środa, 10 lutego 2021

Zimowa monotonność pandemiczna

 

Zima 2021

Zima całkiem prawdziwa...

...w przeciwieństwie do wszystkiego wokół

 

Rok 2020

 Kanapa / stół, laptop, podłoga, baletki, jeziorka. I tak do marca do grudnia. Z krótką przerwą na dwa wakacyjne wyjazdy (ten nawet udany, z Karolem nad morze i ten niezbyt udany, z Mamą w góry) i na te 1,5 miesiąca normalnej pracy w szkole.

 

Zima 2021... Cóż...

W najbliższej okolicy

Śnieg się stopił, ale jeziorka zamarznięte. Jakiś facet siedzi na odwróconym wiadrze z serduszkiem WOŚPu i łowi ryby w przeręblu. Dwóch innych jeździ na łyżwach. Trzeci jeździ na łyżwach, trzymając coś pomiędzy latawcem a żaglem. Później spada śnieg. Spada i pada przez trzy dni. Bez przerwy. Łabędzie odpłynęły / odleciały gdzieś, gdzie im kuperki nie przymarzną. Znajomy wróbel zaczyna wracać na nasz balkon, ale ziarenka w karmniku uparcie ignoruje. Nie drze się też tak, żeby go było słychać na Zoomie, więc wygląda na to, że do wiosny jeszcze trochę. Ale kwiaty w wazonie mam bardzo wiosenne. Nie mogłam się już powstrzymać. Podsumowując: jest prawdziwa zima. Pierwsza od dawna.



U mnie

A ja mam już dosyć... Jestem wykończona pracą zdalną na (teoretycznie) 1 i 3/4 etatu i próbami pisania artykułu.

W pracy dużo się dzieje. Same lekcje są trudniejsze niż zwykle, bo zdalne, a to wymaga więcej przygotowań. Poza 34 h lekcyjnymi w tygodniu mam też wychowawstwo w siódmej klasie. Martwię się o te moje małe robaczki, bo widzę, że im też edukacja zdalna... no, nie pomaga, delikatnie mówiąc. To taki wiek, w którym relacje w grupie rówieśniczej są niezwykle ważne. Kluczowe wręcz dla zdrowia psychicznego. W liceum mam natomiast siedmioro tutee. Radzą sobie. Jestem z nich bardzo, naprawdę bardzo dumna. Ale też jest im ciężko. Wszystkim nam jest ciężko. Poza tym prowadzę szkolną stronę i udostępniam posty z bloga (którego szczęśliwie nie ja piszę) na Facebooku. Z tym też jest chwilowo dużo roboty, bo szkołę trzeba trochę rozreklamować. Nie ma w tym roku targów, na których możemy się pokazać, więc zostały nam social media... Czeka nas też dzień otwarty, na który muszę przygotować jakieś ciekawe warsztaty. Szkoda, że nie mam siły, nie mam pomysłu i w ogóle moja kreatywność jest chyba na wyczerpaniu... Nagrywam fragmenty swoich lekcji, bo podobno mam ciekawe pomysły, na potrzeby filmiku reklamującego szkołę... Nooo, to znaczy nagrywam, jeżeli pamiętam. Podczas lekcji jest dużo rzeczy do pamiętania. Razem z naszą cudowną Grażynką od angielskiego prowadzimy też Erasmusa. I to jest kolejne wyzwanie, bo wszystko jest takie... niepewne. Wyjedziemy gdzieś w ogóle...? Czy dzieciaki przygotują świetne projekty, a w nagrodę, zamiast wyjazdu do Niemiec, Hiszpanii albo Finlandii dostaną... spotkanie online? Mamy też próbne egzaminy ósmoklasisty, na które muszę przyjeżdżać do szkoły, ale lekcji, które miałabym w tym czasie, nie mogę tak po prostu odwołać. Zamiast nich muszę wymyślić dla uczniów jakąś pracę samodzielną... a później muszę ją sprawdzić. Jest też Olimpiada Geograficzna dla liceum. Mój uczeń przechodzi do trzeciego, ogólnopolskiego etapu (i to w pięknym stylu, z czwartym wynikiem w Warszawie). I to jest wspaniała wiadomość, i jestem z Niego dumna, ale to też jest dodatkowa praca dla mnie. Przed samymi zawodami spotykamy się na Zoomie i rozwiązujemy zadania znacznie częściej, niż ten „planowy” jeden raz w tygodniu.

I mimo tego wszystkiego... Mam wrażenie, że każdy dzień i każdy tydzień jest taki sam. Kanapa albo stół, laptop, zachęcanie czarnych prostokątów, żeby jednak włączyły kamerki, cieszenie się, jak włączą, zapewnianie ich, że jest mi miło z tego powodu... Codzienne kombinowanie, jak to zrobić, żeby te nieszczęsne zdalne lekcje były ciekawe i żeby coś z nich wyciągnęli... Codzienne morze zrozumienia dla ich zniechęcania i zmęczenia. Codzienne uśmiechanie się, kiedy chce mi się... cóż, płakać. Albo spać. Kiedy nikt nie ma zrozumienia... dla mnie. Uczniowie mogą nie przyjść, nie włączyć kamerki, ja muszę być, muszę się pokazać, muszę się uśmiechać. Przerabianie materiałów, lekcji i zaliczeń na wersje online, sprawdzanie, omawianie... Zmuszanie się do treningów, kiedy oczy same się zamykają. Chciałoby się tańca, tego płynięcia w przestrzeni... Ale nie ma ani partnera, ani tanecznej formy, ani... no cóż, przestrzeni. Czasami kładę się na macie (albo na kanapie, bo nie mam siły wyciągać maty), żeby robić brzuszki albo porozciągać biodra i... przysypiam. Jeśli nie ma smogu - chodzę na spacery wokół jeziorek. Już mam dość. Tej kanapy, tego stołu, tego laptopa, tych jeziorek. Moi uczniowie mówią to samo. Każdy tydzień jest taki sam. Ten sam pokój, ten sam komputer, te same twarze w tych samych prostokątach...


Wszystko jest to samo. Takie samo.

Wszystko jest jakieś nierealne. Wirtualne.

Nie wiedziałam, że można być jednocześnie zmęczoną... i taaak znudzoną.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz