wtorek, 29 czerwca 2021

Podsumowania, przemęczenie, sukcesy...

 

Czerwiec 2021

Trudny, pracowity, męczący...

...ale chyba warto.

 

Nauczyciel przed wakacjami...

 

Nie da się ukryć, że należę do osób emocjonalnych i wrażliwych.

Nie ukrywałam też nigdy, że ostatni rok – ta cała pandemia i nauczanie zdalne –

był dla mnie... trudny.

 

Trudny nie w takim sensie, że czegoś nie umiałam.

W końcu o ile moi uczniowie wychowują się w świecie Internetu, o tyle ja razem z Internetem dorastałam. Prace domowe na początku podstawówki odrabiałam z encyklopedią (taką ciężką, grubą, wielką, sześciotomową encyklopedią PWN, którą każdy miał wtedy w domu), ale pod koniec – już z wikipedią. W gimnazjum o to, co było zadane, można było zapytać na klasowej grupie na gronie albo gadu - gadu, a w liceum to już na fejsiku. W życiu nie przeczytałam czegoś takiego jak instrukcja obsługi telefonu albo pomoc strony interetowej. Po prostu - włączam / wchodzę, próbuję, działa. Dlatego te wszystkie Classroomy, Librusy, Zoomy nie były dla mnie problemem. To nie przez nie było trudno.


Trudny, bo wszystkiego – jak zwykle – robiłam dużo.

Tylko że ZWYKLE robiłam to „na żywo”. W tym roku „dużo wszystkiego” oznaczało w praktyce po 12 – 14 godzin przed komputerem dziennie. Codziennie. Przez wiele miesięcy. Oznaczało też brak spotkań, brak rozmów, brak normalnych relacji, brak uśmiechów. Brak tego wszystkiego, co daje mi siłę do działania. I dlatego było mi trudno.

 


A na zdjęciu?

Cóż, na zdjęciu trzy największe nagrody w moim subiektywnym rankingu tegorocznych osobistych sukcesów. Takich... Sukcesów mimo wszystko.

 

Miejsce 3 w tym rankingu – rower (tu konkretnie koszyk).

Od października do kwietnia, jak wspominałam, spędzałam średnio 12 – 14 godzin na dobę przed komputerem. Było też kilka takich dni i nocy, kiedy po 7 – 9 godzinach lekcji siadałam do sprawdzania prac i przygotowywania materiałów na następny dzień... A następnie do pisania magisterki. I tak do 6 rano. A później się myłam, przebierałam i... zaczynałam lekcje. Nie tańczyłam, nie trenowałam. Chciałam, ale naprawdę, naprawdę nie miałam siły. Dlatego za sukces uznaję, że – po pierwsze – jeszcze nadal łatwiej mnie obejść niż przeskoczyć :), a po drugie – w maju wskoczyłam na rower i przez ostatnie dwa miesiące przynajmniej trzy – cztery razy w tygodniu jeździłam nim do pracy (a to jest prawie 20 km w jedną stronę).

 

Miejsce 2 w moim rankingu – drugi dyplom magisterski.

Tym razem z etnologii i antropologii

(który wreszcie odebrałam – dziekanat pracuje... w godzinach moich lekcji :) ).

Dlaczego?

Bo symbolizuje to, że się uparłam. Bo ten dyplom, według wielu, nic mi nie daje. Bo nie dostanę dzięki niemu „lepszej pracy” czy wyższego wynagrodzenia. Ale więcej wiem, i przede wszystkim – jestem znacznie bardziej otwarta. Na zadawanie właściwych pytań. Na drążenie ważnych tematów. Na to, jak wiele rzeczy nie jest tym, czym wydaje się na pierwszy rzut oka... Geografia i etnologia w zasadzie sprowadzają się do tej samej puenty – świat jest zróżnicowany. Ludzie są różni. WSZYSTKO jest różne. I to jest piękne.

 

Miejsce 1 – nagroda Superbelfra.

Dlaczego?

Bo jest od uczniów. Po prostu. Bo okazuje się, że kiedy zwlekałam się rano z łóżka, ubierałam, trochę nawet malowałam, i siadałam przed tym nieszczęsnym laptopem, i zmuszałam się do uśmiechu do tych małych kwadracików, i mówiłam im, jak mi miło, kiedy włączają kamery, i jak ładnie wyglądają, i jak się cieszę, kiedy jednak, chociaż na chwilę się pokażą... I czasami ogarniało mnie zwątpienie, czy w ogóle tam są... I  pytałam, jak się czują, i czy dają radę... I rozmawialiśmy o geografii, i oglądaliśmy prezentacje, i rozwiązywali quizy, i nagrywali filmy, i pracowali różnymi metodami... To to wszystko miało sens. A to dobrze, że miało.

 

Jest dużo, dużo osób, którym chciałabym podziękować...

Ale... To już prywatnie. A poza tym oni sami wiedzą!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz