Lipiec 2022
Tatrzański przedłużony
weekend
(żadna tam wyprawa)
Jak już
wspominałam w poprzednim wpisie... Początek tego lata przyniósł dużo
przemyśleń. I jeszcze nie wiem, co z nich wynika i co z nimi zrobić...
Ale za to...
jadę w Tatry. A w Tatrach dobrze się o takich sprawach myśli.
Dzień 1
Odespanie, rozgrzewka,
rekonesans (busików), przygotowania (zakupy) i plany na kolejne dwa dni...
Czyli Rondo Kuźnickie –
Krupówki – Strążyska – Droga Pod Reglami – Kuźnice – Kondratowa.
W deszczu i pod
nimbostratusami...
Wczoraj
opóźniony autobus, dzisiaj spektakularnie przespałam budzik (o 3 h), nie zrobiłam
zakupów, nie wiem, jak jeżdżą busy, jest 11 stopni, a z nieba leje...
Więc zamiast
cisnąć po szlakach... Włóczę się po miasteczku.
Za tym też
tęskniłam. Tak, za Zakopanem. Za przeraźliwie tłocznym (jak leje to mniej) i
pełnym architektonicznych koszmarków (ale i perełek) Zakopanem. To tu zaczynają
się góry. Trudno iść w Tatry bez choćby przejechania przez Zakopane. To tu
przez całe lata miewałam bazę wypadową. Najpierw u Cioci (w Kościelisku, ale na
samej granicy Zakopanego), później u Wujka (właściwie w centrum).
Dopiero od
niedawna wybieram raczej schroniska, bo jednak bliżej w same góry i jest
świetna atmosfera (przynajmniej w niektórych). Ale przez ostatnie dwa lata, z
powodu pandemii i mojego lockdownowego kryzysu, mam problem z planowaniem
długofalowym. A noclegi w schroniskach rezerwuje się z przynajmniej
półrocznym wyprzedzeniem. Dlatego też rok temu znów byłam w Kościelisku, a w
tym – znów w Zakopanem.
Robię więc
zakupy na kolejne dwa dni, sprawdzam busy, odwiedzam mokry Giewont w
Strążyskiej, zaglądam do księgarni, w której kiedyś Tata kupował mi mapy i tony
książek, znajduję wspaniały prezent dla przyjaciółki w miejscu, w którym kiedyś
przeprowadziłam najlepszy wywiad do etnologicznej magisterki, spoglądam na
kawałek Kasprowego z Kondratowej i zjadam obiad w Kuźnicach, sprawdzam
nowe buty, pamiętając o krzywdzie, jaką wyrządziły mi poprzednie, z pozoru
wygodne...
Zazwyczaj w
Tatrach jestem jak dzikie zwierzątko wypuszczone z klatki. Rzucam się tam,
gdzie najwyżej, najstromiej, najdalej. I czuję, że jutro już znów tak będzie,
tym razem w wersji „najbardziej przekrojowo”, czyli jednego dnia
Chochołowska i Kościeliska (najchętniej przez Trzydniowiański, Kończysty,
Starorobociański i Ornaki, ale jak się uda z racji pogody, to może chociaż
przez Iwaniacką), a drugiego Gąsienicowa, Piątka i MOko (przez Krzyżne i
Szpiglasik), chociaż jak będzie bardzo padało, to też nie wiem, bo ileż można
moknąć...?
A dzisiaj
się włóczę... I jest mi z tym dobrze.
Włóczę się i
myślę. A wieczorem siadam i wszystkie tutejsze wpisy z ostatniej połowy roku...
Układają się same. Myśli płyną, palce klikają, i zajmuje to dwie godziny, a nie
jedną, tylko dlatego, że nie mam laptopa, więc piszę na telefonie...
Dzień 2
Chochołowska – Iwaniacka
– Kościeliska – Smreczyński
Póki siąpi,
pada, nawet leje... To jeszcze mogę iść. Jarząbczą na Trzydniowiański jest
zawsze malowniczo, nawet w deszczu. Ale jak już grad boleśnie uderza przez
kaptur i kurtkę... To jednak rezygnuję.
Iwaniacka Przełęcz też jest ładna. I nie ma tu nikogo, prócz mnie... Oczywiście jak już dochodzę do Hali Ornak, to się trochę rozpogadza, więc idę jeszcze nad Smreczyński Staw. A później znów zaczyna lać i już nie przestaje...
Tatrzański
deszcz skutecznie obnaża umowność nieprzemakalności kurtek wszelakich...
Dlatego też następnego dnia...
Dzień 3
Jaworzynka – Czarny Staw
– Przełęcz Karb – Stawki Gąsienicowe – Boczań
Wieczorem muszę
złapać nocny pociąg, a tymczasem zakopiański dworzec jest w remoncie, perony
przeniesione i wygląda na to, że nie tak łatwo się tam dostać... Wstaję więc o
świcie, bo przecież plany mam ambitne, a muszę zostawić zapas czasu na
poszukiwania (prawie jakbym szukała peronu 9 i ¾!).
Tymczasem...
pada. Deszcz monotonnie szumi... Wczorajsza pogoda była zmienna – padało, lało
lub waliło gradem. Dzisiejsza jest zmienna inaczej (liczba sposobów zmienności
tatrzańskiej pogody jest nieskończona) i w dolinie Jaworzynki na moment
wychodzi słońce... Oświetlając pasącą się tam sarenkę. Proszę Państwa. Lipiec.
Wakacje. Weekend... Szlak na Gąsienicową. I tylko my dwie – ja i sarenka.
Takie rzeczy się nie zdarzają! Chwilę później niebo znów się zaciąga. Na halę
docieram szybko, mniej więcej w ¾ czasówki, ale i tak pogoda zmienia się w tym
czasie trzy razy, a po mojej kurtce, stuptutach i niesfornych kosmykach włosów
spływają strumyczki wody. Jest też zimno, na Kasprowym podobno śnieg. Jestem
niemal pod nim, ale... no, byłoby go widać, gdyby było widać.
Dobrze,
pogodo, nie pójdę na Krzyżne i Szpiglasik. Zostanie Gąsienicowa. No ale chociaż
stawki... Wspinam się pod Czarny Staw Gąsienicowy, na kolejny moment wychodzi
słońce, lśnią w nim mokre ściany Orlej Perci i gdzieniegdzie... No cóż, bieli
się śnieg. Przechodzę przez Karb, przez chwilę zaczynam wierzyć, że jednak
ostatecznie się rozpogodzi, a zaraz potem, czując wielkie, ciężkie krople
zamieniające się w drobny grad... Spotykam ludzi, którzy zawrócili z Kościelca,
bo mokro, zimno i ślisko... Schodzę więc na drugą stronę doliny, bo przecież Stawki
Gąsienicowe są piękne, nawet gdy pada. Nawet kiedy leje tak, że aż telefonu nie
można wyciągnąć, bo natychmiast zmoknie. Zdjęć nie ma. Wracam na halę, schnę,
czekam... Zapas czasu zapasem czasu, ale jeśli mam gdzieś czekać, to wolę tu
niż na dworcu... A tymczasem nad Karb, ten sam, na którym przed chwilą byłam,
nadlatuje TOPRowy helikopter. Obserwuję jak tam wisi... Dopóki znów nie zaczyna
padać grad. I w tym gradzie, przechodzącym w deszcz, później niską chmurę... Wracam.
Wracam... Ale nie na długo!
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz