Wiosna 2021
Późna...
...ale piękna!
Marzec
i kwiecień
Kanapa / stół, laptop, podłoga, baletki, jeziorka. I tak od marca do... nie, nie do grudnia. Do kolejnego marca. A nawet kwietnia. Marzec i kwiecień były czasem kolejnego lockdownu, a i pogoda – nie dopisywała i nie rozpieszczała wiosennością...
Nawet w majówkę...
W majówkę Karol, zapytany, dlaczego pada, ze stoickim
spokojem odrzekł:
„Bo ciepłe powietrze jest lekkie. A jak jest lekkie, to
unosi się do góry. A jak się unosi, to się ochładza. A jak się ochładza, to
para wodna w nim się skrapla. A jak się skrapla, to powstają chmury. A jak te
krople się zderzają, i robią coraz większe, to w końcu są za ciężkie, żeby się
unosić i spadają. No, i pada”, co jest niemalże dosłownym cytatem ze mnie,
tłumaczącej to uczniom. W końcu nie mamy w mieszkaniu drzwi, więc, chcąc nie
chcąc, Karol od ponad roku uczestniczy w edukacji geograficznej na poziomie 7 i
8 klasy oraz podstawowego i rozszerzonego liceum.
No, ale w każdym razie padało. I to nie była udana majówka.
To nie był udany rok.
To był rok, którego jakby nie było.
I może nawet wolałabym, żeby go nie było...
Ach,
maju!
Zawsze mi
się wydawało, że jestem roślinką, ponieważ fotosyntetyzuję. Tak, naprawdę
potrzebuję słońca do życia.
Ponad rok
siedzenia w domu i pracy po około 60 godzin tygodniowo uświadomiły mi... że
chyba jestem też zwierzątkiem, a nie tylko roślinką, bo... potrzebuję również ruchu.
Jak prowadzę
lekcje w szkole, to rzadko się zdarza, żebym przez całe 45 min siedziała. Jasne,
trochę siedzę. Ale trochę stoję przy tablicy. Czasem oprę się biodrem o biurko.
Często uczniowie pracują w grupach, a ja chodzę między stolikami. Na przerwach
biegam między piętrami albo krążę po korytarzach na dyżurach... Tymczasem w
szkole online przez 7 – 9 lekcji dziennie... siedziałam. Najczęściej na kanapie
z laptopem na kolanach. A później, na spotkaniach i radach, przy przygotowywaniu
materiałów i sprawdzaniu prac... cóż, również siedziałam. I po takich 12 – 14 godzinach
dziennie czułam się, jakbym przerzuciła tonę węgla. Na nic już nie miałam ani siły,
ani nawet ochoty.
Ale na szczęście...
przyszedł maj.
I najpierw
mogłam przez tydzień jeździć rowerem do szkoły na matury. Rzecz jasna – w sukienkach.
I w trampkach. Szpilki przywoziłam sobie w koszyku.
Przez
kolejny tydzień było wreszcie ciepło i słonecznie, więc mogłam jeździć na
działkę i stamtąd prowadzić lekcje online. I to dopiero było wspaniałe! No ok,
znowu przez te 7 – 9 lekcji siedziałam, ale przynajmniej na powietrzu. No, i
przyjeżdżałam na rowerze.
A przez
kolejne dwa tygodnie mieliśmy edukację hybrydową, więc nie dość, że jeździłam
na rowerze, to jeszcze mogłam zobaczyć wszystkich na żywo! Tych, co niechętnie
włączali kamerki, to ledwo poznałam. A i pozostali się zmienili (na przykład
urośli, na przykład mnie przerośli) – nie wszystko w kamerze widać... Miało to
też swoje ciemne strony... Na przykład tę, że w szkole nigdy nic nie działało
(a przynajmniej nie wtedy, kiedy była potrzeba, żeby działało), więc w sakwach
taszczyłam własnego laptopa i własny internet... Ale cóż, nie można mieć
wszystkiego. No, i zawsze to jakaś odmiana!
Był też
weekend z Mamą w Krakowie, z okazji Jej imienin i Dnia Matki. Była wystawa
Szancera (urocza, choć dziecięca i króciutka), był kwitnący ogród botaniczny,
był Kopiec Kościuszki, były szparagi i wino na Rynku i było... dużo Tatr.
Najpierw w drodze, widocznych spod samego Miechowa, a później właśnie z
Kopca Kościuszki. Jak ktoś wie, gdzie szukać, to nawet na zdjęciu jakoś
powinno się dać odróżnić Tatry (i Babią Górę też!) od chmur :)
Nie było natomiast – drugich studiów i pisania magisterki. I była to jakaś ulga. Zdarzało mi się nawet znaleźć chwilę, żeby sobie poczytać. Książki. Takie zwykłe. Wcale nieetnologiczne. I nie podręczniki. No, albo artykuły popularnonaukowe, ale tak... Dla przyjemności. Dla siebie.
Nie było również,
niestety, tańczenia. Głównie dlatego, że nie było czasu albo siły (te 7 – 9 lekcji
dziennie i 18 km w jedną stronę na rowerze)... Powrót do tańca to plan na
czerwiec ;)
Dziękuję Ci, maju!
Za ciepło i słońce! Za brak upałów (bo rower i bo maseczki w szkole)! Za ciepły deszcz.
Za ostatnie,
jeszcze kwitnące, forsycje i żonkile. Za ostatnie, jeszcze kwitnące i jeszcze upajająco
pachnące, czeremchy! Za mleczyki (mniszki znaczy), żółcące trawniki. I za
rzepak żółcący pola. Za ciemnoróżowe głogi i jasnoróżowe magnolie. Za wszelkie
drzewka owocowe, obsypane kwiatami. Za kasztany, które zakwitły dzień przed
maturą z geografii (to na pewno dobry znak)! Za bzy (no ja wiem, lilaki) i
konwalie!!! Za białe, jasnofioletowe i ciemnofioletowe, piękne, pełne, obłędnie
pachnące, olbrzymie kiście bzów! I za drobne, zgrabniutkie i również obłędnie
pachnące, bukieciki konwalii. Za drobne, niby pospolite, a jakże urocze,
niezapominajki i stokrotki. Za całe dywany niezapominajek i stokrotek. Za irysy
i peonie. Za mamę – kaczuchę z puchatymi kaczątkami za mamę – łyskę z... eee...
łysiątkami (?). Za znajomego wróbla, drącego się na całe małe gardziołko na
balkonie. Za ogony pawi w Łazienkach. Za ostatnie tulipany kwitnące
jednocześnie z pierwszymi chabrami i makami. Za kwiaty akacji i dzikie róże!!!
Za szparagi i pierwsze truskawki... Za to całe kwiatowo – ptasio – owocowo –
warzywne bogactwo. Za tę kolorowość i różnorodność...































































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz