Styczeń 2022
O pracy u podstaw,
siłaczkach i siłaczach...
...czyli największy
kryzys, odkąd zaczęłam pracę.
Rok zaczyna
się od świąt. Tak, to wciąż czas świąteczny! A te święta są piękne. Smutne, ale
pełne wdzięczności – jak pisałam ostatnio...
Jestem
zmęczona. Przemęczona. I taka... rozżalona?
Tym, jak i
jak wiele pracuję. Jak wiele z siebie daję... I jak niewiele to daje.
Jak niewiele
to zmienia w szkole i jak niewiele to daje mi.
Przyznaję,
mogłam sobie wybrać tańsze hobby.
Taniec jest
drogi. Indywidualne treningi zwłaszcza. Ale to taniec akurat kocham...
I to nie
powinno być tak, że pracuję po 60 – 70 h tygodniowo
(tak, liczę to, bo miałam dość czytania w internetach o tym, jakim to jestem leniem i nierobem, który bierze wynagrodzenie za nic, więc postanowiłam porządnie sprawdzić)
i ledwo mnie stać na regularne treningi...
Mam dość
chaosu i niepewności.
Mam okienko,
jednak nie mam, mam zastępstwo. Mam dyżury, jednak inne, bo trzeba dodać, bo
dzieciakom hormony buzują, „odbijają” sobie czas spędzony na zdalnym i szaleją
w sali konferencyjnej. Mam dyżur na dworze, jednak nie mam, ufff, nie będę
zamarzać, jednak mam, nieważne, że zimno, dzieciaki powinny się wietrzyć, bo
covid. Mam zastępstwo na dyżurze. Nie ma wody w szkole do 11, czy tam 12,
trudno, mamy baniaki i chusteczki mokre, trzeba sobie radzić. Zepsuła się
kotłownia czy tam kocioł, robimy zdalne do ferii, bo będą naprawiać 3 tygodnie.
Jednak naprawili w 3 dni, wracamy do szkoły. Ale nie wszyscy, bo nauczycielka
ma covid. O, znów będą zastępstwa. Uczniowie też mają covid, więc wracamy, ale
niektórzy od poniedziałku, inni od wtorku, inni od czwartku. Mam klasówkę z rozszerzeniem,
ale połowa grupy jest z klasy, która jest na zdalnym, jest niedziela, „proszę
pani, to my będziemy pisać?”, „a to my napiszemy w szkole, a oni zdalnie?!”...
Nie wiem, nie mam odpowiedzi, jutro widzimy się o 7.40, to może ustalimy
wspólnie? Przynajmniej z tymi, którzy będą? „Marta, napisz do nauczycieli
Twojej wychowawczej klasy, żeby pamiętali, żeby im wysyłać linki”... Sama ledwo
pamiętam, której klasie do kiedy mam wysyłać linki... W wielu salach sprzęt
znów nie działa, zgłosiłam do informatyka (czy tylko ja? dlaczego? czy ktoś to
zgłosił wcześniej? to czemu wciąż nie działa?), znów będę wozić laptopa z
zasilaczem i prowadzić lekcje online ze szkoły na swoim sprzęcie, bo
szkoda moich nerwów na szkolny... A, sterta matur próbnych czeka na sprawdzenie.
I sterta zaliczeń, które też są na podstawie matur. Jedna taka praca to z 15 –
20 min sprawdzania. Co najmniej. Trzeba rozczytać odpowiedzi na pytania otwarte
i zastanowić się, czy są nie całkiem poprawne na tyle, żeby dać punkt, czy
jednak go nie dać... Końcówka semestru, oceny wystaw, nie zapomnij! Do niczego
te cyferkowe oceny, który my mamy rok, no naprawdę, dlaczego nie można odejść
od cyferek na rzecz merytorycznej i wartościowej informacji zwrotnej...? Ano
nie można, bo – chociażby – nie ma na to czasu. Nauczyciele mają tyle godzin,
że nie wiadomo, kiedy jeszcze mieliby te informacje zwrotne pisać. A wiecie,
jak łatwo zrobić młodzieńczej psychice krzywdę taką cyferką na koniec semestru
czy roku? Pamiętajcie, że te cyferki widzą też rodzice, a rodzice często mają
różne oczekiwania względem tych cyferek... O, a tu ktoś nadal nie pamięta, jak
się używa Classrooma albo nie umie zrobić szkolenia online, a ja umiem, to
przecież nie odmówię pomocy. W sumie to dla mnie parę minut, tylko dlaczego nie
ma takich szkoleń systemowo...? A, a tu jeszcze trzeba zajrzeć do szkolnej
psycholożki i pedagożki, bo uczniowie mają problemy. Bo depresje, bo uzależniania,
bo myśli samobójcze, bo umierają im bliscy albo po prostu są wrażliwym młodymi
ludźmi i mają tego wszystkiego dość. Bo muszą iść na terapie, bo muszą dostać
leki od psychiatry. Zdystansuj się, nie martw się, nie przejmuj się! Tym
dzieciom umierają bliscy. Te dzieci mają myśli samobójcze. Depresja to poważna
choroba, na którą można umrzeć. I przynajmniej częściowo za te dzieci
odpowiedzialna jestem ja. Ale zdystansuj się, bo się wypalisz! Łatwo
powiedzieć. Trudniej, przynajmniej w tym roku, zrobić. W tym roku jest tego
wszystkiego więcej, jest intensywniej, problemy się gromadzą i nawarstwiają.
Wszyscy mamy dość, lubimy się, staramy się wspierać, ale nie dajemy rady.
Czasem warczymy na siebie nawzajem, bo kończą nam się zasoby wyrozumiałości i życzliwości...
Zadbaj o siebie, wyśpij się, olej coś, zrób kiedy indziej, później... Nie mogę
kiedy indziej pójść na lekcje, a tych mam 34 + 6 potencjalnych zastępstw w
tygodniu. Nie mogę kiedy indziej pójść na dyżur. „Proszę Pani, a sprawdziła
Pani klasówki?”, „Nie, znowu nie, wiem, że już długo czekacie, przepraszam”.
Sprawdź później, odpocznij, musisz odpocząć. Chcę odpocząć. Ale nie chcę znów
mówić, że nie sprawdziłam. Dla nich to stres... „Pani Marto, bo Basia / Kasia /
Marysia / Maciek (imiona przypadkowe, rzecz jasna) dzisiaj pół dnia płacze,
chce wyjść ze szkoły, ale to uciekanie od problemów, czy może Pani spróbować Ją
/ Jego wysłać do psychologa?”. I co, to też mam zrobić później? Miałam dyżur,
zastępstwo za dyżur, teraz bieganie po szkole w poszukiwaniu psycholożki. Nie
jadłam, nie piłam, głowa mi pęka z odwodnienia i niewyspania, ale co mam
zrobić? Odłożyć to na później...? Są rzeczy, które odłożyć można, ale wtedy
lista rzeczy do zrobienia rośnie w nieskończoność. Są rzeczy, które można
przepuścić prze filtr „praca / prywatność” i starać się zdystansować... Ale ile
można się dystansować? Kiedy pęka ta tarcza, którą ciągle bombarduje
nastoletnia depresja, myśli samobójcze, choroby i śmierć, strach, buzujące
hormony, stracony rok, stres ocenami i byciem ocenianą / ocenianym,
przeładowaną podstawą programową, nieciekawymi treściami, brakiem pomocy
systemowej... Kiedy pęknie ta tarcza, która sama w sobie jest słaba, osłabiona
własną niepewnością, koniecznością ciągłego dostosowywania się do nieustannych
zmian, niemożliwością zaplanowania czegokolwiek, niewyspaniem, zmęczeniem...?
Ile ona zniesie? I kiedy w dodatku brakuje poczucia, że ma się silne
wsparcie za plecami...? Ok, będzie nieskromnie. W mojej szkole pracują świetni
nauczyciele. Tacy, którzy, w znacznej większości, starają się i angażują.
Rozumieją uczniów, starają się być dla nich wyrozumiałym wsparciem, przyjrzeć
się każdemu indywidualnie i jednostkowo, zaciekawić i zachęcić, itp. I mimo to wydaje
mi się, że jestem jedną z osób, które angażują i starają się najbardziej.
Niemal wszystko (może poza celowym i świadomym krzywdzeniem drugiej osoby)
jestem w stanie w uczniach zrozumieć, doszukiwać się przyczyn, niezaspokojonych
potrzeb, pomagać zamiast karać... Wspinam się na wyżyny kreatywności, żeby
lekcje były ciekawe (co nie zawsze oznacza wyłącznie, ostatnio tak modne,
angażujące formy – czasami zwykła dyskusja jest lepsza, tylko trzeba do niej
zrobić dobry wstęp, nastrój, bezpieczną atmosferę) i żeby uczniowie czuli się
na nich dobrze i właśnie bezpiecznie... Ogarniam Classrooma, Librusa i Zooma,
nie raz i nie dwa uczyłam i uczę kogoś, jak coś tam zrobić. Oddaję na czas i
estetycznie zrobione wszystkie tabeleczki, sprawozdania i zestawienia. Ale też
jestem tylko człowiekiem. W poniedziałki wychodzę wcześniej, bo idę na
swój trening, ale nie tylko... Uczę też tańca, takich totalnych podstaw,
charytatywnie. I słyszę, jak to ja mam dobrze, że tak wcześnie kończę. Nieważne,
że kosztem tych poniedziałków w pozostałe dni mam lekcje 7.40 – 16 albo 7.40 – 16.50,
a często jeszcze po nich spotkania tutorskie... Ważne, że w poniedziałki mam
tak dobrze! W domyśle – lenię się! I chyba mam jakiegoś wyjątkowego pecha...?
Bo, jak wspominałam, jestem tylko człowiekiem. I jak, mimo notesu, w którym mam
wszystko, zdarzy mi się zapomnieć o dyżurze albo jakiejś papierkologii,
najczęściej zresztą z powodu dużych emocji, bo znów coś się wydarzyło, to
zawsze ktoś zauważy i mnie opieprzy. A naprawdę znam osoby, które na dyżurach
nie bywają nagminnie albo ocen nie wpisują na czas nigdy... I nikt od miesięcy
nie zauważył. I nikt ich nie opieprzył do góry do dołu... A ja, tak samo, jak wielu
uczniów (może dlatego tak ich rozumiem?) jestem wrażliwa. Jestem i już. Czytam
dużo o WWO (wysoko wrażliwe osoby) i im więcej czytam, tym bardziej myślę,
że to ja. I pracuję znacznie lepiej na wzmocnieniach pozytywnych. Mogę harować
jak wół za grosze. Mogę nawet i za darmo (tak, jak to przecież robiłam,
prowadząc harcerską drużynę), ale pod warunkiem, że się mnie docenia, że
czuję, że ktoś to dostrzega i mnie ceni. Ale kiedy haruję jak wół, ledwo mi
starcza na moją pasję i ciągle mam gdzieś tam z tyłu głowy poczucie, że ktoś
(rodzic, inny nauczyciel, dyrekcja) zaraz mnie może opieprzyć albo wyskoczyć z
pretensjami... A może, i to nie dlatego, że jest „roszczeniowym rodzicem” albo „czepialskim
dyrektorem”, tylko dlatego, że wszyscy jesteśmy podenerwowani i wszyscy mamy
dość... Mamy... Tak bardzo... Dość...
To ja też
mam tak bardzo dość.
Coraz
częściej myślę o zmianie zawodu. Nie szkoły. Bywam rozgoryczona, ale ogólnie cenię
tę szkołę. Zawodu.
Zawsze wolałam
romantyzm od pozytywizmu.
A praca u podstaw nie
sprawdziła się już wtedy... Dlaczego ma się sprawdzić teraz?
Ile można zmienić
oddolnie w systemie, który po prostu jest zły...?
I czy ja mam siłę,
żeby być siłaczką...?
.jpg)
.jpg)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz