poniedziałek, 22 lipca 2019

Wyzwania i wspomnienia

Sierpień 2018
Taniec towarzyski
Pieczarki


Pieczarki – wieś w Polsce położona w województwie warmińsko - mazurskim, w południowej części powiatu węgorzewskiego, w gminie Pozezdrze, nad jeziorem Dgał Wielki. W pobliżu miejscowości znajdują się inne jeziora: Dargin (część kompleksu jeziora Mamry), Skarż Wielki z zatoką Skarż Mały, oraz śródleśne: Warniak i Dgał Mały. Wieś leży 8 km na północ od Giżycka. Przez miejscowość biegną trasy rowerowe. Wieś ma charakter rzędówki, na wschód od drogi asfaltowej znajduje się zabudowa kolonijna, zaś nad jeziorem Dgał Wielki miejscowość nabiera charakteru wsi letniskowej. We wsi znajduje się Doświadczalny Ośrodek Zarybieniowy "Dgał" oraz ośrodek wypoczynkowy Pałacu Młodzieży w Warszawie.

Tako rzecze Wikipedia. 


Do Pałacu Młodzieży chodziłam na zajęcia taneczne, chyba od pierwszej klasy podstawówki aż do pierwszego roku studiów. Na obozy w Pieczarkach, zarówno taneczne, jak i takie „normalne”, ogólne, jeździłam pewnie od czwartej klasy, a później, w liceum, byłam tak zwaną „funkcyjną”, czyli młodszą kadrą pomagającą „komendantowi” – wychowawcy grupy. Zarówno z samego Pałacu, jak i z Pieczarek, mam mnóstwo pięknych wspomnień i ciekawych znajomych. Później przyszła jednak przymusowa przerwa.
Na zajęcia w Pałacu można chodzić, dopóki jest się w szkole. Ja i tak chodziłam rok dłużej, dzięki zdobyciu „Złotej Odznaki”. Na studiach zaczęłam też jeździć na obozy harcerskie (a czasem również na kolonie zuchowe). Obozy harcerskie są długie, co najmniej trzytygodniowe. Obozy w Pieczarkach też są długie i mają wiele wspólnego z tymi harcerskimi (chociaż równie wiele różnic). Nie miałam więc wystarczająco dużo czasu, żeby jeździć i na jedna i na drugie, ale też nie brakowało mi specjalnie Pieczarek.
Aż w końcu przyszły pierwsze od dawna wakacje bez obozu harcerskiego. Obóz mojej dawnej drużyny poprowadziła w tym roku moja wspaniała następczyni. Ja natomiast dałam się namówić na poprowadzenie obozu tańca towarzyskiego w Pieczarkach.



Wiedziałam, że będzie trudno. Wiedziałam, że to będzie wyzwanie. Z wielu powodów, chociażby takich:
 Nigdy wcześniej nie uczyłam tańca towarzyskiego.
 TAK, uczę geografii w szkole i chyba jestem w tym niezła. ALE to zupełnie co innego. Geografia to w większym stopniu wiedza, rozumienie, rozwiązywanie problemów... Taniec to umiejętność, czynności, ruch...
 TAK, uczyłam tańca w teatrze. ALE to rzadko bywał taniec towarzyski. A jeżeli już, to raczej pojedyncze kroki, nie całe choreografie.
 Nie znam też męskich kroków. TAK, mam książki i umiem się ich nauczyć. ALE... No właśnie. Muszę się nauczyć!
 We wspomnieniach wszystko jest lepsze i piękniejsze, bo człowiek ma naturalną skłonność do idealizowania.
 Pomiędzy byciem uczestnikiem obozu (a nawet byciem osobą pomagającą kadrze, ale nie mającą na głowie pełnej odpowiedzialności) a byciem jego kadrą jest przepaść i ja tę przepaść już poznałam... I wolałam być po tej pierwszej stronie.
 (Powód geoekologiczno – organizacyjny)
Pieczarki to charakterystyczna mazurska katena, a organizowane w nich obozy są naprawdę bardzo specyficzne i inne niż wszystkie (trochę podobne do harcerskich, tyle że zupełnie inne)
 Katena to następstwo geokompleksów na stoku, czyli – mówiąc prościej i bardziej zrozumiale – na terenie ośrodka znajduje się górka (wzgórze morenowe) oraz jej podnóże i port (na jeziorze, też morenowym).
 Na tej górce rośnie las, a w lesie porozmieszczane są pojedyncze obozy. Po 4 – 6 namiotów. U jej podnóża stoją budynki murowane, w których są łazienki, stołówka, magazyn, świetlice, kapitanat, itp. W tych budynkach mieszka też tak zwana „kadra spec”, czyli osoby, które nie są wychowawcami poszczególnych grup („komendantami obozów”), tylko instruktorami specjalistycznych zajęć. Co kilka dni przy sekretariacie wywieszany jest plan zajęć dla każdego obozu. W praktyce zazwyczaj wygląda to tak, że po śniadaniu dany obóz ma któreś z „zajęć specjalistycznych” (np. kąpielisko, kajaki, rowerki wodne, żagle małe, żagle duże, czasem też rowery, zajęcia plastyczne, itp.), a po obiedzie „zajęcia własne”, czyli takie, na których to komendant ma zająć dzieciakom czas. Ewentualnie na odwrót – rano „własne”, po południu „spec”. Wieczorem najczęściej odbywają się jakieś zajęcia wspólne dla wszystkich (albo chociaż kilku) obozów, takie jak dyskoteki, pokazy, gry, podchody, ogniska, itp. Każdy z obozów, najczęściej w kolejności od najstarszych do najmłodszych, pełni też służbę w ośrodku, czyli ma taki dzień, kiedy nie ma normalnych zajęć, ale zamiast tego pomaga w stołówce, czasem też ją dekoruje albo wita inne przychodzące obozy i ewentualnie wykonuje jakieś inne drobne czynności porządkowe.
 Obozy w Pieczarkach odbywają się w trzech turnusach, z których trzeci składa się zazwyczaj w większości z tzw. „obozów specjalistycznych” (np. właśnie tanecznych). Wtedy „zajęcia własne” są zajęciami charakterystycznymi dla danego obozu (czyli np. tanecznymi). Niektóre obozy specjalistyczne nie mieszkają natomiast w namiotach, tylko w jednym z tych murowanych budynków (a konkretnie nad stołówką). I to mnie właśnie boli. To znaczy, no jasne, jak się zamierza codziennie przynajmniej trzy godziny (tyle trwają jedne zajęcia) tańczyć z dzieciakami w upale, to bardzo wygodnie jest mieć pokój z łazienką, a nie namiot, z którego trzeba iść na dół do łazienki (a następnie z powrotem na górę). Ale to te obozy na górce są dla mnie „prawdziwymi” Pieczarkami. A im dalej na górce, tym bardziej, bo bliżej „Trzech Masztów”, czyli miejsca z najpiękniejszym widokiem na całe jezioro...
Jak ja mam poczuć tę wyjątkową atmosferę i cieszyć się nią,
nie mieszkając na górce?


Nie wiedziałam jednak, że to będzie aż takie wyzwanie. Było trudno, bardzo trudno, dużo trudniej niż się spodziewałam. Było bardzo trudno, ponieważ miałam trzynaścioro tancerzy, a w tym:
 Siedmiu chłopców, pięć dziewczynek.
Niezorientowanym podpowiem, że to się tańczy w parach. Zazwyczaj na zajęciach występuje problem odwrotny, tzn. jest mniej partnerów niż partnerek, więc przynajmniej było oryginalnie. I oczywiście nie jest to problem nie do rozwiązania, podczas nauki tańca zmienia się pary, więc to nie jest tak, że ktoś przez cały czas tańczy sam, ale było to jedno z (jak się okazało) bardzo wielu utrudnień.
 Uczestników w wieku od 8 do 14 lat i wzrostu od sięgających mi do pasa do wyższych ode mnie.
Wspominałam już, że to się tańczy w parach? I jest wygodniej, kiedy tancerze w parze są przynajmniej zbliżeni wzrostem...?
 Tancerzy ze stażem wynoszącym od 4 lat (to sporo w tym wieku) do absolutnego, kompletnego 0.
 Dzieciaki, które pojechały na obóz, bo lubią tańczyć, są w tym dobre i chcą się nauczyć czegoś nowego oraz takie, które pojechały na obóz, chociaż nie mają o tańcu pojęcia, ale są siostrą / bratem dziecka, które tańczy, a także takie, które pojechały na obóz, chociaż nie lubią tańczyć, ale rodzice im kazali.
 Ośmiolatkę, która radziła sobie doskonale oraz dziewięciolatkę, która nie umiała się sama umyć, zakładała prawy but na lewą stopę i potrzebowała pomocy w zrobieniu kanapki z pokrojonego chleba, pokrojonego sera i pokrojonego pomidora.
 Chłopca, którego największym zainteresowaniem były własne i cudze intymne części ciała, a także takiego, dla którego największą przyjemnością było krytykowanie, wyśmiewanie i poniżanie innych...


Poradziłam sobie. Najlepiej jak umiałam. W wolnych chwilach (często późnym wieczorem) pałętałam się po świetlicy i radiowęźle ze słuchawkami na uszach i kombinowałam, jaka choreografia będzie stosunkowo łatwa dla tych, którzy nie tańczyli nigdy i stosunkowo ciekawa dla tych, którzy tańczą od czterech lat. Stosowałam jedyną strategię, którą wypróbowałam i o której wiem, że działa, to znaczy byłam sobą i byłam do bólu szczera. Przyznawałam się do błędu, jeżeli zdarzyło mi się pomylić w męskiej wersji kroku. Pocieszałam dzieciaki, które nie umiały tańczyć, ale bardzo chciały. Tłumaczyłam i rozmawiałam z tymi, które umiały, ale nie chciały. Mówiłam, że je rozumiem, bo w końcu mają wakacje i wolałyby robić coś, co lubią, ale też zachęcałam, pokazując, jak dobrze im idzie i przemycając do zajęć również inne style taneczne, zabawy ruchowe, itp. Doceniałam te, które umiały, chciały i pomagały mi uczyć tych młodszych i z mniejszym doświadczeniem tanecznym. Pokazywałam, że im ufam, dawałam więcej swobody, pozwalałam poprowadzić rozgrzewkę czy wybrać muzykę. Kiedy byłam zadowolona i dumna, bo udało się przeprowadzić chociaż jedne zajęcia bez fochów, krzyków i płaczu – mówiłam to. Chwaliłam, doceniałam, dziękowałam. Kiedy było mi przykro, bo spędziłam pół nocy na wymyślaniu choreografii spełniającej wyżej wymienione wymagania, a tymczasem dziewięcioro z trzynaściorga młodych tancerzy miało mnie i rzeczoną choreografię zupełnie gdzieś – mówiłam to. Nie ukrywałam swoich emocji. Kiedy byłam wściekła, bo któreś z nich wyładowywało swoje niezadowolenie na słabszym koledze czy koleżance albo pokazywało innym, że czuje się od nich lepsze – mówiłam to i tłumaczyłam, że tak nie wolno i dlaczego nie będę tolerować takich zachowań. Między zajęciami, w swoich „wolnych chwilach” biegałam między pokojami i rozwiązywałam konflikty. Prowadziłam długie i szczere rozmowy. Dochodziłam do źródeł problemów. Odbierałam lub wykonywałam telefony do oburzonych rodziców, których dzieci są przecież zawsze grzeczne, w pełni samodzielne, kochają taniec i nie mają żadnych problemów. Niepewność, niska samoocena, potrzeba bycia zauważonym...? Skądże. Rozmawiałam i tłumaczyłam, zachęcałam do samodzielności i pomagałam w tym, w czym potrzebna była pomoc. Rekwirowałam miotły, którymi tłukli się chłopcy. Dochodziłam do tego, czyja jest ta koszulka na środku pokoju i czyja dzisiaj kolej, żeby poustawiać krzesła. Pisałam grafiki kolejności zajmowania łazienki. Siedziałam pod drzwiami i pilnowałam ciszy nocnej. Myłam i czesałam włosy dziewczynkom albo prosiłam o to starsze dziewczyny z innego obozu, zawsze chętne do pomocy młodszym.
A później w pokoju wypłakiwałam się moim wspaniałym współlokatorkom na to, że żal mi tych dzieciaków. Bo to przecież nie ich wina, że trafiły na obóz taneczny nie lubiąc albo nie umiejąc tańczyć. Po każdej większej awanturze (średnio co drugi dzień) przychodziłam do sekretariatu i dawałam znać komendantowi całego turnusu albo jego zastępczyni. Tak na wszelki wypadek. Gdyby afera miała rozpętać się na nowo. Gdyby rodzice mieli mieć jakieś pretensje. Nie oczekiwałam rad czy pomocy, bo zazwyczaj zdążyłam już zrobić wszystko, co dało się zrobić. Dwa razy skorzystałam jednak z pomocy „kogoś groźniejszego” ode mnie i wtedy z delikwentami rozmawiał komendant turnusu, a raz również dyrektorka pałacu, która akurat przyjechała odwiedzić obóz. Nie oczekiwałam, ale dostawałam, zrozumienie i wsparcie. Całe morze wsparcia.

To naprawdę nie jest takie proste, jak może się wydawać. Jest piękne miejsce, przywołujące piękne wspomnienia... I nie ma nawet czasu, żeby się nim nacieszyć. Jest mój ukochany taniec towarzyski... I nie ma nawet szansy, żeby samemu potańczyć, a pracuje się częściej głosem niż ciałem. Jest darmowy nocleg i wyżywienie i „jeszcze mi za to płacą”... I jest też zmęczenie do granic ludzkiej wytrzymałości i pełna odpowiedzialność za trzynaścioro młodych ludzi.
Od września czeka mnie kolejne wyzwanie. W pewnym sensie podobne. Wychowawstwo w siódmej klasie. Będzie mniej intensywnie, bo nie codziennie, 24 godziny na dobę, w jednym budynku. Nie będzie łatwiej. Ale przynajmniej dużo się nauczyłam.

I pewnie uznałabym ten obóz za kompletną katastrofę, gdyby nie to morze wsparcia, które dostałam. Od Ani, komendantki obozu musicalowego – zazwyczaj to Ona jako pierwsza dowiadywała się o wszystkich nowych problemach, to Jej mogłam się wygadać, to przy Niej mogłam odpocząć, to Jej dziewczyny pomagały mi zająć się moimi najmłodszymi, kiedy nie miałam już siły. Od Sylwii i Patryka, komendantów obozu tenisa stołowego – to Oni najlepiej mnie pocieszali i zawsze potrafili rozśmieszyć. Od Bartka – komendanta turnusu, któremu zdawałam relację z problemów i swoich działań i który potrafił mnie zmotywować i docenić jak nikt nigdy. Od Agaty – instruktorki spec, którą znam, odkąd miałam dziesięć lat, która też jest nauczycielką geografii, ale również instruktorką od żagli (czasem kajaków czy rowerów wodnych), której krzyk z kei słychać przez pół jeziora, chociaż jest jeszcze niższa ode mnie, z którą zawsze mogłam pogadać o wszystkim i z którą zrobiłyśmy, w chwili wolnej od problemów i awantur, piękny opis tej pieczarkowskiej kateny i nawet maleńką odkrywkę... Od Ali, Ewy, Gosi, Józka, Oli i Oli...



I to jest ta największa magia Pieczarek. Nie to jezioro i ten las na górce, chociaż piękne. Nie zachody słońca przy Trzech Masztach, chociaż nastrojowe. Nie sygnały z radiowęzła, namioty na górce, apele, chociaż przywołujące wspomnienia.

Magia Pieczarek to ludzie, którzy jeszcze nigdy mnie nie zawiedli.










  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz