poniedziałek, 11 stycznia 2021

Świąteczności nieco niewłaściwe

 

Świąteczności 2020

Zdalne i pandemiczne

i w ogóle jakieś niewłaściwe

 

2020

 

W Sylwestra 2019 powiedziałam sobie, że 2020 to taka ładna i okrąglutka data, że to na pewno musi, no po prostu musi, być dobry rok...

 

No i cóż... Wyszło, jak wyszło.

Był to rok ciągłej, kompletnej, zuuupełnej niepewności. Dowiadywania się z dnia na dzień. Dostosowywania się z dnia na dzień. Elastyczności okupionej ciągłym napięciem. Oraz siedzenia przed laptopem po 16 godzin na dobę.

 

Zanim dostaliśmy możliwość dokupienia sprzętu za rządowe 500 zł miałam już wszystko, co mogłoby mi być potrzebne do pracy online. Nooo, może poza jakimś wygodnym fotelem. Cała miesiące pracy z kanapy, z laptopem na kolanach, na pewno nie były korzystne dla mojego kręgosłupa. Ale na fotele tych pieniędzy nie przewidziano. Zresztą, pandemia kiedyś się skończy, a co ja zrobię z fotelem...?

 

Grudzień

 

Grudzień był... Cóż, taki sam, jak cały rok.

Pełen niepewności, napięcia, wymuszonej elastyczności, pracy ponad siły...

I początkowo bardzo mało świąteczny.

 

Był miesiącem zdalnej szkoły (końcówka semestru z powodu wcześniejszych koronaferii, wystawienie proponowanych ocen z przedmiotu i zachowania, 34 godziny samych dwujęzycznych lekcji tygodniowo, wychowawstwo, tutoring, szkolenie, Erasmus, szkolna strona...), pisania artykułu geograficznego (termin ostatecznie przesunięty na koniec stycznia, ale jednak...) i kończenia magisterki etnologicznej (oraz jej obrony).

 

Miesiącem, w którym do reszty znienawidziłam swojego laptopa i miałam ochotę przerzucić go przez balkon prosto do jeziorka. W którym przeżyłam największe kryzysy od początku zdalnego nauczania. W którym miałam jedną, jedyną odwołaną lekcję z ósmoklasistami, więc postanowiłam chociaż jeden, jedyny raz zrobić zakupy, kiedy akurat było jasno, a następnie zostałam wyproszona ze sklepu przez pana ochroniarza, bo zapomniałam o godzinach dla seniorów i byłam tak zmęczona, sfrustrowana i rozgoryczona, że miałam ochotę temu (Bogu ducha winnemu oraz mierzącemu ze dwa metry) panu ochroniarzowi przyłożyć... Miesiącem, w którym płakałam, klęłam i rzucałam rzeczami. 

 

Świąteczności

 

Druga połowa grudnia była o tyle lepsza, że jednak w miarę świąteczna. Zamówiłam choinkę, zakupiłam dekoracje, dostałam od Mamy Dziadkowej produkcji gwiazdę na czubek... Wyciągnęłam wszystkie posiadane dekoracje mieszkania, kupiłam pięć wielkich Gwiazd Betlejemskich w różnych odmianach kolorystycznych, kupiłam ulubione, świątecznie pachnące, kosmetyki i herbaty... Wymyśliłam wspaniałe prezenty, zapakowałam je w piękne i ekologiczne papiery... Dałam sobie pomalować paznokcie butelkową zielenią z przepięknymi, misternymi śnieżynkami i ubierałam się w sukienki z Mikołajem, reniferami, ostrokrzewem i śnieżynkami. Upiekłam podwójne porcje ciasteczek maślanych i pierniczków, zużywając dziesięć torebek najlepszych przypraw do piernika... Wydałam wszystko, co miałam, ale przynajmniej odzyskałam odrobinę spokoju i zachowałam resztki zdrowia psychicznego.



Jak świąteczne porządki, to i kąpanie kwiatków! 

Tylko w tym roku już tak się rozrosły, że wszystkie na raz w wannie się nie zmieszczą :)
Na te balkonowe nawet raz... aż raz... spadł śnieg!

  
Mikołajki we właściwej kreacji :)


W świąteczny nastrój wprowadzają świąteczne herbatki z kalendarza adwentowego
i świąteczne paznokcie w piękne śnieżynki :) 
I mnóstwo Gwiazd Betlejemskich porozstawianych po domu!

 


 
Mam wieloletnie doświadczenie w dekorowaniu choinki... 
Ale takiej, która ma 2,20 m i do której ozdoby mają ze 20 lat.
Ta ma tylko 1,20 m i wszystkie dekoracje zakupione w tym roku...
Więc była niezłym wyzwaniem.
Ale nie mogę się na nią napatrzeć! 
U Mamy choinkę zawsze ubierałyśmy w przeddzień wigilii, 
a tę ubrałam już w połowie grudnia...
Ale w tym roku bardzo tego potrzebowałam!



Ciasteczka maślane i zdrowe pierniczki.
Jak zwykle - pieczone z Hanią. A później trochę z Olą.
W tym roku misie tulą migdałki,
a renifery z serduszkiem prezentują się w kompozycji "kopiuj - wklej" :) 

Same święta były... Spokojne. Odespałam i przeszłam ze 36 km po lasach z Mamą. Ale... były za spokojne. Za mało rodzinnych spotkań, tego gwaru i krzątaniny...

Przedświąteczne warsztaty taneczne...

 
...i poświąteczna obrona magisterki. 

Ale za to, po raz pierwszy od lat, udaje mi się nimi cieszyć nadal. Mimo, że same święta już minęły, ale przecież okres świąteczny trwa do 6 grudnia, a właściwie to nawet i do 2 stycznia. Ale jakoś nigdy nie umiałam zatrzymać tej magicznej atmosfery... A w tym roku ona tak sobie jakoś... Jest. Wciąż.


I niech sobie będzie.

Potrzeba mi tego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz