sobota, 24 października 2020

Jesienności bardzo szczególne

Jesień 2020

Trudna...

...frustrująca, smutna, zła.

 

Wrzesień

 

Magisterka? Nadal się pisze. Mam wstęp. Mam tę główną, materiałową, część.

Muszę zdefiniować trochę pojęć i uporządkować materiały.

No, i wyciągnąć wnioski. Ale kiedy?!

 

Konferencja tatrzańska? Odbędzie się online.

Oczywiście wezmę w niej udział, ale z Warszawy.

A że nie ma żadnego długiego weekendu, to w Tatry tej jesieni raczej nie pojadę...

            Posteru nawet jeszcze nie ruszyłam. Tyle, że wykresy mam zrobione.

 

Nowy rok szkolny? Będzie trudny. Zupełnie nie wiemy, czego się spodziewać.

Na razie nosimy maseczki, myjemy ręce miliard razy dziennie i dezynfekujemy ławki.

Rozmawiamy też z uczniami o doświadczeniach poprzedniego roku szkolnego.

Domykamy to, co było, żeby dobrze zacząć to, co będzie. Ale co będzie?

Koleżanka pisze:

Niektórzy mają depresję klimatyczną albo pandemiczną,

ja mam depresję edukacyjno-wychowawczą.

Chyba zacznę szukać terapeuty, bo naprawdę nie wiem, co robić w obecnej sytuacji.

Ponoć po trzech tygodniach człowiek przyzwyczaja się do każdego kryzysu,

i przestaje on się jawić jako kryzys, zmienia się w normalność.

Nie chcę za bardzo chyba żyć w tej normalności,

gdzie się aktualnie skreśla całe pokolenie dzieci i młodzieży

w imię politycznych celów.

Niby robię, co mogę w ramach tego, co mam, ale co, jeśli to nie wystarcza?

Pod koniec września... Mogę się tylko zgodzić.

Jest mi źle – klimatycznie, pandemicznie i wychowawczo.

 Ale mam świetną wychowawczą klasę. Gram z Nimi w mafię!

I robię projekt, który bardzo chciałam zrealizować. Mamy w liceum zdolną fotografkę, a ja do mojego projektu potrzebuję zdjęć uczniów. Robimy więc szkolną sesję zdjęciową. A to dopiero początek projektu!

 Taniec

Na razie... nie tańczę. Na razie jeszcze próbuję dojeżdżać do szkoły rowerem. Bywa zimno. Bywa męcząco.

W poniedziałek rano jadę pięćdziesiąt parę minut. W piątek popołudniu wracam godzinę i piętnaście minut. Muszę zakupić sakwy, bo pod koniec już nienawidzę swojego plecaka. Ale jest też... ładnie. Po prostu ładnie. Zielono... Potem bardziej złociście... 



Październik

Na początku października mam aż jeden wolny weekend (bez żadnych spotkań czy szkoleń, chociaż nadal powinnam się zająć pisaniem magisterki, układaniem posteru, przygotowywaniem lekcji, sprawdzaniem klasówek)...

 

    

Jerzy Liebert „Początek jesieni”

„Jabłka na drzewach tańczą.

Szum wznosi się i odchodzi.

Słońce nagle przygrzeje,

Wiatr się zerwie – ochłodzi.

Uśmiecham się. W uśmiechu

Jest cała prawda smutku.

Ale nikt, nikt nie widzi,

Jak płaczę po cichutku.

I tylko popętane

Na wielkich łąkach konie

Też troskę mają w oczach

I liżą moje dłonie.

Przestrzenie, o przestrzenie!

Jesieni niepojęta –

Owoce i obłoki,

Samotność i zwierzęta.”

Las najbardziej lubię właśnie wczesną jesienią...


       

Potem jest konferencja. Robię poster, prezentuję poster, zaczynam pisać artykuł... Konferencja jest ciekawa, ale online to jednak nie to samo, co stacjonarna...


 A później Dzień Edukacji Narodowej. I jest uroczo – bo nasi uczniowie są kochani. I jest też smutno – i piszę sobie tak...

Kończy się powoli Dzień Edukacji Narodowej. Dzień nauczyciela, ale też ucznia. Czasem mi smutno, bo tak sobie myślę, że to takie „święto pogardzanych”.

O tym, że szacunek społeczny dla nauczycieli prawie nie istnieje, że nauczycielami się pogardza, to wiadomo od dawna. Nauczyciele są oczywiście różni. Mam świadomość, że – jak w każdym zawodzie – są i tacy, którzy nie nadają się do tego, co robią. Ja szczęśliwie mam przyjemność pracować wśród takich (i znać wielu takich), którzy naprawdę są wspaniali. Którzy wkładają w pracę mnóstwo serca i dają z siebie wszystko. Wśród maseczek, dezynfekowania stolików i przekazywania materiału (albo nawet prowadzenia lekcji online) dla nieobecnych, pozostają otwarci na potrzeby ucznia, pełni empatii, pozytywnej energii, pomysłów na atrakcyjne lekcje i uśmiechnięci.

Ale uczniami i młodymi ludźmi, mam wrażenie, też się pogardza. A w każdym razie – nikt się nimi nie przejmuje. Nikogo nie obchodzi to, że jest im ciężko. Że system jest przestarzały, podstawy programowe nieatrakcyjne, przeładowane i nieprzystające do obecnego poziomu wiedzy czy technologii, że szkoła nie wspiera rozwoju pasji czy wielu potrzebnych we współczesnym świecie kompetencji, że nikt ich nie nauczył (bo i nie ma kto nauczyć), jak sobie radzić w świecie, w którym z każdej strony dociera do nich nadmiar bodźców, w którym niesamowicie duża i znaczna część ich życia dzieje się w Internecie, że mówi im się, żeby nosili maseczki, ale nie mówi im się, że mają prawo czuć się teraz zagubieni czy przestraszeni, że dzieciaki ze swoimi problemami są pozostawione same sobie, że psychologów i pedagogów brakuje, że wiele dojrzewających i zagubionych młodych ludzi czuje się zaszczutych, kiedy poszukują swojej tożsamości i słyszą, że są ideologią albo zarazą, że depresje i samobójstwa są w zasadzie na porządku dziennym, że depresja to ciągle temat tabu i wstyd albo wymysł, a psychiatria dziecięca leży i dogorywa...

Usłyszałam dzisiaj od kilku osób, że życzą mi grzecznych uczniów. Nie, nie ma nic złego w tych słowach, często wypowiedzianych ze szczerą życzliwością. Powszechnie uważa się, że uczeń ma być grzeczny i nie sprawiać kłopotów. A jak ma problemy i sobie nie radzi, to jest przewrażliwiony i powinien dorosnąć, bo jak pójdzie do pracy, to dopiero zrozumie, co to znaczy mieć ciężko w życiu. Na dzisiejszą młodzież powszechnie się narzeka...

A ja lubię niegrzecznych uczniów. Lubię uczniów trudnych. I lubię tych, którzy mają problemy, i tych, którzy sobie z nimi nie radzą. Jasne, tych grzecznych i niemających większych problemów też. Cieszę się ich spokojem i zadowoleniem. Ale Ci „niegrzeczni” albo „z problemami” nie są gorsi. Bardzo często „niegrzeczni”, niepokorni są interesującymi ludźmi, którzy mają dużo energii i pasji. Ci „z problemami” są ludźmi wrażliwymi, często pełnymi empatii, troskliwymi...  I cieszę się jak dziecko, kiedy uda mi się komuś z nich pomóc. I wszyscy, absolutnie wszyscy, codziennie, nieustannie czegoś mnie uczą. Czegoś o ludziach, o świecie, o mnie samej.

I nadal, na przekór całej tej pogardzie, która czasami objawia się po prostu zupełnym ignorowaniem problemu, ale ostatnio też często wybrzmiewa wprost, lubię swoją pracę. Lubię ludzi, z którymi pracuję. I lubię uczniów. Bardzo.

Kochani, wy wiecie, że dajecie z siebie wszystko. Każdy z nas, każdego dnia ma trochę inną definicję „wszystkiego”. Czasami dać z siebie wszystko to znaczy przeprowadzić najciekawszą lekcję pod słońcem albo dostać szóstkę z najtrudniejszego przedmiotu, a czasami tylko przyjść - mimo wszystko - do szkoły. Życzę Wam (nam), żebyśmy nie tracili nadziei i po prostu dali radę. Najlepiej, jak umiemy.



O.

A to jest całkiem niezła (i malownicza) metafora tego, co się dzieje w edukacji...

Ja: wróciłam zmęczona (i wciąż trochę zakatarzona) z pracy i usiadłam...

no, do dalszej pracy. Następnie zasnęłam.

Karol: odkrył, że nie wstawiłam kwiatów do wody...

Zupełnie jak w szkole.

Potrzeba nam wazonów, ale musimy sobie radzić z rondlami... Więc sobie radzimy.


             A jeszcze później licea przechodzą na edukację zdalnąI myślę sobie tak...

Epidemiczno – edukacyjny eksperyment... Czas zacząć!

Uzbrojona w maseczkę i płyn antybakteryjny... Jadę do szkoły. Komunikacją miejską. Innej opcji na razie nie mam. Może nic stamtąd do szkoły nie przywlokę (albo na odwrót), może nikogo nie zarażę. Staram się, jak mogę.

Łapki wczoraj (zresztą podczas szkolenia online) przez pół dnia moczyłam w oliwie i nacierałam kremami, bo myję je... bez przerwy. A jak nie myję rąk, to dezynfekuję stoliki w pracowni geograficznej.

No, w każdym razie – jadę. Co mnie tam dzisiaj czeka?

Najpierw lekcja z 7 klasą. Taka normalna, na żywo. Potem 3 lekcje z liceum. Takie online, na zoomie. Przez szkolny Internet. W czasie, kiedy jeszcze kilkoro (kilkunaścioro?) nauczycieli również będzie tak prowadzić lekcje, tyle że z innych sal. Szkolny internecie, daj radę! Prosimy! Sprzęt to mniejszy problem, połowa z nas ma po prostu własny. Następnie lekcja z klasą ósmą – normalnie. Później znów 3 godziny z liceum (nadal ze szkoły, bo przecież w ciągu 10 czy 15 min przerwy nie zdążę wrócić do domu) i już mogę... no, wracać do domu. Po 2 lekcjach tradycyjnych i 6 zdalnych.

Tak tylko nadmienię, że z rozszerzeniem w liceum zaczęliśmy astronomię.

Pozorne drogi Słońca, kąty padania promieni, czasy lokalne i strefowe, no ogólnie rzeczy, przy których mózgi parują. Mimo, że nie „tracą” właściwie nic, bo lekcje na zoomie mamy zgodnie z planem lekcji „normalnych”, to po zeszłym roku zgodnie przyznają, że online trudniej im się skupić.

Ale wierzę, że damy radę.

W mojej wychowawczej 7 klasie w piątek było 7 osób. 7 z 15. Wśród moich licealnych tutee są tegoroczni maturzyści i są młodsi, ale tacy, którym edukacja zdalna nie sprzyja. Którzy z tym wszystkim, co się dzieje, czują się źle. Trudniej z nimi pracować, trudniej być dla nich wsparciem, online. Bez możliwości spotkania, rozmowy w 4 oczy. Zrobię, co będę mogła, ale czy to wystarczy?

A ja sobie jeszcze myślę o tym, kiedy (bo już chyba nawet nie „czy”, tylko właśnie „kiedy”) moja Mama (lat 60 + i z astmą, na co dzień ciężko pracująca „na żywo”, z pacjentami, nie w formie „teleporad”) zostanie wezwana do walki z wirusem.

No, będzie to wyzwanie... Dla mnie, dla nich... Dla nas. Życzliwych proszę o trzymanie kciuków, mogą się przydać.

Jak pisał poeta (a przypomniała moja wspaniała koleżanka z pracy): Miejcie nadzieję!... Nie tę lichą, marną...

Lekcje tradycyjne, lekcje – jak widać – terenowe, lekcje zdalne

i szkolenie z Erasmusa dla szkół.

I to wszystko jednego dnia.

Nooo, lekko nie jest.

Ale przynajmniej uczniowie są super! I nauczyciele też!

I jesień dziś taka piękna...

No, i dostałam liście do pracowni!

 

Listopad

 Czas się zabrać za magisterkę, bo nie zdążę do grudnia... Trudno mi się do niej w ogóle zmotywować, bo już nie mogę patrzeć w ekran... Ale jak już się mobilizuję i wchodzę w taki zadaniowy tryb, to potrafię siedzieć do rana, jak zaczarowana, jak w transie. Karol coś do mnie mówi, ktoś coś pisze, ktoś dzwoni, a ja...

Cóż, ja oglądam świt, produkując kolejne strony. Moja geograficzna magisterka miała ich 120, ale samego testu ze 30 – 35, bo było w niej mnóstwo map, tabel, wykresów i zdjęć, które pokazywały więcej niż słowa... Magisterka etnologiczna, czyli humanistyczna, powinna mieć więcej niż 30 czy 35 strony tekstu... Zwłaszcza, że nie ma w niej nic innego. Ale ja właśnie w tylu zamknęłam taką esencję tego, co miałam do powiedzenia... W pewnym momencie zaczynam więc po prostu produkować kolejne strony, powołując się na więcej literatury przy definiowaniu pojęć i przytaczając więcej przykładów z wypowiedzi moich rozmówców.

Magisterki etnologiczne pisze się w ogóle długo. Długo trwa zbieranie wywiadów, jeszcze dłużej ich przepisywanie, a tylko nieco krócej – definiowanie wszystkich używanych pojęć. No ale... Chyba napisałam. Czekam teraz na opinię promotorki i wprowadzanie poprawek.

 

Trzeba przygotować artykuł do monografii pokonferencyjnej, ale będzie trudniej, niż myślałam. Promotorka mojej magisterki geograficznej, czyli współautorka posteru i pisanego na jego podstawie artykułu jest chwilowo mniej dyspozycyjna, za to „konkurencja” – na baaardzo wysokim poziomie. Potrwa to dłużej niż do końca listopada... Pewnie do końca grudnia...

 

I to wszystko trzeba zrobić podczas edukacji zdalnej... 34 lekcje na zoomie w tygodniu, wychowawstwo, tutoring, ogarnianie szkolnej strony i Erasmusa to... Cóż, to bardzo dużo godzin przed komputerem. Staram się, jak mogę, żeby mimo wszystko było ciekawie... Przygotowuję Jambordy, dokumenty i prezentacje w Prezi, które później uczniowie, sami lub w grupach, uzupełniają. Przygotowuję materiały do pracy samodzielnej i grupowej, przygotowuję quizy i kahooty... A na godzinie wychowawczej zabieram klasę do mojej kuchni i świętujemy Andrzejki lejąc wosk. Online. I nienawidzę mojego laptopa. 


Zdjęcia jakby robione ziemniakiem... Ponieważ robione zoomem.

Chciałabym tańczyć albo, no nie wiem, chociaż wyjść czasem na jakiś spacer... Ale nie mam czasu. Spać też nie za bardzo mam czas.



Ale przynajmniej miałam tej jesieni tak ładnie dookoła,

że domu jeszcze nie nienawidzę!

No, i odwiedził mnie taki przyjazny i odważny ptaszor!


Początek pandemicznego lata

Środek pandemicznego lata

Końcówka pandemicznego lata

Świąteczności nieco niewłaściwie



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz