środa, 20 lipca 2022

Tatrzańskie zachwycające oczywistości

 

Lipiec 2022

Tatrzański przedłużony weekend

(żadna tam wyprawa)

 

Jak już wspominałam w poprzednim wpisie... Początek tego lata przyniósł dużo przemyśleń. I jeszcze nie wiem, co z nich wynika i co z nimi zrobić...

 

Ale za to... jadę w Tatry. A w Tatrach dobrze się o takich sprawach myśli.

 

 

Dzień 1

Odespanie, rozgrzewka, rekonesans (busików), przygotowania (zakupy) i plany na kolejne dwa dni...

Czyli Rondo Kuźnickie – Krupówki – Strążyska – Droga Pod Reglami – Kuźnice – Kondratowa.

W deszczu i pod nimbostratusami...

 

Wczoraj opóźniony autobus, dzisiaj spektakularnie przespałam budzik (o 3 h), nie zrobiłam zakupów, nie wiem, jak jeżdżą busy, jest 11 stopni, a z nieba leje...

 

Więc zamiast cisnąć po szlakach... Włóczę się po miasteczku.

Za tym też tęskniłam. Tak, za Zakopanem. Za przeraźliwie tłocznym (jak leje to mniej) i pełnym architektonicznych koszmarków (ale i perełek) Zakopanem. To tu zaczynają się góry. Trudno iść w Tatry bez choćby przejechania przez Zakopane. To tu przez całe lata miewałam bazę wypadową. Najpierw u Cioci (w Kościelisku, ale na samej granicy Zakopanego), później u Wujka (właściwie w centrum).

Dopiero od niedawna wybieram raczej schroniska, bo jednak bliżej w same góry i jest świetna atmosfera (przynajmniej w niektórych). Ale przez ostatnie dwa lata, z powodu pandemii i mojego lockdownowego kryzysu, mam problem z planowaniem długofalowym. A noclegi w schroniskach rezerwuje się z przynajmniej półrocznym wyprzedzeniem. Dlatego też rok temu znów byłam w Kościelisku, a w tym – znów w Zakopanem.

 

Robię więc zakupy na kolejne dwa dni, sprawdzam busy, odwiedzam mokry Giewont w Strążyskiej, zaglądam do księgarni, w której kiedyś Tata kupował mi mapy i tony książek, znajduję wspaniały prezent dla przyjaciółki w miejscu, w którym kiedyś przeprowadziłam najlepszy wywiad do etnologicznej magisterki, spoglądam na kawałek Kasprowego z Kondratowej i zjadam obiad w Kuźnicach, sprawdzam nowe buty, pamiętając o krzywdzie, jaką wyrządziły mi poprzednie, z pozoru wygodne...

 

Zazwyczaj w Tatrach jestem jak dzikie zwierzątko wypuszczone z klatki. Rzucam się tam, gdzie najwyżej, najstromiej, najdalej. I czuję, że jutro już znów tak będzie, tym razem w wersji „najbardziej przekrojowo”, czyli jednego dnia Chochołowska i Kościeliska (najchętniej przez Trzydniowiański, Kończysty, Starorobociański i Ornaki, ale jak się uda z racji pogody, to może chociaż przez Iwaniacką), a drugiego Gąsienicowa, Piątka i MOko (przez Krzyżne i Szpiglasik), chociaż jak będzie bardzo padało, to też nie wiem, bo ileż można moknąć...?

 

A dzisiaj się włóczę... I jest mi z tym dobrze.

Włóczę się i myślę. A wieczorem siadam i wszystkie tutejsze wpisy z ostatniej połowy roku... Układają się same. Myśli płyną, palce klikają, i zajmuje to dwie godziny, a nie jedną, tylko dlatego, że nie mam laptopa, więc piszę na telefonie...

   

  

  



   




Dzień 2

Chochołowska – Iwaniacka – Kościeliska – Smreczyński

 

Póki siąpi, pada, nawet leje... To jeszcze mogę iść. Jarząbczą na Trzydniowiański jest zawsze malowniczo, nawet w deszczu. Ale jak już grad boleśnie uderza przez kaptur i kurtkę... To jednak rezygnuję.

 

Iwaniacka Przełęcz też jest ładna. I nie ma tu nikogo, prócz mnie... Oczywiście jak już dochodzę do Hali Ornak, to się trochę rozpogadza, więc idę jeszcze nad Smreczyński Staw. A później znów zaczyna lać i już nie przestaje...

  






  

Tatrzański deszcz skutecznie obnaża umowność nieprzemakalności kurtek wszelakich... Dlatego też następnego dnia...

 


Dzień 3

Jaworzynka – Czarny Staw – Przełęcz Karb – Stawki Gąsienicowe – Boczań

 

Wieczorem muszę złapać nocny pociąg, a tymczasem zakopiański dworzec jest w remoncie, perony przeniesione i wygląda na to, że nie tak łatwo się tam dostać... Wstaję więc o świcie, bo przecież plany mam ambitne, a muszę zostawić zapas czasu na poszukiwania (prawie jakbym szukała peronu 9 i ¾!).

Tymczasem... pada. Deszcz monotonnie szumi... Wczorajsza pogoda była zmienna – padało, lało lub waliło gradem. Dzisiejsza jest zmienna inaczej (liczba sposobów zmienności tatrzańskiej pogody jest nieskończona) i w dolinie Jaworzynki na moment wychodzi słońce... Oświetlając pasącą się tam sarenkę. Proszę Państwa. Lipiec. Wakacje. Weekend... Szlak na Gąsienicową. I tylko my dwie – ja i sarenka. Takie rzeczy się nie zdarzają! Chwilę później niebo znów się zaciąga. Na halę docieram szybko, mniej więcej w ¾ czasówki, ale i tak pogoda zmienia się w tym czasie trzy razy, a po mojej kurtce, stuptutach i niesfornych kosmykach włosów spływają strumyczki wody. Jest też zimno, na Kasprowym podobno śnieg. Jestem niemal pod nim, ale... no, byłoby go widać, gdyby było widać.

Dobrze, pogodo, nie pójdę na Krzyżne i Szpiglasik. Zostanie Gąsienicowa. No ale chociaż stawki... Wspinam się pod Czarny Staw Gąsienicowy, na kolejny moment wychodzi słońce, lśnią w nim mokre ściany Orlej Perci i gdzieniegdzie... No cóż, bieli się śnieg. Przechodzę przez Karb, przez chwilę zaczynam wierzyć, że jednak ostatecznie się rozpogodzi, a zaraz potem, czując wielkie, ciężkie krople zamieniające się w drobny grad... Spotykam ludzi, którzy zawrócili z Kościelca, bo mokro, zimno i ślisko... Schodzę więc na drugą stronę doliny, bo przecież Stawki Gąsienicowe są piękne, nawet gdy pada. Nawet kiedy leje tak, że aż telefonu nie można wyciągnąć, bo natychmiast zmoknie. Zdjęć nie ma. Wracam na halę, schnę, czekam... Zapas czasu zapasem czasu, ale jeśli mam gdzieś czekać, to wolę tu niż na dworcu... A tymczasem nad Karb, ten sam, na którym przed chwilą byłam, nadlatuje TOPRowy helikopter. Obserwuję jak tam wisi... Dopóki znów nie zaczyna padać grad. I w tym gradzie, przechodzącym w deszcz, później niską chmurę... Wracam.

Sarenka!








Śmigłowiec...



Wracam... Ale nie na długo!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz