sobota, 1 stycznia 2022

O rozżaleniu i przygnębieniu... I poszukiwaniu piękna, mimo wszystko.

Lato i jesień 2021

Trudne początki

lepsza końcówka

  

Lato

  

Lipiec – aktywny, ale nie taki, jak bym chciała...


Ostatni rok szkolny...

Ostatnie dwa lata szkolne...

Były dla mnie – jak już niewątpliwie wspominałam – trudne.

 

Tegoroczne wakacje... Też nie zaczęły się najlepiej.

 

Po półtora roku pandemii, lockdownu, studiowania i pracowania całymi dniami online, i właściwie nietańczenia (a nawet niemal niewychodzenia z domu)... Cóż – jak już również wspominałam – nadal łatwiej mnie obejść niż przeskoczyć. Ale nie wyglądam tak, jak bym chciała. I jest mi z tym źle, choć może to drobiazg. Może są w życiu większe problemy. Ale przeszkadza mi to. Zgodnie z filozofią: „zaakceptuj to, czego nie możesz zmienić, a zmień to, czego nie możesz zaakceptować” – pracuję nad tym. Zmieniam to. Ale to proces długi i żmudny, a pod tym akurat względem cierpliwość nie jest moją mocną stroną. Więc strasznie mnie to frustruje. I ciągle gdzieś tam z tyłu głowy o tym myślę... I mocno psuje mi to próby cieszenia się tymi wakacjami.

 

No ale są. Wakacje znaczy. Może nie cieszę się nimi tak, jak bym chciała, ale odpoczywam. Aktywnie. Właściwie codziennie jeżdżę na rowerze na działkę i kilka razy w tygodniu chodzę na indywidualne treningi taneczne (baletowe) z cudowną prowadzącą...

  

 


 

 


Kwiaty w koszyku - może nie są to bzy, ale... ;)

 

 

 


Burzowe lato przyniosło niezwykłe niebiańskie spektakle!

No, i jedziemy z Karolem w Tatry. Jest pięknie, bo to Tatry, ale to też nie jest nasz najbardziej udany wyjazd. Nie wiedziałam, jak będzie ze schroniskami (pandemia), więc mieszkamy w Kościelisku, nie w schronisku, i wszędzie mamy daleko. A pogoda... Cóż, jak to pogoda w lipcu w Tatrach. Jest zmienna i nieprzewidywalna. Mieliśmy iść na całą Orlą Perć, poszliśmy na Zawrat i musieliśmy – nomen omen – zawrócić. Mieliśmy przejść całe Tatry Zachodnie, poszliśmy na sam Trzydniowiański Wierch. To ładne wycieczki, nadal jest aktywnie, ale... To nie to, czego bym chciała. Przynajmniej tyle mnie ten wyjazd nauczył. Na przyszły rok już zarezerwowałam noclegi w schroniskach na sierpień, z nadzieją, że pandemia nie pokrzyżuje tych planów. A tegoroczny wyjazd traktuję jako wstęp. Jako takie przypomnienie sobie, jak to w ogóle jest być tutaj tak dla siebie, tak żeby... chodzić. Chodzić, a nie robić pomiary i prowadzić wywiady.

 






Burzowe lato przyniosło też różne malownicze stopnie nachmurzenia Giewontu.

Pokrzepiające światełko obserwatorium na Kasprowym pod Księżycem napawało optymizmem...

no ale niestety.





Czarny Staw Gąsienicowy, Zmarzły Staw, Piątka i chyba goryczątka ;) 

 





Doliny - Chochołowska, 
Starorobociańska i Trzydniowiańska dowodzą...
że Karola lubią motyle ;)


 

Tatrzańskie zielsko - piękne jak zawsze! ;)

 I mimo wszystko jest pięknie.

I na działce, i w Tatrach.

 

 Sierpień – miesiąc jak bańka mydlana

 

Po tym złym roku szkolnym naprawdę musiałam odpocząć. Dojść do siebie. Było mi jakoś źle. Byłam przemęczona i rozdrażniona... Potrzebowałam czasu, żeby było lepiej.

 

Nadal nie jest dobrze. Nadal nie jest tak, jak bym chciała. Ale jest coraz lepiej. A ja się staram, żeby było... cóż, jeszcze lepiej.

 

Berlin

 

Na początku sierpnia jedziemy na tydzień do przyjaciół w Berlinie.

I to jest jedyny naprawdę udany i piękny tydzień wakacji.

Zwiedzamy miejsca, które pamiętamy z poprzedniego wyjazdu, i takie zupełnie nowe. Spędzamy dzień na pikniku nad jeziorem i pływamy w drugim, niesamowicie czystym, pełnym małych, uroczych, podgryzających rybek. Przejeżdżamy na rowerach tak z ¼ miasta, spędzamy cały dzień na wyspie muzeów, popołudnie na ściance, a inne – w miejscu, gdzie można sobie zakupić i pomalować gliniane naczynia. Tak oto, mimo kompletnego braku talentu plastycznego, tworzę sobie piękny słój do łazienki, idealny na gumki do włosów :)

 

Tyle się działo, że musiałam sobie podpisywać na zdjęciach poszczególne dni! ;) 


Pierwsze dwa dni - spacery i wycieczka nad jeziorko z naszymi gospodarzami ;)








 

 

Moja ukochana Rosenthaler Straße, dzielnica rządowa, Tiergarten i Sony Center,
które naprawdę przypomina górę Fuji!

Zdjęcie tylko jedno, ale to też był intensywny dzień - Kreuzberg, Modulor (najlepszy papiernik Świata!),
malowanie ceramiki i ścianka wspinaczkowa...

A następnie...

6 muzeów, 12 godzin w maseczce... Tam jest wszystko. Wszystko w chaosie. 
Przeskakuje się swobodnie od starożytnej Grecji, do klasycyzmu we Francji,
następnie do starożytnego Babilonu i Egiptu, później do włoskiego baroku,
epoki brązu oraz renesansu w Niemczech... Człowiek zaczyna się gubić w chronologii...
Przyznam szczerze, starożytność - poza bramą Ishtar i bramą Miletu - nie zrobiła na mnie
największego wrażenia. Zwiedzałam Egipt, Grecję, Włochy i Turcję z Troją...
Widziałam to wszystko na miejscu. Ale ten ogrom wszystkiego, co tam jest... No, to robi wrażenie!



Na pierwszy ogień - Bode Museum

Następnie - Altes Museum



Ołtarz Pergamoński nadal w remoncie, ale jest Panorama, też zacna.


 


W ogóle największe wrażenie wywarło na mnie samo Pergamonmuseum
z bramą Ishtar i bramą Miletu...

 




A to Neues Museum z przykładem nieortodoksyjnej chronologii - średniowieczne drzwi,
staroegipskie mumie, a następnie epoka brązu. Tak, w międzyczasie był też jakiś barok.


 










Na koniec, po pięciu muzeach, szóste, które jest właściwie galerią sztuki...
Tych zdjęć jest maaasa, a to i tak tylko to,
co najbardziej mnie zaciekawiło lub najbardziej mi się spodobało! 

 

Bieszczady i Małopolska

 

Urlop Karola jest krótszy niż moje wakacje (chociaż one też trwają tak z miesiąc, a nie – jak się powszechnie uważa – dwa miesiące), więc ich końcówkę spędzam z Mamą, najpierw w Bieszczadach, a później mieszkając w Krakowie i włócząc się po różnych zakamarkach Małopolski.

Na dobry początek - Sandomierz, który poza "Zakotwiczonym Niebem" ma jeszcze takiego akrobatę!



Stare, dobre, jaworzeckie pola... Podobnie jak Giewont z Kościeliska - widok, który się nie nudzi...



Trzy połoniny i mnóstwo jeżyn? To tylko na Fereczatej.

 
Terenowe dokształcanie etnologiczne - podkarpackie cerkwie i małopolskie kościoły z listy UNESCO.





 

 


Sandomierz i Bieszczady... A później - bieszczadzka kolejka, kolejny piękny niebiański spektakl
nad Beskidem Niskim, pierwsza na świecie kopalnia ropy naftowej w Bóbrce
i Muzeum Lamp Naftowych oraz Szkła w Krośnie.
Czyli kolejna potężna porcja doszkalania terenowego, bardziej geograficzna ;)





 








Ojców, czyli doszkalanie bardzo geomorfologiczne, który naprawdę mnie zachwycił,
mimo że jaskinia na mnie krzyczy!



Poza geomorfologią, w Ojcowie zachwyciła mnie różnorodność flory i fauny...
nie tylko tej żywej i współczesnej ;)




Pieskowa Skała natomiast, mimo bajecznego ogrodu, jakoś mnie nie zachwyciła...
dlatego na zakończenie był jeszcze popołudniowy spacer nad małą, spokojną, Krakowską Wisełką.

I jest... bardzo różnie. Chwilami pada, a ja, w małej bieszczadzkiej chatce pełnej wspomnień, czuję się... uwięziona. Jak zwierzak w klatce. Chyba jest tu za dużo wspomnień, nie tylko tych dobrych... I tu, tak samo jak w Tatrach, chciałabym się raczej powłóczyć po schroniskach i polach namiotowych... Ale to w końcu Bieszczady, więc chwilami – jest pięknie. Chwilami jestem zła, bo nie tak chciałam spędzić te wakacje, a inne plany pokrzyżowała pandemia. Chwilami jestem zachwycona miejscami, które są tak blisko, a o których nie miałam pojęcia. Chwilami cieszę się, że tak dobrze dogaduję się z Mamą, co wśród wielu moich znajomych jest rzadkością, chwilami moje uporządkowanie i zorganizowanie ma serdecznie dość Jej bałaganiarstwa i chaotyczności... Więc jest różnie. Nie jest źle, ale... No, mogłoby być lepiej.

 

Ale przede wszystkim – jest sierpień. Sierpień, jak bańka mydlana.

 

Co roku czekam na wiosnę i lato.

 

Przychodzi taki moment w styczniu czy lutym, kiedy już zapominam, jak to jest. Kiedy przestaję wierzyć, że znowu będzie ciepło, słońce i zieleń...

 

Rozkwitam wraz z bzami i konwaliami.

 

Chłonę pełnię lata.

Drzewa i kwiaty, zapachy, owoce, ptaki...

Całe to bogactwo przyrody! Całe to królestwo lata...

Błyszczącą słońcem wodę górskiego strumienia...

Sukienki i sandałki, kolorowe koraliki, błysk srebra na opalonej skórze.

Jestem pijana latem. Ja cała jestem latem.

 

Aż do (mniej – więcej) połowy sierpnia.

W sierpniu lato tak w pełni dojrzewa.

Jest jak wielka, coraz większa, piękna, kolorowa, błyszcząca bańka mydlana.

 

Aż w końcu... bańka pęka.

Godzę się z jesienią.

Nie przeszkadzają mi reklamy wyprawek szkolnych ani przedwczesne halloween’owe dynie.

Powoli zaczynam tęsknić za spokojem jesieni.

 

Sierpień jest jak bańka mydlana. Ulotny. I w końcu pęka.

Ale przecież w tym tkwi urok baniek mydlanych.

 

 

Jesień

 

Wrzesień i październik

 

Wrzesień i październik to szkolna wycieczka, po której przespałam chyba z dobę... To w ogóle powrót do szkoły, w której mieszają się covidowe problemy organizacyjne i polockdownowe problemy psychologiczne. Dzieciaki sprawiają wrażenie, jakby chcieli nadrobić stracony okres dorastania w grupie... Więc dzieje się wszystko to, co w procesie dorastania w grupie – przyjmują różne role, sprawdzają się w nich, mnóstwo gadają na całą masę tematów (nie, nijak niezwiązanych z lekcjami geografii), kłócą się, godzą się, chodzą ze sobą, zrywają ze sobą, krzyczą, płaczą, przeklinają, testują granice, przeżywają mnóstwo emocji. Lekcje prowadzi się trudniej, bo naprawdę trudno skupić ich uwagę. I ja to w pełni rozumiem... Ale strasznie, strasznie mnie to obciąża. I fizycznie (więcej pracy, poszukiwania ciekawych rozwiązań, przekrzykiwania, ale też wietrzenia klas, mycia rąk, przypominania o maseczkach i ogólnie rzecz biorąc brak czasu na to, żeby zjeść, napić się, czy skoczyć do łazienki...)  i psychicznie (bo trudno nie być obciążonym psychicznie, jak średnio co tydzień dowiadujemy się o kolejnym dziecku z depresją, a od początku roku – już o kilkorgu z myślami samobójczymi)...

Wrzesień i październik to też strasznie smutna (chociaż szczęśliwie wyjaśniona) kłótnia z przyjaciółką (tak, owszem, obie miałyśmy dobre intencje, obie miałyśmy niezaspokojone potrzeby i tak naprawdę to było po prostu... jedno wielkie nieporozumienie)...

 

I tak właściwie cały wrzesień i październik to takie poczucie rosnącego i wszechogarniającego chaosu, braku kontroli czy przewidywalności i coraz większej frustracji...

 

 

 
Z wrześniowych pozytywów - chyba wreszcie opanowałam trudną sztukę robienia selfie ;)
I jeszcze sporo jeździłam na rowerze...

 

 
...a jesień miała piękne momenty. No i dostałam globus Polski! 

W październiku natomiast chodziłam boso po plaży...

 

...dzięki wymianie Erasmusowej, chociaż niestety nigdzie nie wyjechaliśmy,
miałam okazję wyjść z uczniami ze szkoły i podziwiać piękną jesień...

...na roślinnych targach kupiłam takie cudo...

...a w Dziady / Halloween / Dia de los Muertos w szkole mogłam wyglądać,
jak Hermiona zamieniona w kota ;)  

Jak widać na zdjęciach - są też piękne chwile...

które bardzo, bardzo staram się łapać, zapamiętywać, zatrzymywać na dłużej, doceniać...

 

Początek listopada

 

Kulminacja.

 

W listopadzie dni są już bardzo krótkie.

W listopadzie wspominamy zmarłych. Wciąż tęsknię za Dziadkiem i Wujem.

 

W listopadzie zaczynam mieć jakoś tak psychicznie dość. Naprawdę dość.

 

Kompletny chaos w edukacji. Tragedia w ochronie zdrowia. Galopująca inflacja. Sytuacja kobiet i osób nieheteronormatywnych. Śmierć rok starszej ode mnie dziewczyny. Uchodźcy na białoruskiej granicy. Nieodpuszczająca pandemia. Teorie spiskowe. Antyszczepionkowcy... I wiele, wiele więcej.

To ciężkie czasy. A ja... Cóż, radzę sobie najlepiej, jak umiem.

 

Ale tęsknię. I jestem rozżalona. Ile można...?

  

Połowa listopada

 

Jest wiele rzeczy, z którymi mi źle. Czasami jest ich więcej, czasami mniej. Czasami jest mi z nimi bardzie źle, czasami mniej. Mnóstwo spraw mnie martwi, wiele frustruje. Staram się zmieniać (na lepsze), ile tylko mogę...

 

Ale czasami... Tych „rzeczy” jest za dużo, a ja – bezsilna. I wtedy zaczynam mieć dość. I zastanawiam się, gdzie jest granica tego, co mogę wytrzymać. I co jest za tą granicą.

 

Zastanawiałam się nad tym, kiedy mieliśmy nauczanie zdalne. Bywały tygodnie, kiedy codziennie rano myślałam, że już mam dość, że nie mam siły, że nie zmuszę się do tego, żeby wstać, usiąść przed laptopem, uśmiechnąć się do tych czarnych prostokątów i poprowadzić lekcje. I zastanawiałam się, co się stanie, kiedy już naprawdę dotrę do granicy mojej wytrzymałości. Co będzie za nią? Nie wstanę, nie poprowadzę lekcji... I co? Nie odpiszę uczniom, pytającym, czemu lekcji nie ma? Nie odpiszę koleżankom z pracy, pytającym, czy wszystko ok? Odbiorę w końcu telefon od dyrekcji? Nie odbiorę go? Odbiorę i powiem... Co powiem? Że mam dość? Że potrzebuję urlopu na żądanie? Że zwalniam się z pracy? Nie wiem, co jest za tą granicą, ale wiem, że byłam blisko niej.

 

I na początku listopada chyba też byłam blisko. Nawet rozmawiałam z przekochaną i przeuroczą koleżanką w pracy, że jestem (podobno) dobra w tym co robię, ale sytuacja jest taka, że osobie emocjonalnej łatwo się wypalić... Tak, czuję, że groźba wypalenia gdzieś tam nade mną wisi. Bywam bliżej, bywam dalej od niego... Staram się obserwować samą siebie, identyfikować emocje, dawać sobie czas na ochłonięcie z nich, chronić samą siebie, ale... To jest teraz takie strasznie, strasznie trudne. Bo sytuacja w szkołach jest ogólnie trudna, ale też dlatego, że mam tej pracy po prostu dużo (to już jest taka praca, nawet w szkole niepublicznej, a w czasach takiej inflacji to już zwłaszcza – chcesz pracować jako nauczycielka i jednocześnie być niezależna finansowo, to pracujesz na grubo ponad 1 etat... czasami na grubo ponad 1,5 etatu). A ja w tym roku poza samą pracą staram się też (i tym razem lepiej mi to wychodzi, niż w zeszłym roku) tańczyć. Na razie balet i towarzyski, ale też pomagam trochę (ponownie) na zajęciach dla dzieciaków w amatorskim teatrze muzycznym, który znajomi starają się odbudować... Wychodzę z domu o 7, wracam między 16 a 18, w domu też jeszcze trochę pracuję (jakieś klasówki albo nowe pomysły na ciekawe lekcje) albo trenuję... I właściwie nie mam czasu na nic więcej, poza pracą, tańcem i snem. A to też nie pomaga w regeneracji...

 

Ale do tej psychicznej granicy wytrzymałości, za którą jeszcze nie wiem, co jest... Ani do wypalenia zawodowego... Nie docieram na razie.

Na razie najzwyczajniej w świecie... Rozchorowuję się. Jakimś cudem – nie na covid. Na jakieś dziwne zapalenie gardła czy coś w tym stylu. Pierwsze trzy dni na zwolnieniu spędzam głównie próbując przespać przemęczenie, lekką gorączkę i ból gardła. Kolejne – nadrabiając zaległości w pracy i nauce (tak – zgodnie z zasadą, że człowiek uczy się przez całe życie – nadal staram się uczyć nowych rzeczy, mimo że drugie studia skończyłam). Ale nadrabiając je tak... Spokojniej. Wyciszona.

 Krótkie dni i ciemność za oknem przestają być moimi wrogami. Przestają powodować, że – jak jeszcze na początku miesiąca – czuję się roztrzęsiona i bez powodu zestresowana (taaak, tylko tym, że jest ciemno – takie tam efekty przemęczenia i wahań hormonów). Zaczynają być jakieś takie przytulne i przyjazne. Bo wreszcie mogę posiedzieć w domu w miękkich swetrach, pod ciężkim kocykiem, przy pachnących świeczkach, nastrojowych lampkach, dobrej książce i późnojesiennej muzyce (tak, dla mnie muzyka jest dopasowana do pór roku i czego innego słucham w lipcu, niż w listopadzie – takie tam małe, niegroźne dziwactwo, z gatunku tych, które wszyscy mamy)...

 

  

I jest jakoś lepiej.

Zaczynam wierzyć, że jakoś przetrwam do grudnia...

A w grudniu – to już tylko do Świąt!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz