Lato i jesień 2021
Trudne początki
lepsza końcówka
Lato
Lipiec
– aktywny, ale nie taki, jak bym chciała...
Ostatni rok szkolny...
Ostatnie
dwa lata szkolne...
Były
dla mnie – jak już niewątpliwie wspominałam – trudne.
Tegoroczne
wakacje... Też nie zaczęły się najlepiej.
Po półtora roku pandemii, lockdownu, studiowania i
pracowania całymi dniami online, i właściwie nietańczenia (a nawet niemal
niewychodzenia z domu)... Cóż – jak już również wspominałam – nadal łatwiej
mnie obejść niż przeskoczyć. Ale nie wyglądam tak, jak bym chciała. I jest mi z
tym źle, choć może to drobiazg. Może są w życiu większe problemy. Ale przeszkadza
mi to. Zgodnie z filozofią: „zaakceptuj to, czego nie możesz zmienić, a zmień
to, czego nie możesz zaakceptować” – pracuję nad tym. Zmieniam to. Ale to
proces długi i żmudny, a pod tym akurat względem cierpliwość nie jest moją
mocną stroną. Więc strasznie mnie to frustruje. I ciągle gdzieś tam z tyłu
głowy o tym myślę... I mocno psuje mi to próby cieszenia się tymi wakacjami.
No ale są. Wakacje znaczy. Może nie cieszę się nimi tak,
jak bym chciała, ale odpoczywam. Aktywnie. Właściwie codziennie jeżdżę na rowerze na działkę i kilka razy w tygodniu
chodzę na indywidualne treningi taneczne (baletowe) z cudowną prowadzącą...
No, i jedziemy z Karolem w Tatry. Jest pięknie, bo to Tatry, ale to też nie
jest nasz najbardziej udany wyjazd. Nie wiedziałam, jak będzie ze schroniskami
(pandemia), więc mieszkamy w Kościelisku, nie w schronisku, i wszędzie
mamy daleko. A pogoda... Cóż, jak to pogoda w lipcu w Tatrach. Jest
zmienna i nieprzewidywalna. Mieliśmy iść na całą Orlą Perć, poszliśmy na Zawrat
i musieliśmy – nomen omen – zawrócić. Mieliśmy przejść całe Tatry Zachodnie,
poszliśmy na sam Trzydniowiański Wierch. To ładne wycieczki, nadal jest
aktywnie, ale... To nie to, czego bym chciała. Przynajmniej tyle mnie ten
wyjazd nauczył. Na przyszły rok już zarezerwowałam noclegi w schroniskach
na sierpień, z nadzieją, że pandemia nie pokrzyżuje tych planów. A
tegoroczny wyjazd traktuję jako wstęp. Jako takie przypomnienie sobie, jak to w
ogóle jest być tutaj tak dla siebie, tak żeby... chodzić. Chodzić, a nie robić
pomiary i prowadzić wywiady.
Pokrzepiające światełko obserwatorium na Kasprowym pod Księżycem napawało optymizmem...
no ale niestety.
I mimo wszystko jest pięknie.
I na działce, i w Tatrach.
Po tym złym
roku szkolnym naprawdę musiałam odpocząć. Dojść do siebie. Było mi jakoś
źle. Byłam przemęczona i rozdrażniona... Potrzebowałam czasu, żeby było lepiej.
Nadal nie
jest dobrze. Nadal nie jest tak, jak bym chciała. Ale jest coraz lepiej. A ja się staram,
żeby było... cóż, jeszcze lepiej.
Berlin
Na początku
sierpnia jedziemy na tydzień do przyjaciół w Berlinie.
I to jest
jedyny naprawdę udany i piękny tydzień wakacji.
Zwiedzamy miejsca, które pamiętamy z poprzedniego wyjazdu, i takie zupełnie nowe. Spędzamy dzień na pikniku nad jeziorem i pływamy w drugim, niesamowicie czystym, pełnym małych, uroczych, podgryzających rybek. Przejeżdżamy na rowerach tak z ¼ miasta, spędzamy cały dzień na wyspie muzeów, popołudnie na ściance, a inne – w miejscu, gdzie można sobie zakupić i pomalować gliniane naczynia. Tak oto, mimo kompletnego braku talentu plastycznego, tworzę sobie piękny słój do łazienki, idealny na gumki do włosów :)
A to Neues Museum z przykładem nieortodoksyjnej chronologii - średniowieczne drzwi,
Bieszczady
i Małopolska
Urlop Karola
jest krótszy niż moje wakacje (chociaż one też trwają tak z miesiąc, a nie –
jak się powszechnie uważa – dwa miesiące), więc ich końcówkę spędzam z Mamą,
najpierw w Bieszczadach, a później mieszkając w Krakowie i włócząc się po
różnych zakamarkach Małopolski.
I jest...
bardzo różnie. Chwilami pada, a ja, w małej bieszczadzkiej chatce pełnej
wspomnień, czuję się... uwięziona. Jak zwierzak w klatce. Chyba jest tu za dużo
wspomnień, nie tylko tych dobrych... I tu, tak samo jak w Tatrach, chciałabym
się raczej powłóczyć po schroniskach i polach namiotowych... Ale to w
końcu Bieszczady, więc chwilami – jest pięknie. Chwilami jestem zła, bo nie tak
chciałam spędzić te wakacje, a inne plany pokrzyżowała pandemia. Chwilami
jestem zachwycona miejscami, które są tak blisko, a o których nie
miałam pojęcia. Chwilami cieszę się, że tak dobrze dogaduję się z Mamą, co wśród
wielu moich znajomych jest rzadkością, chwilami moje uporządkowanie i zorganizowanie
ma serdecznie dość Jej bałaganiarstwa i chaotyczności... Więc jest różnie. Nie jest
źle, ale... No, mogłoby być lepiej.
Ale
przede wszystkim – jest sierpień. Sierpień, jak bańka mydlana.
Co roku czekam na wiosnę i lato.
Przychodzi taki moment w styczniu
czy lutym, kiedy już zapominam, jak to jest. Kiedy przestaję wierzyć, że znowu
będzie ciepło, słońce i zieleń...
Rozkwitam wraz z bzami i konwaliami.
Chłonę pełnię lata.
Drzewa i kwiaty, zapachy, owoce,
ptaki...
Całe to bogactwo przyrody! Całe to
królestwo lata...
Błyszczącą słońcem wodę górskiego
strumienia...
Sukienki i sandałki, kolorowe
koraliki, błysk srebra na opalonej skórze.
Jestem pijana latem. Ja cała jestem
latem.
Aż do (mniej – więcej) połowy
sierpnia.
W sierpniu lato tak w pełni
dojrzewa.
Jest jak wielka, coraz większa,
piękna, kolorowa, błyszcząca bańka mydlana.
Aż w końcu... bańka pęka.
Godzę się z jesienią.
Nie
przeszkadzają mi reklamy wyprawek szkolnych ani przedwczesne halloween’owe
dynie.
Powoli zaczynam tęsknić za spokojem
jesieni.
Sierpień jest jak bańka mydlana. Ulotny. I w końcu pęka.
Ale przecież w tym tkwi urok baniek mydlanych.
Jesień
Wrzesień i październik
Wrzesień i
październik to szkolna wycieczka, po której przespałam chyba z dobę... To w ogóle
powrót do szkoły, w której mieszają się covidowe problemy organizacyjne i polockdownowe
problemy psychologiczne. Dzieciaki sprawiają wrażenie, jakby chcieli nadrobić
stracony okres dorastania w grupie... Więc dzieje się wszystko to, co w
procesie dorastania w grupie – przyjmują różne role, sprawdzają się w nich,
mnóstwo gadają na całą masę tematów (nie, nijak niezwiązanych z lekcjami
geografii), kłócą się, godzą się, chodzą ze sobą, zrywają ze sobą,
krzyczą, płaczą, przeklinają, testują granice, przeżywają mnóstwo emocji.
Lekcje prowadzi się trudniej, bo naprawdę trudno skupić ich uwagę. I ja to w
pełni rozumiem... Ale strasznie, strasznie mnie to obciąża. I fizycznie (więcej
pracy, poszukiwania ciekawych rozwiązań, przekrzykiwania, ale też wietrzenia
klas, mycia rąk, przypominania o maseczkach i ogólnie rzecz biorąc brak
czasu na to, żeby zjeść, napić się, czy skoczyć do łazienki...) i psychicznie (bo trudno nie być obciążonym
psychicznie, jak średnio co tydzień dowiadujemy się o kolejnym dziecku z
depresją, a od początku roku – już o kilkorgu z myślami samobójczymi)...
Wrzesień i
październik to też strasznie smutna (chociaż szczęśliwie wyjaśniona) kłótnia z
przyjaciółką (tak, owszem, obie miałyśmy dobre intencje, obie miałyśmy
niezaspokojone potrzeby i tak naprawdę to było po prostu... jedno wielkie
nieporozumienie)...
I
tak właściwie cały wrzesień i październik to takie poczucie rosnącego
i wszechogarniającego chaosu, braku kontroli czy przewidywalności i coraz
większej frustracji...
Jak widać na zdjęciach - są też piękne chwile...
które bardzo, bardzo staram się łapać, zapamiętywać, zatrzymywać
na dłużej, doceniać...
Początek listopada
Kulminacja.
W listopadzie dni są już bardzo
krótkie.
W listopadzie wspominamy zmarłych. Wciąż
tęsknię za Dziadkiem i Wujem.
W
listopadzie zaczynam mieć jakoś tak psychicznie dość. Naprawdę dość.
Kompletny chaos
w edukacji. Tragedia w ochronie zdrowia. Galopująca inflacja. Sytuacja kobiet i
osób nieheteronormatywnych. Śmierć rok starszej ode mnie dziewczyny. Uchodźcy
na białoruskiej granicy. Nieodpuszczająca pandemia. Teorie spiskowe.
Antyszczepionkowcy... I wiele, wiele więcej.
To ciężkie czasy. A ja... Cóż, radzę
sobie najlepiej, jak umiem.
Ale tęsknię. I jestem rozżalona. Ile
można...?
Połowa
listopada
Jest wiele
rzeczy, z którymi mi źle. Czasami jest ich więcej, czasami mniej. Czasami jest
mi z nimi bardzie źle, czasami mniej. Mnóstwo spraw mnie martwi, wiele
frustruje. Staram się zmieniać (na lepsze), ile tylko mogę...
Ale
czasami... Tych „rzeczy” jest za dużo, a ja – bezsilna. I wtedy zaczynam mieć
dość. I zastanawiam się, gdzie jest granica tego, co mogę wytrzymać. I co jest
za tą granicą.
Zastanawiałam
się nad tym, kiedy mieliśmy nauczanie zdalne. Bywały tygodnie, kiedy codziennie
rano myślałam, że już mam dość, że nie mam siły, że nie zmuszę się do tego,
żeby wstać, usiąść przed laptopem, uśmiechnąć się do tych czarnych prostokątów
i poprowadzić lekcje. I zastanawiałam się, co się stanie, kiedy już naprawdę
dotrę do granicy mojej wytrzymałości. Co będzie za nią? Nie wstanę, nie
poprowadzę lekcji... I co? Nie odpiszę uczniom, pytającym, czemu lekcji nie ma?
Nie odpiszę koleżankom z pracy, pytającym, czy wszystko ok? Odbiorę w końcu
telefon od dyrekcji? Nie odbiorę go? Odbiorę i powiem... Co powiem? Że mam
dość? Że potrzebuję urlopu na żądanie? Że zwalniam się z pracy? Nie wiem,
co jest za tą granicą, ale wiem, że byłam blisko niej.
I na początku
listopada chyba też byłam blisko. Nawet rozmawiałam z przekochaną i przeuroczą
koleżanką w pracy, że jestem (podobno) dobra w tym co robię, ale sytuacja jest
taka, że osobie emocjonalnej łatwo się wypalić... Tak, czuję, że groźba
wypalenia gdzieś tam nade mną wisi. Bywam bliżej, bywam dalej od niego...
Staram się obserwować samą siebie, identyfikować emocje, dawać sobie czas na
ochłonięcie z nich, chronić samą siebie, ale... To jest teraz takie
strasznie, strasznie trudne. Bo sytuacja w szkołach jest ogólnie trudna, ale też
dlatego, że mam tej pracy po prostu dużo (to już jest taka praca, nawet w
szkole niepublicznej, a w czasach takiej inflacji to już zwłaszcza – chcesz
pracować jako nauczycielka i jednocześnie być niezależna finansowo, to
pracujesz na grubo ponad 1 etat... czasami na grubo ponad 1,5 etatu). A ja w
tym roku poza samą pracą staram się też (i tym razem lepiej mi to wychodzi, niż w
zeszłym roku) tańczyć. Na razie balet i towarzyski, ale też pomagam trochę
(ponownie) na zajęciach dla dzieciaków w amatorskim teatrze muzycznym, który znajomi
starają się odbudować... Wychodzę z domu o 7, wracam między 16 a 18, w domu też
jeszcze trochę pracuję (jakieś klasówki albo nowe pomysły na ciekawe lekcje)
albo trenuję... I właściwie nie mam czasu na nic więcej, poza pracą, tańcem i
snem. A to też nie pomaga w regeneracji...
Ale do tej
psychicznej granicy wytrzymałości, za którą jeszcze nie wiem, co jest... Ani do
wypalenia zawodowego... Nie docieram na razie.
Na razie
najzwyczajniej w świecie... Rozchorowuję się. Jakimś cudem – nie na covid. Na
jakieś dziwne zapalenie gardła czy coś w tym stylu. Pierwsze trzy dni na
zwolnieniu spędzam głównie próbując przespać przemęczenie, lekką gorączkę i ból
gardła. Kolejne – nadrabiając zaległości w pracy i nauce (tak – zgodnie z
zasadą, że człowiek uczy się przez całe życie – nadal staram się uczyć nowych
rzeczy, mimo że drugie studia skończyłam). Ale nadrabiając je tak...
Spokojniej. Wyciszona.
I jest jakoś lepiej.
Zaczynam wierzyć, że jakoś przetrwam do grudnia...
A w grudniu – to już tylko do Świąt!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz