Wiosna 2020
Niezwyczajna
w czasach zarazy
Kwarantanna – Tydzień drugi
W
pierwszym dniu wiosny musiałam się przejść do apteki. Wracając chciałam zajrzeć
do kwiaciarni – w końcu przyszła wiosna. Skoro więc siedzę w domu, to mogłabym
sobie chociaż jakoś to wszystko umilić kwiatami. Na drzwiach kwiaciarni wisi
jednak kartka, że od czwartku są zamknięci. No, trudno się dziwić, ludzie
raczej kupują teraz inne rzeczy niż kwiatki, ziemię i doniczki. Po drodze do
domu mam też Biedronkę. Wchodzę do niej uzbrojona w płyn antybakteryjny w
kieszeni, w przebłysku nadziei, że może chociaż jakieś nasionka będą mieli, to
sobie wysieję. A tam... pół asortymentu kwiaciarni! Włącznie z figowcami i krotonami.
Ciekawe, czy ludzie kupując taką sadzoneczkę z Biedry mają świadomość, że toto
wyrośnie na, niewielkie bo niewielkie, ale jednak drzewko, które nijak nie zmieści
się na standardowym parapecie...? Są też hiacynty. Dużo, ładne, tanie. I
hortensje! Piękne, zadbane, jeszcze nie do końca rozkwitnięte... Biorę.
Podchodząc do kasy uśmiecham się niepewnie do Pani kasjerki... „Takie
nietypowe te moje zakupy” – mówię. „A pewnie, ja rozumiem, trzeba sobie
przecież jakoś umilić te trudne czasy! Ja to dzisiaj wyjątkowo do pracy
przyszłam, za koleżankę, bo już w domu usiedzieć nie mogłam! Próbuję jakoś
trzynastolatka do nauki zagonić, wie Pani jakie to trudne?!”... Ano wiem.
Uśmiecham się do pani z pełnią zrozumienia.
I
tak sobie myślę... Krąży po internetach taki tekst, że może wreszcie niektórzy
rodzice zrozumieją, że problem z ich dziećmi wcale nie tkwił w nauczycielach.
Może. Ale nie sądzę. Znalazłam też taki, że może wreszcie rodzice zrozumieją,
przyglądając się naukowym wysiłkom uczniów, że to naprawdę nieważne, że ich
dziecko dostało 3+ a nie 4-. Ważne jest to, że ono na to 3+ dało z siebie
wszystko i już naprawdę więcej nie mogło. Bo nie każdy i nie ze wszystkiego musi
mieć 6 od góry do dołu. Ale boję się, że to też nie „zrozumieją”.
Bo
to nie w zrozumieniu tkwi problem, tylko w systemie. W tym, że jak nie będzie
miało tych 6 od góry do dołu, to może się nie dostać do wymarzonej szkoły. I
chociaż powtarzam swoim uczniom, że można być w świetnej szkole i niewiele z
niej wynieść, a można być w kiepskiej, a wyniki mieć wspaniałe i wiedzę
rozległą, bo jak ktoś chce się uczyć, to i w najgorszej szkole się
nauczy, to to wszystko naprawdę jakoś nie tak powinno wyglądać.
*** *** ***
Proszę Państwa,
emocjonalnie będzie.
Trochę się boję ewentualnych komentarzy,
bo moja psychika też kiepsko znosi szkołę online 24 / 7, a ja w ogóle wrażliwy
człowiek jestem.
Ale napisać, to napiszę. Ku refleksji.
Muszę, bo mnie aż coś skręca w środku.
Dla Uczniów. Żeby wiedzieli, że ani
Rodzice, ani Nauczyciele nie są przeciwko nim. Po prostu wszyscy jesteśmy teraz
zagubieni.
Dla Rodziców, żeby wiedzieli, że
Nauczyciele starają się jak mogą i rozumieją ich punkt widzenia.
Dla Nauczycieli. Dla siebie też.
Chociaż tak naprawdę, to może powinien
przeczytać pewien pan minister.
Od rana czytam o
szkole, piszę o szkole...
Czytam o tym, czego się teraz wymaga od
dyrektorów, nauczycieli, rodziców, uczniów...
I wyobraziłam sobie
właśnie Uczniów. Uczniów nastoletnich.
Takich jak na przykład
moja wychowawcza ósma klasa. Uczniów pełnych energii i pomysłowych.
Takich, którym na co dzień trudno usiedzieć te 45 min w ławce bez pogaduszek,
żartów, wycieczek po sali... Stanowiących zżytą grupę pełną złożonych relacji,
kształtujących ich tożsamość.
Ci Uczniowie siedzą
teraz w domach. Ich relacje z rówieśnikami, tak ważne w tym wieku, tak bardzo
decydujące o tym „kim jestem”, są teraz spłaszczone i ograniczone do tego, co można
online. Online można dużo, ale nie wszystko. Nie można się przytulić chociażby.
Pograć z chłopakami w gałę też nie można. W ogóle nie ma gdzie rozładować tej
energii, wyszaleć się, wyżyć, wyrzucić z siebie napięć.
A napięć jest dużo. Bo
tak ważne relacje są ograniczone. Bo jest szkoła online. A szkoła online,
choćby nauczyciele i dyrektorzy stanęli na głowach, nie będzie działać
idealnie. Nie da się. Brakuje rozwiązań systemowych, wdrożonych na spokojnie,
wypróbowanych, przetestowanych, wygodnych, intuicyjnych. Jeżu kolczasty i borze
sosnowy, co ja piszę? Brakuje JAKICHKOLWIEK rozwiązań systemowych. Ma być jakaś
platforma, ale na razie mam szkołę w Librusie, szkołę na mailu, szkołę na
prywatnych social mediach, szkołę w prywatnym laptopie i na prywatnym
telefonie, szkołę na kanapie, gdzie leżą podręczniki i przy stole, gdzie
nagrywam filmiki, szkołę 24 / 7, a i tak dalej nie jest i nie będzie idealnie.
Nie będę prowadziła dla każdej klasy lekcji online, niektórym będę tylko
nagrywała filmy, przesyłała prezentacje, omawiała je, ale nie na żywo... Nie
mamy systemu oceniania online, sprawdzania wiedzy, nie mamy NIC. Musimy
wszystko teraz, na gwałt, sami wymyślić. Znam nauczycieli, którzy na grupach
pomocy szukają starych używanych laptopów dla swoich uczniów... Ja mam to
szczęście mieszkać w Warszawie i w ogóle sprawnego laptopa, niezły telefon i
szybkie łącze posiadać. A co z uczniami na wsiach, gdzie bywa jeden komputer na
pięcioosobową rodzinę i słabe łącze? Mamy sobie radzić. Jakoś. Więc są
napięcia, bo jest szkoła online. No i... są napięcia, bo rodzice. Rodzice,
których całym serduszkiem staram się zrozumieć. Rodzice, którzy martwią się o
edukację swoich dzieci. Którzy martwią się o oceny, o egzamin, o dobre liceum.
Którzy też mają swoją pracę, czy to zdalną czy nie, a poza tym muszą zająć się
dziećmi, bo choćby nawet dziecko miało 8 h lekcji online dziennie (nie będzie
miało, bo ani to wykonalne, ani dobre dla zdrowia psychicznego, kręgosłupa,
wzroku, itp.), to i tak nauczyciela na żywo nie ma, więc rodzic musi (ma
poczucie, że musi...?) przypilnować swoje dziecko sam. Zmusić je do tej nauki,
wyłapać błędy, poprawić. Dowiedzieć się, dlaczego z pracy, którą mogło wykonać
w domu, korzystając z podręczników i Internetu, mając dużo czasu, dostało 3, a
nie 6...? Czy się nie stara, czy mu nie zależy, czy nie rozumie...? Dlaczego?
I teraz wyobraźmy sobie
przykładowego Adasia. Nie mam wśród znajomych ósmoklasistów żadnego Adama. Mój
wymyślony Adaś to taka synteza różnych sytuacji, o których mi wiadomo i
takich, o których nie wiem, ale mogę się ich spodziewać i jestem nimi
przerażona. Adaś jest w 8. klasie, jest bardzo energiczny, na każdej długiej
przerwie gra z chłopakami w piłkę, uwielbia jeździć na rowerze, a tym, co
go obecnie w życiu interesuje, są koledzy i wspomniany rower. Nie interesują go
oceny, większość przedmiotów szkolnych też tak średnio, chociaż wf, informatyka
i matma są ok. Ale rodzice mu trują, że oceny są ważne, bo musi się dostać do
dobrego liceum. Na wiedzy czy nauce mu nie zależy, ale na ocenach – chcąc nie
chcąc – zależeć mu musi, bo zależy rodzicom. Przy każdej klasówce Adam
kombinuje, jak to zrobić, żeby nie musieć się za dużo uczyć, ale ocenę dostać
dobrą, żeby rodzice byli zadowoleni. Czasami ściąga i nieźle mu idzie ukrywanie
tego. Czy Adam jest głupi? Nie, jest sprytny i pomysłowy. Co więcej, ma swoją
pasję (wspomniany rower) i stara się rozwijać, chociaż chwilowo nie może, co go
frustruje. Czy Adaś jest „złym dzieckiem”? Nie, wszak przejmuje się tym, co mu
mówią rodzice i o te dobre oceny się stara, żeby rodzice się nie martwili. Jest
też lubiany wśród kolegów i nauczycieli, sympatyczny, pomocny, z poczuciem
humoru. Ma też te przedmioty, które go interesują, łatwo wchodzą do głowy i bez
większego wysiłku dostaje te upragnione 5 i 6. Ale ma też takie, z którymi ma
problem. Z informatyki i matmy jest niezły, ale z polskiego zupełnie mu nie
idzie. Po co mu w życiu jakaś poezja? Czemu muszą go obchodzić jakieś epopeje?
Pani do polaka jest równa babka, nawet fajnie o tym opowiada, spoko się Jej
słucha, ale jakoś wbić sobie tego wszystkiego na pamięć do głowy to On nie
może... To zupełnie normalne. Nikt nie musi mieć 5 i 6 od góry do dołu. I teraz
taki Adam siedzi w domu. Sfrustrowani i zestresowani rodzice (którym trudno się
dziwić) zaganiają go ciągle do zadań od nauczycieli i złoszczą się, kiedy coś
mu nie idzie. Adam też jest sfrustrowany i podenerwowany, bo nie chce robić
zadań, tylko iść na rower. Albo chociaż zrobić zadania i MÓC później pójść na
rower i pogadać z chłopakami. A tu się nie da. Z rozrywek zostało mu
granie na kompie, co też jest spoko, ale jakoś mu nie wystarcza. Adam jest
nastolatkiem, więc nawet sam nie wie, czemu jest taki wściekły i rozkojarzony,
bo sfera własnych emocji nadal nie jest dla niego czymś do ogarnięcia i nie do
końca potrafi sobie te wszystkie rzeczy uświadomić i je nazwać. Ale wie,
że jest wściekły i wszystko jest bez sensu. I jeszcze, że zadania mu w związku
z tym nie idą, bo jest rozkojarzony i skupić się nie może. I że daje z
siebie wszystko, pisze rozprawkę, chociaż zupełnie nie ma do niej głowy. Pisze
rozprawkę najlepszą jaką potrafi... I dostaje 3. A rodzice w swojej rozpaczy
(którą – powtórzę – naprawdę można zrozumieć) tłuką mu do głowy, że jak się
będzie tak zachowywał, to nie dostanie się do żadnej szkoły. A on wcale nie
chce się tak zachowywać, ale jakoś tak nie może inaczej. Więc taki Adaś sobie
myśli, że jest beznadziejny. Rówieśnicy (np. również zaganiani przez rodziców
do „e – szkoły”) się do Niego nie odzywają. Starzy się na niego wściekają. A on
sam to już nawet nie wie, ile to jest 2 + 2 i już nawet nie chce mu się
sprawdzać na kalkulatorze, bo po co? I tak dostanie 3, i tak starzy się
wściekną, i tak na rower nie pójdzie, i tak z kumplami nie pogada. Bez sensu.
Może przesadzam. Może
to moje przewrażliwienie. Ja emocjonalny człowiek jestem i naprawdę się o
moich uczniów martwię. Ale boję się, że nie. Że nie przesadzam. Że takich
„Adasiów”, Krzysiów czy innych Maćków, nie tylko w ósmych klasach, nie tylko
wśród maturzystów, ale w ogóle, będzie teraz mnóstwo...
W całej tej sytuacji
współczuję Rodzicom, którym niezależnie od możliwości czy kompetencji spadło na
głowę takie trochę „nauczanie domowe”.
Współczuję Nauczycielom
i Dyrektorom, bo znowu wyleje się na nas wiadro pomyj.
Ale w dłuższej
perspektywie to najbardziej współczuję takim właśnie Uczniom.
Postarajmy się wszyscy
– Rodzice, Nauczyciele, Dyrektorzy, Uczniowie też (bo przecież nie
ministerstwa czy kuratoria)... Postarajmy się, żeby było ich jak najmniej.
*** *** ***
Pod koniec drugiego tygodnia
mam kryzys.
Mam dosyć tego, że mam
szkołę w domu 24 / 7. Że o 8.30 zaczynam lekcje na zoomie, kończę koło 13.30,
robię obiad, jemy obiad, przygotowuję lekcje (takie na zoomie przygotowuje się
dłużej niż normalnie, bo nie mam do dyspozycji pracowni, plakatów, okazów
roślin, gleb i skał, bo nie mogę zrobić na zoomie pracy w grupach, tylko
skondensowany wykład jako wstęp do dalszej samodzielnej pracy), sprawdzam prace
(których jest do sprawdzenia więcej niż normalnie, bo zamiast testów są
np. „rozprawki” albo referaty), wypełniam papierkologię (której też jest więcej
niż normalnie, bo przecież w tabelce musi się zgadzać, że zrobiłam tyle i tyle
lekcji online i zadałam tyle a tyle zadań), robi się północ albo i 2 w
nocy, idę spać, wstaję, mam lekcje, itd. Mam dość tego, że pracuję 24 / 7, a
jestem wychowawczynią 8 klasy i nauczycielką maturzystów, więc od rodziców,
którzy nic nie wiedzą, wylewa się na mnie wiadro pomyj za to, że nie wiem nic
więcej niż oni i nie mogę im w niczym pomóc, a od maturzystów pojawiają się
prośby, pytania, potrzeba wsparcia, a ja sama ledwo mam siłę, żeby robić dobrze
to, co mam do zrobienia, więc trudno mi jeszcze ich wspierać, chociaż
jednocześnie chcę to robić, bo martwię się razem z Nimi. Mam dość gapienia się
ekran. Mam dość tego, że to, co się dzieje wokół egzaminów, to jest jakaś
kpina, z nas i z uczniów. Mam dość tego, że nie wiem, jak długo będą
tak pracować, bo nie wiem, czy będzie jakaś przerwa wielkanocna albo jakieś
wakacje. Mam dość tego, że spędzam po kilka godzin w tygodniu na rozwiązywaniu
i tłumaczeniu zadań zdolnemu uczniowi, z którym normalnie mam lekcje
indywidualne, ale teraz nie płacą mi za kółka i lekcje indywidualne. No ale co
mam zrobić, powiedzieć Mu, że ma sobie radzić sam, bo ja za tłumaczenie Mu
zadań nie dostanę kasy? Mam dość samego faktu, że muszę podejmować decyzje, czy
zrobić dobrze swoją pracę, czy mieć we własnym domu chociaż odrobinę czasu i
przestrzeni dla siebie. Czy przygotować dobrze lekcję czy improwizować, ale się
wyspać.
To nie tak powinno działać.
Kwarantanna – Tydzień 3
A potem to w ogóle się wkurzyłam i napisałam tak!
Kpina, Proszę Państwa. Kpina.
[To jedna z najbardziej negatywnych rzeczy, jakie kiedykolwiek napisałam, bo zazwyczaj szukam wszędzie pozytywów. Ale czasem się już nie da, a jak jest źle, to jest źle i trzeba o tym mówić wprost, a nie udawać, że jest dobrze.
Nie spodziewałam się jednak aż tak dużego odzewu. Pozytywnego, pełnego słów wsparcia, za który bardzo dziękuję. Merytorycznego i wartościowego. Od znajomych i nieznajomych. Ale i negatywnego, na który nie byłam gotowa. Nie było moją intencją narzekanie, jakobym miała gorzej niż przedstawiciele innych zawodów. Było nią zwrócenie uwagi na tragiczną i traumatyczną sytuację wielu UCZNIÓW w tych absurdalnych warunkach. Parę osób udostępniło moją wypowiedź, najwyraźniej zgadzając się ze mną - mam nadzieję, że im również leży na sercu dobro uczniów. Dlatego też tego postu nie usunę, nie zamierzam już jednak uczestniczyć w toczących się pod nim dyskusjach, a zwłaszcza przepychankach słownych. Jest dla mnie przykre i trudne do zrozumienia, że ktoś tej intencji nie rozumie, ale nie zamierzam tracić czasu na odpieranie ataków - wolę poświęcić go moim uczniom.
Idę dalej, chociaż z coraz mniejszym entuzjazmem, robić swoje. Zostawię to tutaj tylko z apelem od mnie - zauważmy tych uczniów. Bądźmy dla nich. Myślmy, jak im pomóc.]
Trwają egzaminy próbne "online", których bycie online polega na tym, że uczniowie mogą je sobie pobrać ze strony CKE lub OKE, wydrukować / edytować, wypełnić i odesłać nauczycielom. W związku z tym dzisiaj rano serwery CKE i większości OKE padły. Mojej klasie po jakichś 30 - 45 min udało się pobrać test, ale niektórym ze strony wrocławskiej, więc nie byli pewni, czy to dobra wersja, bo nikt im nie powiedział, czy każda OKE ma to samo. Może to oczywiste z perspektywy nauczyciela, ale ucznia - już niekoniecznie.
Prawdziwy egzamin jest za 3 tygodnie. Wystawienie ocen maturzystom - za dwa. Matura - za miesiąc. NADAL NIKT im nie powiedział kiedy i w jakiej formie te egzaminy się odbędą. Zaczynam się obawiać, że odbędą się niezmienionym czasie i formie, a ich przeprowadzenie w taki sposób uważam za usiłowanie morderstwa. Część dzieciaków pewnie przyjdzie - mimo wszystko. Część pewnie nie przyjdzie - bo rozsądek (rodziców) wygra z ambicją. I jednym i drugim funduje się w ten sposób TRAUMĘ. Nauczycielom zasypywanym pytaniami, na które nie znajdą odpowiedzi, ponieważ MEN nie czuje potrzeby, żeby ich udzielić - również.
Właśnie przeprowadziłam krótkie "szkolenie" online dla części naszej rady pedagogicznej z obsługi Classrooma. Wszystko, co pokazywałam, to rzeczy, których nauczyłam się sama, metodą prób i błędów oraz czytania pomocy Google. Testowałam różne rozwiązania i oglądałam je od strony ucznia na jednoosobowej "klasie" testowej, której jedynym uczniem był mój chłopak, będący zresztą wtedy w swojej pracy online. Oto jak wyglądają "rozwiązania systemowe, ogólnodostępne i powszechne"... w praktyce.
A przypomnę tylko, że mieszkam w Warszawie, mam szybki Internet i sprawny laptop! Drukarkę i aparat w telefonie też. Nie muszę podejmować decyzji - opłacić Internet czy kupić jedzenie na obiad. Nie jestem matką, która musi zdecydować, które z dzieci będzie na lekcji, a które jednak nie, bo dzieci jest troje, a komputer jeden. Albo ojcem, który musi prosić obcych ludzi o oddanie / pożyczenie starego / nieużywanego komputera dla dziecka. Nie mam depresji ani stanów lękowych, które w obecnej sytuacji z oczywistych przyczyn mogą się nasilić i sprawić, że nie jestem w stanie wstać z łóżka, a dołączenie do lekcji online albo wysłanie zadania staje się wręcz jakimś kosmicznym wysiłkiem. Nie straciłam z dnia na dzień kontaktu z psychiatrą dziecięcym (których i tak jest mało i do którego i tak trudno się było dostać). Nie jestem ofiarą przemocy domowej zamkniętą w domu ze swoim oprawcą i tak przerażoną, że wolę nie włączać lekcji, bo jeszcze wkurzy go hałas i mnie zabije. I tak dalej, i tym podobne. Nie jestem też niewidoma (jak się prowadzi lekcję online brajlem???) ani niesłysząca. Nie jestem w żadnej z tych sytuacji i nie nie jestem też oceniana za postępy w nauce, których osiągnięcie może być dla mnie po prostu niewykonalne. Ale wszystkie osoby, o których napisałam - są.
Ja jestem tylko głodna, bo od 8 do 18 siedziałam przed laptopem i nie zdążyłam ugotować obiadu. I wkurzona, bo to wszystko jest jakiś bardzo kiepski żart. Powszechna edukacja. Równe szanse. Systemowe wsparcie. Jeżeli to wszystko w ogóle jakoś (jakkolwiek!) działa, to tylko dzięki takim wspaniałym i pełnym pasji nauczycielom, jak ludzie, z którymi pracuję. Ale i tak wszelkie "zasługi" przypisze sobie ministerstwo...
PS, bo chyba nie wszyscy zrozumieli intencję... Jestem rozżalona. Tym, ile i jak teraz pracuję. Tym, ile i jak pracują moi uczniowie. Tym, jak bardzo oni się teraz stresują. Tym, jak stresują się ich rodzice. Tym, że boję się o nasze zdrowie i życie, gdyby egzaminy odbyły się w terminie. Tym, w jakiej sytuacji znalazły się osoby np. z depresją, doświadczające przemocy domowej i inne, które opisałam powyżej (oraz takie, których nie opisałam). A także tym, że wymaga się od uczniów i nauczycieli rzeczy niemożliwych, nie wspiera się ich w tym, a jednocześnie twierdzi się, że wszystko działa, kiedy nie działa. Zdaję sobie sprawę z tego, że sytuacja jest skrajnie trudna i zupełnie bezprecedensowa. Nie twierdzę, że mam genialne rozwiązanie i że wszystkie dotychczas podjęte decyzje są złe. Nie oczekuję też jakichś nagłych cudów. Twierdzę tylko, że uczniowie i nauczyciele traktowani są skrajnie niepoważnie i w sposób szkodliwy dla zdrowia psychicznego, a być może i fizycznego!
Dostałam potem wiele komentarzy, że np. dramatyzuję i przesadzam. Że gospodarka jest ważniejsza od edukacji. Że ludzie z dnia na dzień tracą pracę i to jest większy problem niż egzamin. Że można raz w tygodniu zadawać materiał i mieć święty spokój. Że dzieciaki jak chcą, to i tak się nauczą. I ogólnie, że za bardzo się przejmuję i powinnam się wyspać. I że narzekam już teraz, będąc młodą nauczycielka, więc co będzie za 10 lat.
No więc jeśli ktoś chce, to niech sobie tak zorganizuje pracę, żeby się wyspać, żeby zadawać raz w tygodniu i żeby mieć święty spokój. Niech wierzy, że dostęp do edukacji jest teraz powszechny, a dzieciaki jakoś sobie radzą. Że problemy większe (dorosły stracił pracę) deprecjonują te mniejsze (dziecko nie może się uczyć, ponieważ dorosły stracił pracę). Że narzekam. Ja zostanę przy twierdzeniu, że pójście na egzamin w czasie pandemii albo bycie ofiarą przemocy domowej zamkniętą ze swoim oprawcą jest sytuacją zagrożenia życia. I że te mniejsze problemy też są ważne. I że teraz, jako młoda nauczycielka, mam jeszcze na tyle dużo pasji, żeby głośno mówić o tym, co nie jest ok i nie godzić się na bylejakość.
I ja się będę przejmować.
Jasne, że łatwiej jest problemów nie widzieć. Ale ja postanowiłam je widzieć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz