niedziela, 23 stycznia 2022

O rozżaleniu i rozgoryczeniu - znów, tylko bardziej. I o tym, co z tego wynika i co z tym zrobić...

 

Styczeń 2022

O pracy u podstaw, siłaczkach i siłaczach...

...czyli największy kryzys, odkąd zaczęłam pracę.

 

Rok zaczyna się od świąt. Tak, to wciąż czas świąteczny! A te święta są piękne. Smutne, ale pełne wdzięczności – jak pisałam ostatnio...

 


 Tylko że... mijają. Mijają za szybko. Nie zdążyłam odpocząć. Fizycznie, ale przede wszystkim psychicznie.

 

Jestem zmęczona. Przemęczona. I taka... rozżalona?

 

Tym, jak i jak wiele pracuję. Jak wiele z siebie daję... I jak niewiele to daje.

Jak niewiele to zmienia w szkole i jak niewiele to daje mi.

Przyznaję, mogłam sobie wybrać tańsze hobby.

Taniec jest drogi. Indywidualne treningi zwłaszcza. Ale to taniec akurat kocham...

I to nie powinno być tak, że pracuję po 60 – 70 h tygodniowo

(tak, liczę to, bo miałam dość czytania w internetach o tym, jakim to jestem leniem i nierobem, który bierze wynagrodzenie za nic, więc postanowiłam porządnie sprawdzić)

i ledwo mnie stać na regularne treningi...

Mam dość chaosu i niepewności.

Mam okienko, jednak nie mam, mam zastępstwo. Mam dyżury, jednak inne, bo trzeba dodać, bo dzieciakom hormony buzują, „odbijają” sobie czas spędzony na zdalnym i szaleją w sali konferencyjnej. Mam dyżur na dworze, jednak nie mam, ufff, nie będę zamarzać, jednak mam, nieważne, że zimno, dzieciaki powinny się wietrzyć, bo covid. Mam zastępstwo na dyżurze. Nie ma wody w szkole do 11, czy tam 12, trudno, mamy baniaki i chusteczki mokre, trzeba sobie radzić. Zepsuła się kotłownia czy tam kocioł, robimy zdalne do ferii, bo będą naprawiać 3 tygodnie. Jednak naprawili w 3 dni, wracamy do szkoły. Ale nie wszyscy, bo nauczycielka ma covid. O, znów będą zastępstwa. Uczniowie też mają covid, więc wracamy, ale niektórzy od poniedziałku, inni od wtorku, inni od czwartku. Mam klasówkę z rozszerzeniem, ale połowa grupy jest z klasy, która jest na zdalnym, jest niedziela, „proszę pani, to my będziemy pisać?”, „a to my napiszemy w szkole, a oni zdalnie?!”... Nie wiem, nie mam odpowiedzi, jutro widzimy się o 7.40, to może ustalimy wspólnie? Przynajmniej z tymi, którzy będą? „Marta, napisz do nauczycieli Twojej wychowawczej klasy, żeby pamiętali, żeby im wysyłać linki”... Sama ledwo pamiętam, której klasie do kiedy mam wysyłać linki... W wielu salach sprzęt znów nie działa, zgłosiłam do informatyka (czy tylko ja? dlaczego? czy ktoś to zgłosił wcześniej? to czemu wciąż nie działa?), znów będę wozić laptopa z zasilaczem i prowadzić lekcje online ze szkoły na swoim sprzęcie, bo szkoda moich nerwów na szkolny... A, sterta matur próbnych czeka na sprawdzenie. I sterta zaliczeń, które też są na podstawie matur. Jedna taka praca to z 15 – 20 min sprawdzania. Co najmniej. Trzeba rozczytać odpowiedzi na pytania otwarte i zastanowić się, czy są nie całkiem poprawne na tyle, żeby dać punkt, czy jednak go nie dać... Końcówka semestru, oceny wystaw, nie zapomnij! Do niczego te cyferkowe oceny, który my mamy rok, no naprawdę, dlaczego nie można odejść od cyferek na rzecz merytorycznej i wartościowej informacji zwrotnej...? Ano nie można, bo – chociażby – nie ma na to czasu. Nauczyciele mają tyle godzin, że nie wiadomo, kiedy jeszcze mieliby te informacje zwrotne pisać. A wiecie, jak łatwo zrobić młodzieńczej psychice krzywdę taką cyferką na koniec semestru czy roku? Pamiętajcie, że te cyferki widzą też rodzice, a rodzice często mają różne oczekiwania względem tych cyferek... O, a tu ktoś nadal nie pamięta, jak się używa Classrooma albo nie umie zrobić szkolenia online, a ja umiem, to przecież nie odmówię pomocy. W sumie to dla mnie parę minut, tylko dlaczego nie ma takich szkoleń systemowo...? A, a tu jeszcze trzeba zajrzeć do szkolnej psycholożki i pedagożki, bo uczniowie mają problemy. Bo depresje, bo uzależniania, bo myśli samobójcze, bo umierają im bliscy albo po prostu są wrażliwym młodymi ludźmi i mają tego wszystkiego dość. Bo muszą iść na terapie, bo muszą dostać leki od psychiatry. Zdystansuj się, nie martw się, nie przejmuj się! Tym dzieciom umierają bliscy. Te dzieci mają myśli samobójcze. Depresja to poważna choroba, na którą można umrzeć. I przynajmniej częściowo za te dzieci odpowiedzialna jestem ja. Ale zdystansuj się, bo się wypalisz! Łatwo powiedzieć. Trudniej, przynajmniej w tym roku, zrobić. W tym roku jest tego wszystkiego więcej, jest intensywniej, problemy się gromadzą i nawarstwiają. Wszyscy mamy dość, lubimy się, staramy się wspierać, ale nie dajemy rady. Czasem warczymy na siebie nawzajem, bo kończą nam się zasoby wyrozumiałości i życzliwości... Zadbaj o siebie, wyśpij się, olej coś, zrób kiedy indziej, później... Nie mogę kiedy indziej pójść na lekcje, a tych mam 34 + 6 potencjalnych zastępstw w tygodniu. Nie mogę kiedy indziej pójść na dyżur. „Proszę Pani, a sprawdziła Pani klasówki?”, „Nie, znowu nie, wiem, że już długo czekacie, przepraszam”. Sprawdź później, odpocznij, musisz odpocząć. Chcę odpocząć. Ale nie chcę znów mówić, że nie sprawdziłam. Dla nich to stres... „Pani Marto, bo Basia / Kasia / Marysia / Maciek (imiona przypadkowe, rzecz jasna) dzisiaj pół dnia płacze, chce wyjść ze szkoły, ale to uciekanie od problemów, czy może Pani spróbować Ją / Jego wysłać do psychologa?”. I co, to też mam zrobić później? Miałam dyżur, zastępstwo za dyżur, teraz bieganie po szkole w poszukiwaniu psycholożki. Nie jadłam, nie piłam, głowa mi pęka z odwodnienia i niewyspania, ale co mam zrobić? Odłożyć to na później...? Są rzeczy, które odłożyć można, ale wtedy lista rzeczy do zrobienia rośnie w nieskończoność. Są rzeczy, które można przepuścić prze filtr „praca / prywatność” i starać się zdystansować... Ale ile można się dystansować? Kiedy pęka ta tarcza, którą ciągle bombarduje nastoletnia depresja, myśli samobójcze, choroby i śmierć, strach, buzujące hormony, stracony rok, stres ocenami i byciem ocenianą / ocenianym, przeładowaną podstawą programową, nieciekawymi treściami, brakiem pomocy systemowej... Kiedy pęknie ta tarcza, która sama w sobie jest słaba, osłabiona własną niepewnością, koniecznością ciągłego dostosowywania się do nieustannych zmian, niemożliwością zaplanowania czegokolwiek, niewyspaniem, zmęczeniem...? Ile ona zniesie? I kiedy w dodatku brakuje poczucia, że ma się silne wsparcie za plecami...? Ok, będzie nieskromnie. W mojej szkole pracują świetni nauczyciele. Tacy, którzy, w znacznej większości, starają się i angażują. Rozumieją uczniów, starają się być dla nich wyrozumiałym wsparciem, przyjrzeć się każdemu indywidualnie i jednostkowo, zaciekawić i zachęcić, itp. I mimo to wydaje mi się, że jestem jedną z osób, które angażują i starają się najbardziej. Niemal wszystko (może poza celowym i świadomym krzywdzeniem drugiej osoby) jestem w stanie w uczniach zrozumieć, doszukiwać się przyczyn, niezaspokojonych potrzeb, pomagać zamiast karać... Wspinam się na wyżyny kreatywności, żeby lekcje były ciekawe (co nie zawsze oznacza wyłącznie, ostatnio tak modne, angażujące formy – czasami zwykła dyskusja jest lepsza, tylko trzeba do niej zrobić dobry wstęp, nastrój, bezpieczną atmosferę) i żeby uczniowie czuli się na nich dobrze i właśnie bezpiecznie... Ogarniam Classrooma, Librusa i Zooma, nie raz i nie dwa uczyłam i uczę kogoś, jak coś tam zrobić. Oddaję na czas i estetycznie zrobione wszystkie tabeleczki, sprawozdania i zestawienia. Ale też jestem tylko człowiekiem. W poniedziałki wychodzę wcześniej, bo idę na swój trening, ale nie tylko... Uczę też tańca, takich totalnych podstaw, charytatywnie. I słyszę, jak to ja mam dobrze, że tak wcześnie kończę. Nieważne, że kosztem tych poniedziałków w pozostałe dni mam lekcje 7.40 – 16 albo 7.40 – 16.50, a często jeszcze po nich spotkania tutorskie... Ważne, że w poniedziałki mam tak dobrze! W domyśle – lenię się! I chyba mam jakiegoś wyjątkowego pecha...? Bo, jak wspominałam, jestem tylko człowiekiem. I jak, mimo notesu, w którym mam wszystko, zdarzy mi się zapomnieć o dyżurze albo jakiejś papierkologii, najczęściej zresztą z powodu dużych emocji, bo znów coś się wydarzyło, to zawsze ktoś zauważy i mnie opieprzy. A naprawdę znam osoby, które na dyżurach nie bywają nagminnie albo ocen nie wpisują na czas nigdy... I nikt od miesięcy nie zauważył. I nikt ich nie opieprzył do góry do dołu... A ja, tak samo, jak wielu uczniów (może dlatego tak ich rozumiem?) jestem wrażliwa. Jestem i już. Czytam dużo o WWO (wysoko wrażliwe osoby) i im więcej czytam, tym bardziej myślę, że to ja. I pracuję znacznie lepiej na wzmocnieniach pozytywnych. Mogę harować jak wół za grosze. Mogę nawet i za darmo (tak, jak to przecież robiłam, prowadząc harcerską drużynę), ale pod warunkiem, że się mnie docenia, że czuję, że ktoś to dostrzega i mnie ceni. Ale kiedy haruję jak wół, ledwo mi starcza na moją pasję i ciągle mam gdzieś tam z tyłu głowy poczucie, że ktoś (rodzic, inny nauczyciel, dyrekcja) zaraz mnie może opieprzyć albo wyskoczyć z pretensjami... A może, i to nie dlatego, że jest „roszczeniowym rodzicem” albo „czepialskim dyrektorem”, tylko dlatego, że wszyscy jesteśmy podenerwowani i wszyscy mamy dość... Mamy... Tak bardzo... Dość...

To ja też mam tak bardzo dość.

 

Coraz częściej myślę o zmianie zawodu. Nie szkoły. Bywam rozgoryczona, ale ogólnie cenię tę szkołę. Zawodu.

 

Zawsze wolałam romantyzm od pozytywizmu.

A praca u podstaw nie sprawdziła się już wtedy... Dlaczego ma się sprawdzić teraz?

Ile można zmienić oddolnie w systemie, który po prostu jest zły...?

I czy ja mam siłę, żeby być siłaczką...?


Akcesoria - przygotowane...
Tymczasem treningi - odwołane.
Przynajmniej trzy ostatnie.
Bo nie mam siły.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz