Zima 2021
Zima całkiem
prawdziwa...
...w przeciwieństwie
do wszystkiego wokół
Rok
2020
Zima
2021... Cóż...
W najbliższej okolicy
Śnieg się stopił, ale jeziorka zamarznięte. Jakiś facet
siedzi na odwróconym wiadrze z serduszkiem WOŚPu i łowi ryby w przeręblu. Dwóch
innych jeździ na łyżwach. Trzeci jeździ na łyżwach, trzymając coś pomiędzy
latawcem a żaglem. Później spada śnieg. Spada i pada przez trzy dni. Bez
przerwy. Łabędzie odpłynęły / odleciały gdzieś, gdzie im kuperki nie
przymarzną. Znajomy wróbel zaczyna wracać na nasz balkon, ale ziarenka w
karmniku uparcie ignoruje. Nie drze się też tak, żeby go było słychać na Zoomie,
więc wygląda na to, że do wiosny jeszcze trochę. Ale kwiaty w wazonie mam
bardzo wiosenne. Nie mogłam się już powstrzymać. Podsumowując: jest prawdziwa
zima. Pierwsza od dawna.
U mnie
A ja mam już dosyć... Jestem wykończona pracą zdalną na (teoretycznie) 1 i 3/4 etatu i próbami pisania artykułu.
W pracy dużo się
dzieje. Same lekcje są trudniejsze niż zwykle, bo zdalne, a to wymaga więcej
przygotowań. Poza 34 h lekcyjnymi w tygodniu mam też wychowawstwo w siódmej
klasie. Martwię się o te moje małe robaczki, bo widzę, że im też edukacja
zdalna... no, nie pomaga, delikatnie mówiąc. To taki wiek, w którym relacje w
grupie rówieśniczej są niezwykle ważne. Kluczowe wręcz dla zdrowia
psychicznego. W liceum mam natomiast siedmioro tutee. Radzą sobie. Jestem z
nich bardzo, naprawdę bardzo dumna. Ale też jest im ciężko. Wszystkim nam jest
ciężko. Poza tym prowadzę szkolną stronę i udostępniam posty z bloga (którego
szczęśliwie nie ja piszę) na Facebooku. Z tym też jest chwilowo dużo roboty, bo
szkołę trzeba trochę rozreklamować. Nie ma w tym roku targów, na których możemy
się pokazać, więc zostały nam social media... Czeka nas też dzień otwarty, na
który muszę przygotować jakieś ciekawe warsztaty. Szkoda, że nie mam siły, nie
mam pomysłu i w ogóle moja kreatywność jest chyba na wyczerpaniu... Nagrywam fragmenty
swoich lekcji, bo podobno mam ciekawe pomysły, na potrzeby filmiku
reklamującego szkołę... Nooo, to znaczy nagrywam, jeżeli pamiętam. Podczas
lekcji jest dużo rzeczy do pamiętania. Razem z naszą cudowną Grażynką od
angielskiego prowadzimy też Erasmusa. I to jest kolejne wyzwanie, bo wszystko
jest takie... niepewne. Wyjedziemy gdzieś w ogóle...? Czy dzieciaki przygotują
świetne projekty, a w nagrodę, zamiast wyjazdu do Niemiec, Hiszpanii albo
Finlandii dostaną... spotkanie online? Mamy też próbne egzaminy ósmoklasisty,
na które muszę przyjeżdżać do szkoły, ale lekcji, które miałabym w tym czasie,
nie mogę tak po prostu odwołać. Zamiast nich muszę wymyślić dla uczniów jakąś
pracę samodzielną... a później muszę ją sprawdzić. Jest też Olimpiada
Geograficzna dla liceum. Mój uczeń przechodzi do trzeciego, ogólnopolskiego
etapu (i to w pięknym stylu, z czwartym wynikiem w Warszawie). I to jest
wspaniała wiadomość, i jestem z Niego dumna, ale to też jest dodatkowa praca
dla mnie. Przed samymi zawodami spotykamy się na Zoomie i rozwiązujemy zadania
znacznie częściej, niż ten „planowy” jeden raz w tygodniu.
I mimo tego wszystkiego... Mam wrażenie, że każdy dzień i
każdy tydzień jest taki sam. Kanapa albo stół, laptop, zachęcanie czarnych
prostokątów, żeby jednak włączyły kamerki, cieszenie się, jak włączą,
zapewnianie ich, że jest mi miło z tego powodu... Codzienne kombinowanie, jak
to zrobić, żeby te nieszczęsne zdalne lekcje były ciekawe i żeby coś z nich
wyciągnęli... Codzienne morze zrozumienia dla ich zniechęcania i zmęczenia.
Codzienne uśmiechanie się, kiedy chce mi się... cóż, płakać. Albo spać. Kiedy
nikt nie ma zrozumienia... dla mnie. Uczniowie mogą nie przyjść, nie włączyć
kamerki, ja muszę być, muszę się pokazać, muszę się uśmiechać. Przerabianie
materiałów, lekcji i zaliczeń na wersje online, sprawdzanie, omawianie...
Zmuszanie się do treningów, kiedy oczy same się zamykają. Chciałoby się tańca,
tego płynięcia w przestrzeni... Ale nie ma ani partnera, ani tanecznej formy,
ani... no cóż, przestrzeni. Czasami kładę się na macie (albo na kanapie, bo nie
mam siły wyciągać maty), żeby robić brzuszki albo porozciągać biodra i...
przysypiam. Jeśli nie ma smogu - chodzę na spacery wokół jeziorek. Już mam
dość. Tej kanapy, tego stołu, tego laptopa, tych jeziorek. Moi uczniowie mówią
to samo. Każdy tydzień jest taki sam. Ten sam pokój, ten sam komputer, te same
twarze w tych samych prostokątach...
Wszystko jest to samo. Takie samo.
Wszystko jest jakieś nierealne. Wirtualne.
Nie wiedziałam, że można być jednocześnie zmęczoną... i taaak znudzoną.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz