem posteru, przygotowywaniem
lekcji, sprawdzaniem klasówek)...
Jerzy
Liebert „Początek jesieni”
„Jabłka
na drzewach tańczą.
Szum
wznosi się i odchodzi.
Słońce
nagle przygrzeje,
Wiatr
się zerwie – ochłodzi.
Uśmiecham
się. W uśmiechu
Jest
cała prawda smutku.
Ale
nikt, nikt nie widzi,
Jak płaczę
po cichutku.
I tylko
popętane
Na wielkich
łąkach konie
Też troskę
mają w oczach
I liżą
moje dłonie.
Przestrzenie,
o przestrzenie!
Jesieni
niepojęta –
Owoce i
obłoki,
Samotność
i zwierzęta.”
Las najbardziej lubię właśnie wczesną
jesienią...
Potem jest konferencja. Robię poster, prezentuję poster, zaczynam pisać artykuł... Konferencja jest ciekawa, ale online to jednak nie to samo, co stacjonarna...
Kończy się powoli Dzień Edukacji Narodowej. Dzień
nauczyciela, ale też ucznia. Czasem mi smutno, bo tak sobie myślę, że to takie „święto
pogardzanych”.
O tym, że szacunek społeczny dla nauczycieli
prawie nie istnieje, że nauczycielami się pogardza, to wiadomo od dawna.
Nauczyciele są oczywiście różni. Mam świadomość, że – jak w każdym zawodzie – są
i tacy, którzy nie nadają się do tego, co robią. Ja szczęśliwie mam przyjemność
pracować wśród takich (i znać wielu takich), którzy naprawdę są wspaniali.
Którzy wkładają w pracę mnóstwo serca i dają z siebie wszystko. Wśród
maseczek, dezynfekowania stolików i przekazywania materiału (albo nawet
prowadzenia lekcji online) dla nieobecnych, pozostają otwarci na potrzeby
ucznia, pełni empatii, pozytywnej energii, pomysłów na atrakcyjne lekcje i uśmiechnięci.
Ale uczniami i młodymi ludźmi, mam wrażenie,
też się pogardza. A w każdym razie – nikt się nimi nie przejmuje. Nikogo nie
obchodzi to, że jest im ciężko. Że system jest przestarzały, podstawy
programowe nieatrakcyjne, przeładowane i nieprzystające do obecnego poziomu
wiedzy czy technologii, że szkoła nie wspiera rozwoju pasji czy wielu
potrzebnych we współczesnym świecie kompetencji, że nikt ich nie nauczył (bo i nie
ma kto nauczyć), jak sobie radzić w świecie, w którym z każdej strony dociera
do nich nadmiar bodźców, w którym niesamowicie duża i znaczna część ich życia
dzieje się w Internecie, że mówi im się, żeby nosili maseczki, ale nie mówi im
się, że mają prawo czuć się teraz zagubieni czy przestraszeni, że dzieciaki ze
swoimi problemami są pozostawione same sobie, że psychologów i pedagogów
brakuje, że wiele dojrzewających i zagubionych młodych ludzi czuje się
zaszczutych, kiedy poszukują swojej tożsamości i słyszą, że są ideologią albo
zarazą, że depresje i samobójstwa są w zasadzie na porządku dziennym, że
depresja to ciągle temat tabu i wstyd albo wymysł, a psychiatria dziecięca leży
i dogorywa...
Usłyszałam dzisiaj od kilku osób, że życzą mi
grzecznych uczniów. Nie, nie ma nic złego w tych słowach, często
wypowiedzianych ze szczerą życzliwością. Powszechnie uważa się, że uczeń ma być
grzeczny i nie sprawiać kłopotów. A jak ma problemy i sobie nie radzi, to jest
przewrażliwiony i powinien dorosnąć, bo jak pójdzie do pracy, to dopiero
zrozumie, co to znaczy mieć ciężko w życiu. Na dzisiejszą młodzież powszechnie
się narzeka...
A ja lubię niegrzecznych uczniów. Lubię
uczniów trudnych. I lubię tych, którzy mają problemy, i tych, którzy sobie z nimi
nie radzą. Jasne, tych grzecznych i niemających większych problemów też.
Cieszę się ich spokojem i zadowoleniem. Ale Ci „niegrzeczni” albo „z problemami”
nie są gorsi. Bardzo często „niegrzeczni”, niepokorni są interesującymi ludźmi,
którzy mają dużo energii i pasji. Ci „z problemami” są ludźmi
wrażliwymi, często pełnymi empatii, troskliwymi... I cieszę się jak dziecko, kiedy uda mi
się komuś z nich pomóc. I wszyscy, absolutnie wszyscy, codziennie, nieustannie
czegoś mnie uczą. Czegoś o ludziach, o świecie, o mnie samej.
I nadal, na przekór całej tej pogardzie, która
czasami objawia się po prostu zupełnym ignorowaniem problemu, ale ostatnio też
często wybrzmiewa wprost, lubię swoją pracę. Lubię ludzi, z którymi pracuję. I
lubię uczniów. Bardzo.
Kochani, wy wiecie, że dajecie z siebie
wszystko. Każdy z nas, każdego dnia ma trochę inną definicję „wszystkiego”.
Czasami dać z siebie wszystko to znaczy przeprowadzić najciekawszą lekcję pod
słońcem albo dostać szóstkę z najtrudniejszego przedmiotu, a czasami tylko
przyjść - mimo wszystko - do szkoły. Życzę Wam (nam), żebyśmy nie tracili
nadziei i po prostu dali radę. Najlepiej, jak umiemy.
O.
A to jest całkiem niezła (i malownicza) metafora tego,
co się dzieje w edukacji...
Ja: wróciłam zmęczona (i wciąż trochę zakatarzona) z
pracy i usiadłam...
no, do dalszej pracy. Następnie zasnęłam.
Karol: odkrył, że nie wstawiłam kwiatów do wody...
Zupełnie jak w szkole.
Potrzeba nam wazonów, ale musimy sobie radzić z
rondlami... Więc sobie radzimy.
Epidemiczno – edukacyjny eksperyment... Czas
zacząć!
Uzbrojona w maseczkę i płyn antybakteryjny... Jadę
do szkoły. Komunikacją miejską. Innej opcji na razie nie mam. Może nic stamtąd
do szkoły nie przywlokę (albo na odwrót), może nikogo nie zarażę. Staram się,
jak mogę.
Łapki wczoraj (zresztą podczas szkolenia
online) przez pół dnia moczyłam w oliwie i nacierałam kremami, bo myję
je... bez przerwy. A jak nie myję rąk, to dezynfekuję stoliki w pracowni
geograficznej.
No, w każdym razie – jadę. Co mnie tam dzisiaj
czeka?
Najpierw lekcja z 7 klasą. Taka normalna, na
żywo. Potem 3 lekcje z liceum. Takie online, na zoomie. Przez szkolny Internet.
W czasie, kiedy jeszcze kilkoro (kilkunaścioro?) nauczycieli również będzie tak
prowadzić lekcje, tyle że z innych sal. Szkolny internecie, daj radę! Prosimy! Sprzęt
to mniejszy problem, połowa z nas ma po prostu własny. Następnie lekcja z
klasą ósmą – normalnie. Później znów 3 godziny z liceum (nadal ze szkoły, bo
przecież w ciągu 10 czy 15 min przerwy nie zdążę wrócić do domu) i już mogę...
no, wracać do domu. Po 2 lekcjach tradycyjnych i 6 zdalnych.
Tak tylko nadmienię, że z rozszerzeniem w
liceum zaczęliśmy astronomię.
Pozorne drogi Słońca, kąty padania promieni,
czasy lokalne i strefowe, no ogólnie rzeczy, przy których mózgi parują. Mimo,
że nie „tracą” właściwie nic, bo lekcje na zoomie mamy zgodnie z planem lekcji „normalnych”,
to po zeszłym roku zgodnie przyznają, że online trudniej im się skupić.
Ale wierzę, że damy radę.
W mojej wychowawczej 7 klasie w piątek było 7
osób. 7 z 15. Wśród moich licealnych tutee są tegoroczni maturzyści i są
młodsi, ale tacy, którym edukacja zdalna nie sprzyja. Którzy z tym wszystkim,
co się dzieje, czują się źle. Trudniej z nimi pracować, trudniej być dla nich
wsparciem, online. Bez możliwości spotkania, rozmowy w 4 oczy. Zrobię, co będę
mogła, ale czy to wystarczy?
A ja sobie jeszcze myślę o tym, kiedy (bo już
chyba nawet nie „czy”, tylko właśnie „kiedy”) moja Mama (lat 60 + i z astmą, na
co dzień ciężko pracująca „na żywo”, z pacjentami, nie w formie „teleporad”)
zostanie wezwana do walki z wirusem.
No, będzie to wyzwanie... Dla mnie, dla
nich... Dla nas. Życzliwych proszę o trzymanie kciuków, mogą się przydać.
Jak pisał poeta (a przypomniała moja wspaniała
koleżanka z pracy): Miejcie nadzieję!... Nie tę lichą, marną...
Lekcje
tradycyjne, lekcje – jak widać – terenowe, lekcje zdalne
i
szkolenie z Erasmusa dla szkół.
I to
wszystko jednego dnia.
Nooo,
lekko nie jest.
Ale
przynajmniej uczniowie są super! I nauczyciele też!
I
jesień dziś taka piękna...
No, i
dostałam liście do pracowni!
Listopad
Cóż, ja oglądam
świt, produkując kolejne strony. Moja geograficzna magisterka miała ich 120, ale
samego testu ze 30 – 35, bo było w niej mnóstwo map, tabel, wykresów i zdjęć,
które pokazywały więcej niż słowa... Magisterka etnologiczna, czyli
humanistyczna, powinna mieć więcej niż 30 czy 35 strony tekstu... Zwłaszcza, że
nie ma w niej nic innego. Ale ja właśnie w tylu zamknęłam taką esencję tego, co
miałam do powiedzenia... W pewnym momencie zaczynam więc po prostu produkować
kolejne strony, powołując się na więcej literatury przy definiowaniu pojęć i
przytaczając więcej przykładów z wypowiedzi moich rozmówców.
Magisterki
etnologiczne pisze się w ogóle długo. Długo trwa zbieranie wywiadów, jeszcze
dłużej ich przepisywanie, a tylko nieco krócej – definiowanie wszystkich
używanych pojęć. No ale... Chyba napisałam. Czekam teraz na opinię promotorki i
wprowadzanie poprawek.
Trzeba
przygotować artykuł do monografii pokonferencyjnej,
ale będzie trudniej, niż myślałam. Promotorka mojej magisterki geograficznej,
czyli współautorka posteru i pisanego na jego podstawie artykułu jest chwilowo
mniej dyspozycyjna, za to „konkurencja” – na baaardzo wysokim poziomie. Potrwa
to dłużej niż do końca listopada... Pewnie do końca grudnia...
I to wszystko trzeba zrobić podczas edukacji zdalnej... 34 lekcje na zoomie w tygodniu, wychowawstwo, tutoring, ogarnianie szkolnej strony i Erasmusa to... Cóż, to bardzo dużo godzin przed komputerem. Staram się, jak mogę, żeby mimo wszystko było ciekawie... Przygotowuję Jambordy, dokumenty i prezentacje w Prezi, które później uczniowie, sami lub w grupach, uzupełniają. Przygotowuję materiały do pracy samodzielnej i grupowej, przygotowuję quizy i kahooty... A na godzinie wychowawczej zabieram klasę do mojej kuchni i świętujemy Andrzejki lejąc wosk. Online. I nienawidzę mojego laptopa.
Zdjęcia
jakby robione ziemniakiem... Ponieważ robione zoomem.
Chciałabym tańczyć albo, no nie wiem, chociaż wyjść czasem na
jakiś spacer... Ale nie mam czasu. Spać też nie za bardzo mam czas.
Ale przynajmniej miałam tej jesieni tak ładnie dookoła,
że domu jeszcze nie nienawidzę!
No, i odwiedził mnie taki przyjazny i odważny ptaszor!
Świąteczności nieco niewłaściwie










Brak komentarzy:
Prześlij komentarz