Świąteczności 2020
Zdalne i pandemiczne
i w ogóle jakieś
niewłaściwe
2020
W Sylwestra 2019 powiedziałam sobie, że 2020 to taka
ładna i okrąglutka data, że to na pewno musi, no po prostu musi,
być dobry rok...
No i cóż... Wyszło, jak wyszło.
Był to rok ciągłej, kompletnej, zuuupełnej niepewności.
Dowiadywania się z dnia na dzień. Dostosowywania się z dnia na dzień.
Elastyczności okupionej ciągłym napięciem. Oraz siedzenia przed laptopem po 16
godzin na dobę.
Zanim dostaliśmy możliwość dokupienia sprzętu za rządowe
500 zł miałam już wszystko, co mogłoby mi być potrzebne do pracy online. Nooo,
może poza jakimś wygodnym fotelem. Cała miesiące pracy z kanapy, z laptopem na
kolanach, na pewno nie były korzystne dla mojego kręgosłupa. Ale na fotele tych
pieniędzy nie przewidziano. Zresztą, pandemia kiedyś się skończy, a co ja
zrobię z fotelem...?
Grudzień
Grudzień był... Cóż, taki sam, jak cały rok.
Pełen niepewności, napięcia, wymuszonej elastyczności,
pracy ponad siły...
I początkowo bardzo mało świąteczny.
Był miesiącem zdalnej szkoły (końcówka semestru z powodu
wcześniejszych koronaferii, wystawienie proponowanych ocen z przedmiotu i
zachowania, 34 godziny samych dwujęzycznych lekcji tygodniowo, wychowawstwo,
tutoring, szkolenie, Erasmus, szkolna strona...), pisania artykułu
geograficznego (termin ostatecznie przesunięty na koniec stycznia, ale
jednak...) i kończenia magisterki etnologicznej (oraz jej obrony).
Miesiącem, w którym do reszty znienawidziłam swojego
laptopa i miałam ochotę przerzucić go przez balkon prosto do jeziorka. W którym
przeżyłam największe kryzysy od początku zdalnego nauczania. W którym
miałam jedną, jedyną odwołaną lekcję z ósmoklasistami, więc postanowiłam
chociaż jeden, jedyny raz zrobić zakupy, kiedy akurat było jasno, a następnie
zostałam wyproszona ze sklepu przez pana ochroniarza, bo zapomniałam o
godzinach dla seniorów i byłam tak zmęczona, sfrustrowana i rozgoryczona, że
miałam ochotę temu (Bogu ducha winnemu oraz mierzącemu ze dwa metry) panu
ochroniarzowi przyłożyć... Miesiącem, w którym płakałam, klęłam i rzucałam
rzeczami.
Świąteczności
Druga połowa grudnia była o tyle lepsza, że jednak w miarę świąteczna. Zamówiłam choinkę, zakupiłam dekoracje, dostałam od Mamy Dziadkowej produkcji gwiazdę na czubek... Wyciągnęłam wszystkie posiadane dekoracje mieszkania, kupiłam pięć wielkich Gwiazd Betlejemskich w różnych odmianach kolorystycznych, kupiłam ulubione, świątecznie pachnące, kosmetyki i herbaty... Wymyśliłam wspaniałe prezenty, zapakowałam je w piękne i ekologiczne papiery... Dałam sobie pomalować paznokcie butelkową zielenią z przepięknymi, misternymi śnieżynkami i ubierałam się w sukienki z Mikołajem, reniferami, ostrokrzewem i śnieżynkami. Upiekłam podwójne porcje ciasteczek maślanych i pierniczków, zużywając dziesięć torebek najlepszych przypraw do piernika... Wydałam wszystko, co miałam, ale przynajmniej odzyskałam odrobinę spokoju i zachowałam resztki zdrowia psychicznego.
Jak świąteczne porządki, to i kąpanie kwiatków!
Ale za to, po raz pierwszy od lat, udaje mi się nimi cieszyć nadal. Mimo, że same święta już minęły, ale przecież okres świąteczny trwa do 6 grudnia, a właściwie to nawet i do 2 stycznia. Ale jakoś nigdy nie umiałam zatrzymać tej magicznej atmosfery... A w tym roku ona tak sobie jakoś... Jest. Wciąż.
I niech sobie będzie.
Potrzeba mi tego.


















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz