niedziela, 6 czerwca 2021

Wiosenne królestwo różnorodności

Wiosna 2021

Późna...

...ale piękna!

 

Marzec i kwiecień

Kanapa / stół, laptop, podłoga, baletki, jeziorka. I tak od marca do... nie, nie do grudnia. Do kolejnego marca. A nawet kwietnia. Marzec i kwiecień były czasem kolejnego lockdownu, a i pogoda – nie dopisywała i nie rozpieszczała wiosennością...




Nawet w majówkę...

W majówkę Karol, zapytany, dlaczego pada, ze stoickim spokojem odrzekł:

„Bo ciepłe powietrze jest lekkie. A jak jest lekkie, to unosi się do góry. A jak się unosi, to się ochładza. A jak się ochładza, to para wodna w nim się skrapla. A jak się skrapla, to powstają chmury. A jak te krople się zderzają, i robią coraz większe, to w końcu są za ciężkie, żeby się unosić i spadają. No, i pada”, co jest niemalże dosłownym cytatem ze mnie, tłumaczącej to uczniom. W końcu nie mamy w mieszkaniu drzwi, więc, chcąc nie chcąc, Karol od ponad roku uczestniczy w edukacji geograficznej na poziomie 7 i 8 klasy oraz podstawowego i rozszerzonego liceum.

No, ale w każdym razie padało. I to nie była udana majówka.

To nie był udany rok.

To był rok, którego jakby nie było.

I może nawet wolałabym, żeby go nie było...

  
I w dodatku... zestarzałam się!
Musiałam sobie zrobić zdjęcia do... nowego dowodu!

 Ale za to maj!



Ach, maju!

Zawsze mi się wydawało, że jestem roślinką, ponieważ fotosyntetyzuję. Tak, naprawdę potrzebuję słońca do życia.

Ponad rok siedzenia w domu i pracy po około 60 godzin tygodniowo uświadomiły mi... że chyba jestem też zwierzątkiem, a nie tylko roślinką, bo... potrzebuję również ruchu.

Jak prowadzę lekcje w szkole, to rzadko się zdarza, żebym przez całe 45 min siedziała. Jasne, trochę siedzę. Ale trochę stoję przy tablicy. Czasem oprę się biodrem o biurko. Często uczniowie pracują w grupach, a ja chodzę między stolikami. Na przerwach biegam między piętrami albo krążę po korytarzach na dyżurach... Tymczasem w szkole online przez 7 – 9 lekcji dziennie... siedziałam. Najczęściej na kanapie z laptopem na kolanach. A później, na spotkaniach i radach, przy przygotowywaniu materiałów i sprawdzaniu prac... cóż, również siedziałam. I po takich 12 – 14 godzinach dziennie czułam się, jakbym przerzuciła tonę węgla. Na nic już nie miałam ani siły, ani nawet ochoty.

 

Ale na szczęście... przyszedł maj.

I najpierw mogłam przez tydzień jeździć rowerem do szkoły na matury. Rzecz jasna – w sukienkach. I w trampkach. Szpilki przywoziłam sobie w koszyku.

Przez kolejny tydzień było wreszcie ciepło i słonecznie, więc mogłam jeździć na działkę i stamtąd prowadzić lekcje online. I to dopiero było wspaniałe! No ok, znowu przez te 7 – 9 lekcji siedziałam, ale przynajmniej na powietrzu. No, i przyjeżdżałam na rowerze.

A przez kolejne dwa tygodnie mieliśmy edukację hybrydową, więc nie dość, że jeździłam na rowerze, to jeszcze mogłam zobaczyć wszystkich na żywo! Tych, co niechętnie włączali kamerki, to ledwo poznałam. A i pozostali się zmienili (na przykład urośli, na przykład mnie przerośli) – nie wszystko w kamerze widać... Miało to też swoje ciemne strony... Na przykład tę, że w szkole nigdy nic nie działało (a przynajmniej nie wtedy, kiedy była potrzeba, żeby działało), więc w sakwach taszczyłam własnego laptopa i własny internet... Ale cóż, nie można mieć wszystkiego. No, i zawsze to jakaś odmiana!

 

Był też weekend z Mamą w Krakowie, z okazji Jej imienin i Dnia Matki. Była wystawa Szancera (urocza, choć dziecięca i króciutka), był kwitnący ogród botaniczny, był Kopiec Kościuszki, były szparagi i wino na Rynku i było... dużo Tatr. Najpierw w drodze, widocznych spod samego Miechowa, a później właśnie z Kopca Kościuszki. Jak ktoś wie, gdzie szukać, to nawet na zdjęciu jakoś powinno się dać odróżnić Tatry (i Babią Górę też!) od chmur :)

 

Nie było natomiast – drugich studiów i pisania magisterki. I była to jakaś ulga. Zdarzało mi się nawet znaleźć chwilę, żeby sobie poczytać. Książki. Takie zwykłe. Wcale nieetnologiczne. I nie podręczniki. No, albo artykuły popularnonaukowe, ale tak... Dla przyjemności. Dla siebie.

Nie było również, niestety, tańczenia. Głównie dlatego, że nie było czasu albo siły (te 7 – 9 lekcji dziennie i 18 km w jedną stronę na rowerze)... Powrót do tańca to plan na czerwiec ;)

 

Dziękuję Ci, maju!

Za ciepło i słońce! Za brak upałów (bo rower i bo maseczki w szkole)! Za ciepły deszcz.

Za ostatnie, jeszcze kwitnące, forsycje i żonkile. Za ostatnie, jeszcze kwitnące i jeszcze upajająco pachnące, czeremchy! Za mleczyki (mniszki znaczy), żółcące trawniki. I za rzepak żółcący pola. Za ciemnoróżowe głogi i jasnoróżowe magnolie. Za wszelkie drzewka owocowe, obsypane kwiatami. Za kasztany, które zakwitły dzień przed maturą z geografii (to na pewno dobry znak)! Za bzy (no ja wiem, lilaki) i konwalie!!! Za białe, jasnofioletowe i ciemnofioletowe, piękne, pełne, obłędnie pachnące, olbrzymie kiście bzów! I za drobne, zgrabniutkie i również obłędnie pachnące, bukieciki konwalii. Za drobne, niby pospolite, a jakże urocze, niezapominajki i stokrotki. Za całe dywany niezapominajek i stokrotek. Za irysy i peonie. Za mamę – kaczuchę z puchatymi kaczątkami za mamę – łyskę z... eee... łysiątkami (?). Za znajomego wróbla, drącego się na całe małe gardziołko na balkonie. Za ogony pawi w Łazienkach. Za ostatnie tulipany kwitnące jednocześnie z pierwszymi chabrami i makami. Za kwiaty akacji i dzikie róże!!! Za szparagi i pierwsze truskawki... Za to całe kwiatowo – ptasio – owocowo – warzywne bogactwo. Za tę kolorowość i różnorodność...

 

Tego mi było trzeba!
Dzięki temu – chociaż trochę... odpoczywam. Odżywam.



 
Czeremchy


 

Ostatnie żonkile i cała gama tulipanów!



Jeszcze nawet hiacynty!

Kwiat Jabłoni :)

 

  
Różowe magnolie...

 
Niezapominajki, stokrotki, śnieguliczki...

Dorodny kasztan w parku Łazienkowskim

 
Konwalie!

 


 


Lilaki, zwane bzami... Ach! 

Złotokap?

 


Rododendrony, ale lepiej brzmi - różaneczniki :)

Orliki w towarzystwie róży od mojego tutee :) 



Irysy i peonie





Kaczuszki, łyski, pawie...

 


Szancer, wyobraź sobie - wystawa na Kazimierzu

 

 


Pomniki przyrody, czarne dęby i inne cuda w krakowskim ogrodzie botanicznym...



Tam naprawdę widać trochę Tatr i Babią Górę!

A to pierwsze maki na Kopcu :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz