Czerwiec 2021
Trudny, pracowity,
męczący...
...ale chyba warto.
Nauczyciel
przed wakacjami...
Nie da się ukryć, że należę do osób emocjonalnych i wrażliwych.
Nie ukrywałam też nigdy, że ostatni rok – ta cała pandemia i
nauczanie zdalne –
był dla mnie... trudny.
Trudny nie w takim sensie, że czegoś nie umiałam.
W końcu o ile moi uczniowie wychowują się w świecie
Internetu, o tyle ja razem z Internetem dorastałam. Prace domowe na
początku podstawówki odrabiałam z encyklopedią (taką ciężką, grubą, wielką,
sześciotomową encyklopedią PWN, którą każdy miał wtedy w domu), ale pod
koniec – już z wikipedią. W gimnazjum o to, co było zadane, można było zapytać
na klasowej grupie na gronie albo gadu - gadu, a w liceum to już na fejsiku. W
życiu nie przeczytałam czegoś takiego jak instrukcja obsługi telefonu albo
pomoc strony interetowej. Po prostu - włączam / wchodzę, próbuję, działa.
Dlatego te wszystkie Classroomy, Librusy, Zoomy nie były dla mnie problemem. To
nie przez nie było trudno.
Trudny, bo wszystkiego – jak zwykle – robiłam dużo.
Tylko że ZWYKLE robiłam to „na żywo”. W tym roku „dużo wszystkiego” oznaczało w praktyce po 12 – 14 godzin przed komputerem dziennie. Codziennie. Przez wiele miesięcy. Oznaczało też brak spotkań, brak rozmów, brak normalnych relacji, brak uśmiechów. Brak tego wszystkiego, co daje mi siłę do działania. I dlatego było mi trudno.
A na zdjęciu?
Cóż, na zdjęciu trzy największe nagrody w moim
subiektywnym rankingu tegorocznych osobistych sukcesów. Takich... Sukcesów mimo
wszystko.
Miejsce
3 w tym rankingu – rower (tu konkretnie koszyk).
Od października do kwietnia, jak wspominałam, spędzałam
średnio 12 – 14 godzin na dobę przed komputerem. Było też kilka takich dni
i nocy, kiedy po 7 – 9 godzinach lekcji siadałam do sprawdzania prac i
przygotowywania materiałów na następny dzień... A następnie do pisania
magisterki. I tak do 6 rano. A później się myłam, przebierałam i... zaczynałam
lekcje. Nie tańczyłam, nie trenowałam. Chciałam, ale naprawdę, naprawdę nie
miałam siły. Dlatego za sukces uznaję, że – po pierwsze – jeszcze nadal łatwiej
mnie obejść niż przeskoczyć :), a po drugie – w maju wskoczyłam na
rower i przez ostatnie dwa miesiące przynajmniej trzy – cztery razy w tygodniu
jeździłam nim do pracy (a to jest prawie 20 km w jedną stronę).
Miejsce
2 w moim rankingu – drugi dyplom magisterski.
Tym
razem z etnologii i antropologii
(który wreszcie odebrałam – dziekanat pracuje... w godzinach
moich lekcji :) ).
Dlaczego?
Bo symbolizuje to, że się uparłam. Bo ten dyplom, według
wielu, nic mi nie daje. Bo nie dostanę dzięki niemu „lepszej pracy”
czy wyższego wynagrodzenia. Ale więcej wiem, i przede wszystkim – jestem
znacznie bardziej otwarta. Na zadawanie właściwych pytań. Na drążenie
ważnych tematów. Na to, jak wiele rzeczy nie jest tym, czym wydaje się na pierwszy
rzut oka... Geografia i etnologia w zasadzie sprowadzają się do tej samej
puenty – świat jest zróżnicowany. Ludzie są różni. WSZYSTKO jest różne. I to
jest piękne.
Miejsce
1 – nagroda Superbelfra.
Dlaczego?
Bo jest od uczniów. Po prostu. Bo okazuje się, że kiedy
zwlekałam się rano z łóżka, ubierałam, trochę nawet malowałam, i siadałam przed
tym nieszczęsnym laptopem, i zmuszałam się do uśmiechu do tych małych
kwadracików, i mówiłam im, jak mi miło, kiedy włączają kamery, i jak ładnie
wyglądają, i jak się cieszę, kiedy jednak, chociaż na chwilę się pokażą... I
czasami ogarniało mnie zwątpienie, czy w ogóle tam są... I pytałam, jak się czują, i czy dają
radę... I rozmawialiśmy o geografii, i oglądaliśmy prezentacje, i rozwiązywali
quizy, i nagrywali filmy, i pracowali różnymi metodami... To to wszystko miało
sens. A to dobrze, że miało.
Jest dużo, dużo osób,
którym chciałabym podziękować...
Ale... To już
prywatnie. A poza tym oni sami wiedzą!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz