Bieszczadzki środek
tygodnia
(i ten żal, że nie
dłużej)
Dzień 1
Tatry – Warszawa –
Bieszczady
Nad ranem
wracam do Warszawy, tylko po to, żeby się przepakować i pojechać w Bieszczady.
Tym razem nie sama, a z przyjaciółką.
Do Lublina
prowadzi trasa szybkiego ruchu, nic ciekawego, ale za to... no cóż, szybko. Za
Rzeszowem robi się ładnie. Droga wije się wśród wzgórz... A za Sanokiem... Za
Sanokiem zaczynają się Bieszczady, co można poznać po ostatniej sprawdzonej
stacji przy drodze (to niemal jak Ostatni Przyjazny Dom!), na którą nie dotarły
wegetariańskie kanapki, za to jest imponujący wybór czekolady Studentskiej.
Jest późno,
ciemno, wszyscy miejscowi, którzy znają te drogi (bez pobocza czy białych
linii) na pamięć już dawno mnie wyprzedzili. A tymczasem zatrzymuje nas patrol.
A przecież jechałam równiutko 50 km/h... Na zakrętach „agrafkach” („serpentyny”
to oklepane określenie) bałabym się szybciej... Ale to nie policja... To straż
graniczna. Cóż...
Na miejscu natomiast, w uśpionej bacówce pod Rawkami... Wita nas bardziej przyjazny i budzący mniej smutnych myśli... Kot. Imbir. Ten, co do którego nie wiadomo, czy jest tylko „spasionym maine coonem”, czy jednak synem kotki i rysia...
Dzień 2
Rawki
Poranek w
bacówce budzi moją euforię... Pierwsze poranki w schroniskach mają to w
zwyczaju. Ten schroniskowy nastrój, to nieuchwytne „coś”, ta „górskość” wisząca
w powietrzu... I ten zapach... jajecznicy na maśle! ;)
Zwierzaków
jest tu więcej. Poza kotorysiem Imbirem są jeszcze trzy czarne koty – Rumba,
która wciąż się gdzieś kręci, zwijająca się w kłębek na kolanach Moria i
warkoczący niczym traktor... No cóż, Traktor. I Hurley, Owczarek Podhalański
rozmiarów... No coż, Hurleya ;)
Bacówka jest pod Rawkami (konkretnie pod Małą, ale zaraz za nią jest Duża i traktuję je trochę jak Ornaki – Zadni, Pośredni... Mała, Duża... co za różnica?), wybieramy się więc... No, na Rawki. W Bieszczadach jestem inna niż w Tatrach. W Tatrach ma być najwyżej, najstromiej, najdalej. W Tatrach, w takie dni jak te ostatnie, zmagam się z pogodą czy innymi przeciwnościami, nie chcąc dać za wygraną z rozsądkiem. W Bieszczadach nie musi być wysoko, stromo, daleko... W Bieszczadach ma być nastrój. Ma być droga, żeby można nią było iść albo schronisko, żeby można w nim było posiedzieć, pooglądać widoki, popodziwiać zapachy... Cienistego lasu, rozgrzanej łąki... Rawki w zupełności wystarczą. Pogoda jest piękna, takie idealne górskie lato. Ciepło, słonko, trochę obłoczków, lekki wiatr... Falujące połoniny... A wieczorem tęcza. I pełnia księżyca.
Dzień 3
Caryńska
Po drugiej
stronie Wielkiej Pętli Bieszczadzkiej mamy szlak na Połoninę Caryńską.
Czy
mogłybyśmy iść gdzieś wyżej i dalej? Pewnie tak. Żadne problem podjechać do Ustrzyk
Górnych, wejść na Tarnicę... Ale po co, skoro można na Caryńską? To też piękny
szlak. I pogoda znów piękna. I ta połonina znów faluje... I te wierzbówki.
A wieczorem
planszówki i grzane wino...
Dlaczego
tak krótko?
Nie wiem.
Planowałam
tegoroczne wakacje... cóż, po feriach.
Kiedy nad
szkołami znów zawisło widmo zdalności, kiedy wybuchła wojna. Kiedy nie
wiedziałam, co będzie dalej. Kiedy samo nawet myślenie o wakacjach, planowanie
odpoczynku i radosnych chwil wydawało mi się jakieś... nie na miejscu. Budziło
niejasne poczucie winy...
I tak
wyszło.
W tym roku jesienią
będą dwa długie weekendy, a że gór mi mało, zaplanowałam je z Karolem... W
Tatrach i Bieszczadach ;)
A w
przyszłym roku chcemy z przyjaciółką odkrywać... Również Karpaty... Ale
Rumuńskie!
A tymczasem w Tatrach i Bieszczadach było krótko, ale pięknie!
I to nie ostatnie góry, w które się w lipcu wybieram...
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz