Sierpień 2018
Taniec towarzyski
Pieczarki –
wieś w Polsce położona w województwie warmińsko - mazurskim, w południowej
części powiatu węgorzewskiego, w gminie Pozezdrze, nad jeziorem Dgał Wielki. W
pobliżu miejscowości znajdują się inne jeziora: Dargin (część kompleksu jeziora
Mamry), Skarż Wielki z zatoką Skarż Mały, oraz śródleśne: Warniak i Dgał Mały.
Wieś leży 8 km na północ od Giżycka. Przez miejscowość biegną trasy
rowerowe. Wieś ma charakter rzędówki, na wschód od drogi asfaltowej
znajduje się zabudowa kolonijna, zaś nad jeziorem Dgał Wielki miejscowość
nabiera charakteru wsi letniskowej. We wsi znajduje się Doświadczalny Ośrodek
Zarybieniowy "Dgał" oraz ośrodek wypoczynkowy Pałacu Młodzieży w
Warszawie.
Tako rzecze Wikipedia.
Do
Pałacu Młodzieży chodziłam na zajęcia taneczne, chyba od pierwszej klasy
podstawówki aż do pierwszego roku studiów. Na obozy w Pieczarkach, zarówno
taneczne, jak i takie „normalne”, ogólne, jeździłam pewnie od czwartej klasy, a
później, w liceum, byłam tak zwaną „funkcyjną”, czyli młodszą kadrą pomagającą „komendantowi”
– wychowawcy grupy. Zarówno z samego Pałacu, jak i z Pieczarek, mam mnóstwo
pięknych wspomnień i ciekawych znajomych. Później przyszła jednak przymusowa
przerwa.
Na
zajęcia w Pałacu można chodzić, dopóki jest się w szkole. Ja i tak chodziłam
rok dłużej, dzięki zdobyciu „Złotej Odznaki”. Na studiach zaczęłam też jeździć
na obozy harcerskie (a czasem również na kolonie zuchowe). Obozy harcerskie są
długie, co najmniej trzytygodniowe. Obozy w Pieczarkach też są długie i mają
wiele wspólnego z tymi harcerskimi (chociaż równie wiele różnic). Nie miałam
więc wystarczająco dużo czasu, żeby jeździć i na jedna i na drugie,
ale też nie brakowało mi specjalnie Pieczarek.
Aż
w końcu przyszły pierwsze od dawna wakacje bez obozu harcerskiego. Obóz mojej
dawnej drużyny poprowadziła w tym roku moja wspaniała następczyni. Ja natomiast
dałam się namówić na poprowadzenie obozu tańca towarzyskiego w Pieczarkach.
Nigdy wcześniej nie uczyłam tańca towarzyskiego.
TAK, uczę geografii w szkole i chyba jestem w tym niezła.
ALE to zupełnie co innego. Geografia to w większym stopniu wiedza,
rozumienie, rozwiązywanie problemów... Taniec to umiejętność, czynności,
ruch...
TAK, uczyłam tańca w teatrze. ALE to rzadko bywał taniec
towarzyski. A jeżeli już, to raczej pojedyncze kroki, nie całe
choreografie.
Nie znam też męskich kroków. TAK, mam książki i umiem się
ich nauczyć. ALE... No właśnie. Muszę się nauczyć!
We wspomnieniach wszystko jest lepsze i piękniejsze, bo człowiek
ma naturalną skłonność do idealizowania.
Pomiędzy byciem uczestnikiem obozu (a nawet byciem osobą
pomagającą kadrze, ale nie mającą na głowie pełnej odpowiedzialności) a byciem
jego kadrą jest przepaść i ja tę przepaść już poznałam... I wolałam być po tej
pierwszej stronie.
(Powód geoekologiczno – organizacyjny)
Pieczarki
to charakterystyczna mazurska katena, a organizowane w nich obozy są naprawdę bardzo
specyficzne i inne niż wszystkie (trochę podobne do harcerskich, tyle że
zupełnie inne)
Katena to następstwo geokompleksów na stoku, czyli –
mówiąc prościej i bardziej zrozumiale – na terenie ośrodka znajduje się górka (wzgórze
morenowe) oraz jej podnóże i port (na jeziorze, też morenowym).
Na tej górce rośnie las, a w lesie porozmieszczane są
pojedyncze obozy. Po 4 – 6 namiotów. U jej podnóża stoją budynki murowane, w których
są łazienki, stołówka, magazyn, świetlice, kapitanat, itp. W tych budynkach mieszka
też tak zwana „kadra spec”, czyli osoby, które nie są wychowawcami
poszczególnych grup („komendantami obozów”), tylko instruktorami specjalistycznych
zajęć. Co kilka dni przy sekretariacie wywieszany jest plan zajęć dla każdego
obozu. W praktyce zazwyczaj wygląda to tak, że po śniadaniu dany obóz ma któreś
z „zajęć specjalistycznych” (np. kąpielisko, kajaki, rowerki wodne, żagle małe,
żagle duże, czasem też rowery, zajęcia plastyczne, itp.), a po obiedzie „zajęcia
własne”, czyli takie, na których to komendant ma zająć dzieciakom czas. Ewentualnie na odwrót –
rano „własne”, po południu „spec”. Wieczorem
najczęściej odbywają się jakieś zajęcia wspólne dla wszystkich (albo chociaż
kilku) obozów, takie jak dyskoteki, pokazy, gry, podchody, ogniska, itp. Każdy
z obozów, najczęściej w kolejności od najstarszych do najmłodszych, pełni
też służbę w ośrodku, czyli ma taki dzień, kiedy nie ma normalnych zajęć,
ale zamiast tego pomaga w stołówce, czasem też ją dekoruje albo wita inne przychodzące
obozy i ewentualnie wykonuje jakieś inne drobne czynności porządkowe.
Obozy w Pieczarkach odbywają się w trzech turnusach, z
których trzeci składa się zazwyczaj w większości z tzw. „obozów
specjalistycznych” (np. właśnie tanecznych). Wtedy „zajęcia własne” są
zajęciami charakterystycznymi dla danego obozu (czyli np. tanecznymi). Niektóre
obozy specjalistyczne nie mieszkają natomiast w namiotach, tylko w jednym
z tych murowanych budynków (a konkretnie nad stołówką). I to mnie właśnie
boli. To znaczy, no jasne, jak się zamierza codziennie przynajmniej trzy
godziny (tyle trwają jedne zajęcia) tańczyć z dzieciakami w upale, to
bardzo wygodnie jest mieć pokój z łazienką, a nie namiot, z którego trzeba
iść na dół do łazienki (a następnie z powrotem na górę). Ale to te obozy
na górce są dla mnie „prawdziwymi” Pieczarkami. A im dalej na górce, tym
bardziej, bo bliżej „Trzech Masztów”, czyli miejsca z najpiękniejszym widokiem
na całe jezioro...
Jak ja
mam poczuć tę wyjątkową atmosferę i cieszyć się nią,
nie
mieszkając na górce?
Nie
wiedziałam jednak, że to będzie aż takie wyzwanie. Było trudno, bardzo trudno,
dużo trudniej niż się spodziewałam. Było bardzo trudno, ponieważ miałam trzynaścioro
tancerzy, a w tym:
Siedmiu chłopców, pięć dziewczynek.
Niezorientowanym
podpowiem, że to się tańczy w parach. Zazwyczaj na zajęciach występuje
problem odwrotny, tzn. jest mniej partnerów niż partnerek, więc przynajmniej
było oryginalnie. I oczywiście nie jest to problem nie do rozwiązania, podczas
nauki tańca zmienia się pary, więc to nie jest tak, że ktoś przez cały czas tańczy sam, ale było to jedno
z (jak się okazało) bardzo wielu utrudnień.
Uczestników w wieku od 8 do 14 lat i wzrostu od sięgających
mi do pasa do wyższych ode mnie.
Wspominałam
już, że to się tańczy w parach? I jest wygodniej, kiedy tancerze w parze
są przynajmniej zbliżeni wzrostem...?
Tancerzy ze stażem wynoszącym od 4 lat (to sporo w tym
wieku) do absolutnego, kompletnego 0.
Dzieciaki, które pojechały na obóz, bo lubią tańczyć, są
w tym dobre i chcą się nauczyć czegoś nowego oraz takie, które pojechały na obóz,
chociaż nie mają o tańcu pojęcia, ale są siostrą / bratem dziecka, które
tańczy, a także takie, które pojechały na obóz, chociaż nie lubią tańczyć, ale
rodzice im kazali.
Ośmiolatkę, która radziła sobie doskonale oraz dziewięciolatkę,
która nie umiała się sama umyć, zakładała prawy but na lewą stopę i
potrzebowała pomocy w zrobieniu kanapki z pokrojonego chleba, pokrojonego
sera i pokrojonego pomidora.
Chłopca, którego największym zainteresowaniem były własne
i cudze intymne części ciała, a także takiego, dla którego największą przyjemnością
było krytykowanie, wyśmiewanie i poniżanie innych...
Poradziłam
sobie. Najlepiej jak umiałam. W wolnych chwilach (często późnym wieczorem) pałętałam
się po świetlicy i radiowęźle ze słuchawkami na uszach i kombinowałam, jaka
choreografia będzie stosunkowo łatwa dla tych, którzy nie tańczyli nigdy i
stosunkowo ciekawa dla tych, którzy tańczą od czterech lat. Stosowałam jedyną strategię,
którą wypróbowałam i o której wiem, że działa, to znaczy byłam sobą i byłam do
bólu szczera. Przyznawałam się do błędu, jeżeli zdarzyło mi się pomylić w męskiej
wersji kroku. Pocieszałam dzieciaki, które nie umiały tańczyć, ale bardzo
chciały. Tłumaczyłam i rozmawiałam z tymi, które umiały, ale nie chciały.
Mówiłam, że je rozumiem, bo w końcu mają wakacje i wolałyby robić coś, co lubią,
ale też zachęcałam, pokazując, jak dobrze im idzie i przemycając do zajęć
również inne style taneczne, zabawy ruchowe, itp. Doceniałam te, które umiały,
chciały i pomagały mi uczyć tych młodszych i z mniejszym doświadczeniem
tanecznym. Pokazywałam, że im ufam, dawałam więcej swobody, pozwalałam
poprowadzić rozgrzewkę czy wybrać muzykę. Kiedy byłam zadowolona i dumna, bo
udało się przeprowadzić chociaż jedne zajęcia bez fochów, krzyków i płaczu – mówiłam
to. Chwaliłam, doceniałam, dziękowałam. Kiedy było mi przykro, bo spędziłam pół
nocy na wymyślaniu choreografii spełniającej wyżej wymienione wymagania, a
tymczasem dziewięcioro z trzynaściorga młodych tancerzy miało mnie i
rzeczoną choreografię zupełnie gdzieś – mówiłam to. Nie ukrywałam swoich
emocji. Kiedy byłam wściekła, bo któreś z nich wyładowywało swoje
niezadowolenie na słabszym koledze czy koleżance albo pokazywało innym, że czuje
się od nich lepsze – mówiłam to i tłumaczyłam, że tak nie wolno i dlaczego
nie będę tolerować takich zachowań. Między zajęciami, w swoich „wolnych
chwilach” biegałam między pokojami i rozwiązywałam konflikty. Prowadziłam
długie i szczere rozmowy. Dochodziłam do źródeł problemów. Odbierałam lub
wykonywałam telefony do oburzonych rodziców, których dzieci są przecież
zawsze grzeczne, w pełni samodzielne, kochają taniec i nie mają żadnych problemów.
Niepewność, niska samoocena, potrzeba bycia zauważonym...? Skądże. Rozmawiałam
i tłumaczyłam, zachęcałam do samodzielności i pomagałam w tym, w czym potrzebna
była pomoc. Rekwirowałam miotły, którymi tłukli się chłopcy. Dochodziłam do
tego, czyja jest ta koszulka na środku pokoju i czyja dzisiaj kolej, żeby poustawiać
krzesła. Pisałam grafiki kolejności zajmowania łazienki. Siedziałam pod drzwiami
i pilnowałam ciszy nocnej. Myłam i czesałam włosy dziewczynkom albo prosiłam o
to starsze dziewczyny z innego obozu, zawsze chętne do pomocy młodszym.
A
później w pokoju wypłakiwałam się moim wspaniałym współlokatorkom na to, że żal
mi tych dzieciaków. Bo to przecież nie ich wina, że trafiły na obóz taneczny
nie lubiąc albo nie umiejąc tańczyć. Po każdej większej awanturze (średnio co
drugi dzień) przychodziłam do sekretariatu i dawałam znać komendantowi całego
turnusu albo jego zastępczyni. Tak na wszelki wypadek. Gdyby afera miała
rozpętać się na nowo. Gdyby rodzice mieli mieć jakieś pretensje. Nie
oczekiwałam rad czy pomocy, bo zazwyczaj zdążyłam już zrobić wszystko, co dało
się zrobić. Dwa razy skorzystałam jednak z pomocy „kogoś groźniejszego” ode
mnie i wtedy z delikwentami rozmawiał komendant turnusu, a raz również
dyrektorka pałacu, która akurat przyjechała odwiedzić obóz. Nie oczekiwałam,
ale dostawałam, zrozumienie i wsparcie. Całe morze wsparcia.
To
naprawdę nie jest takie proste, jak może się wydawać. Jest piękne miejsce,
przywołujące piękne wspomnienia... I nie ma nawet czasu, żeby się nim
nacieszyć. Jest mój ukochany taniec towarzyski... I nie ma nawet szansy, żeby
samemu potańczyć, a pracuje się częściej głosem niż ciałem. Jest darmowy nocleg
i wyżywienie i „jeszcze mi za to płacą”... I jest też zmęczenie do granic
ludzkiej wytrzymałości i pełna odpowiedzialność za trzynaścioro młodych ludzi.
Od
września czeka mnie kolejne wyzwanie. W pewnym sensie podobne. Wychowawstwo w
siódmej klasie. Będzie mniej intensywnie, bo nie codziennie, 24 godziny na dobę,
w jednym budynku. Nie będzie łatwiej. Ale przynajmniej dużo się nauczyłam.
I pewnie
uznałabym ten obóz za kompletną katastrofę, gdyby nie to morze wsparcia, które
dostałam. Od Ani, komendantki obozu musicalowego – zazwyczaj to Ona jako
pierwsza dowiadywała się o wszystkich nowych problemach, to Jej mogłam się
wygadać, to przy Niej mogłam odpocząć, to Jej dziewczyny pomagały mi zająć się
moimi najmłodszymi, kiedy nie miałam już siły. Od Sylwii i Patryka,
komendantów obozu tenisa stołowego – to Oni najlepiej mnie pocieszali i zawsze
potrafili rozśmieszyć. Od Bartka – komendanta turnusu, któremu zdawałam relację
z problemów i swoich działań i który potrafił mnie zmotywować i docenić
jak nikt nigdy. Od Agaty – instruktorki spec, którą znam, odkąd miałam
dziesięć lat, która też jest nauczycielką geografii, ale również instruktorką od
żagli (czasem kajaków czy rowerów wodnych), której krzyk z kei słychać przez
pół jeziora, chociaż jest jeszcze niższa ode mnie, z którą zawsze mogłam
pogadać o wszystkim i z którą zrobiłyśmy, w chwili wolnej od problemów i awantur,
piękny opis tej pieczarkowskiej kateny i nawet maleńką odkrywkę... Od Ali, Ewy,
Gosi, Józka, Oli i Oli...
I to
jest ta największa magia Pieczarek. Nie to jezioro i ten las na górce, chociaż
piękne. Nie zachody słońca przy Trzech Masztach, chociaż nastrojowe. Nie
sygnały z radiowęzła, namioty na górce, apele, chociaż przywołujące
wspomnienia.
Magia
Pieczarek to ludzie, którzy jeszcze nigdy mnie nie zawiedli.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz