wtorek, 13 sierpnia 2019

Wisła i czereśnia

Lipiec / Sierpień 2019
Lato w mieście, chociaż nie całkiem
Czyli magisterka pod rozłożystą czereśnią

Daleki pomruk miasta
Szmer wiatru w koronach drzew
Cień starej i rozłożystej czereśni
Ciche melodie i nawoływania ptaków
Jednostajny szum wody z głębinowej studni
Dojrzewające ogórki, kwitnąca fasolka, czerwieniejące pomidorki
Brzęczenie pracowitych pszczół na dorodnych malwach i nagietkach
Trzepot skrzydeł stada nakrapianych szpaków, zrywających się nagle do lotu
Czasem zapach kwiatów, czasem świeżo skoszonej trawy, czasem po prostu wiatru i lata
Ciepłe promienie słońca muskające chwilami skórę

Tak wygląda teraz moje stanowisko pracy.
Niech żyje zieleń miejska i ogródki działkowe, tak niepopularne wśród developerów!


Złociste promienie popołudniowego słońca kładą długie cienie wśród drzew


 

 

 



Smutno wąska strużka Wisły powoli, ale niestrudzenie brnie w kierunku morza.
W koszyku wiozę bukiet fioletowych dzwonków.
Wiatr czasem pieszczotliwie rozwiewa mi włosy, a czasem wściekle uderza w twarz.
Czasem spadają wielkie krople deszczu, a czasem pali słońce.
Olbrzymia tęcza po burzy spina brzegi rzeki.
Trawy kwitną, motyle trzepoczą skrzydłami, fontanny szumią.
Beztroskie dzieciaki chlapią wodą i śmieją się perliście.
Para staruszków przysiada na ławce i karmi ptaki ziarnem (szczęśliwie nie chlebem).  

Tak wygląda teraz moja droga na stanowisko pracy.
Niech żyje Wisła i ścieżki rowerowe wzdłuż niej (poza piątkowymi i sobotnimi wieczorami)




Plan był prosty – siedzieć w domu i pisać etnologiczną magisterkę.
Żeby nie zwariować – robić przerwy na taniec i wrócić do pełni tanecznej formy.
Z realizacją – poszło gorzej.


Pierwszy tydzień po powrocie z Hiszpanii był trudny. Poza urodzinami przyjaciółki, obiadami u obu Mam (mojej i karolowej) oraz podziwianiem „Bajadery” Baletu Bolszoj w Ogrodach Muzycznych na Starym Mieście... Zrobiłam niewiele. To znaczy... Zrobiłam porządki. W mieszkaniu, takie standardowe, po wyjeździe, jakieś pranie głównie. W roślinkach, bo niektóre trochę zapuściłam pod koniec roku i na przykład sukulenty urosły tak wysokie, że aż się połamały, a zamioculcas postanowił rozsadzić korzeniami doniczkę. W szeroko pojętych urządzeniach (laptop, czytnik, telefon), w których zazwyczaj dbam o idealny ład hierarchicznie uporządkowanych folderów, a ostatni wkradło się tam nieco chaosu, a poza tym trzeba im czasem zmienić etui. W notatkach ze szkoły i studiów z całego roku. W prezentach i pamiątkach, których trochę dostałam od uczniów i jeszcze trochę przywiozłam w Hiszpanii... I tyle. Poza tym spałam do południa i oglądałam serial. Planowałam cokolwiek napisać, a w przerwach słuchać muzyki, układając choreografie albo audiobooków – ćwicząc technikę. A nie spać i oglądać serial. Ale wyszło jak wyszło. Chyba tego potrzebowałam. Chyba musiałam odpocząć i odreagować ten rok. Trochę też smutałam, że była Hiszpania i było pięknie, a teraz siedzę sama w domu i zamiast zwiedzać i podziwiać mam pisać i trenować.
Zauważywszy, że nie są to dla mnie motywujące i sprzyjające okoliczności, postanowiłam zmieniać plan. Plany są dobre. Wspaniałe wręcz! Uwielbiam planować. Muszę planować, bo inaczej się gubię. Nie mam natomiast problemu ze zmienianiem planów w zależności od okoliczności. W końcu one są dla mnie, a nie ja dla nich. I tak oto zamiast tańczyć codziennie, tańczę tylko w te dni, kiedy nie jadę na działkę rodziców. Bo kiedy jadę, to rowerem. Nie jest to może to samo, a dystans 23 km nie powala, ale zawsze to jakaś aktywność. Nie piszę też sama w domu, tylko wśród ludzi (i innych stworzeń) na działce. Na działce bywają moi rodzice, ciocia, jej brat, mój brat cioteczny z żoną lub ich dzieci, moja siostra cioteczna z mężem lub ich dzieci, pszczoły, motyle, sroki, szpaki... Poza aktywnością fizyczną dbam więc tez o więzy rodzinne i kontakt z naturą. Same korzyści!
A i magisterka się pisze. Powoli, bo jest trudniejsza niż poprzednia. Geografię studiowałam wcześniej przez te 5 lat i napisałam z niej licencjat. Miałam świetne badania terenowe i dobre podstawy teoretyczne. Teraz też mam świetne badania terenowe, tyle że długo się nad nimi pracuje, po przepisywanie półgodzinnego wywiadu trwa ze trzy godziny. Poza tym nie znam aż tak dobrze teorii, więc te podstawy teoretyczne, które poprzednio po prostu wzięłam sobie z licencjatu i trochę rozszerzyłam, teraz muszę znaleźć. Mam więc znacznie więcej czytania i notowania oraz przepisywania, zamiast prawdziwego pisania pracy, ale jakoś idzie.

Można trzymać kciuki!





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz