wtorek, 14 kwietnia 2020

Dziennik z czasów zarazy - tydzień czwarty i piąty oraz szósty i siódmy

Wiosna 2020
Niezwyczajna
w czasach zarazy

Kwarantanna – Tydzień czwarty i piąty

Martwię się. 

Martwi mnie nie tylko – jak mogłoby się wydawać, sądząc po tym, co pisałam wcześniej – szkoła i sytuacja uczniów oraz nasza władza i takie pomysły, jak korespondencyjne wybory i całkowity zakaz aborcji (nie, nie jestem za aborcją, ale jak się ich zakaże, to i tak będą, tylko mniej bezpieczne, a poza tym jestem za wyborem, zwłaszcza w tragicznych sytuacjach, a to wielka różnica!). No, ale nie planuję tu pisać o polityce. Tylko o zmartwieniach ogólnie. 

Martwi mnie wiele innych rzeczy. Martwię się o mojego niefrasobliwego Karola. Martwię się o Mamę i Jej zdalną pracę. Martwię się o Babunię, która została teraz sama, bez Dziadka i nawet nie może wyjść do parku na spacer. Martwię się o przyjaciółkę na drugim końcu Świata. I o przyjaciółkę całkiem niedaleko, ale za to z masą problemów, w których nie bardzo mogę pomóc. 
Martwię się moją etnologiczną magisterką i niepewną geograficzną konferencją. Martwię się, że nie mogę tańczyć tak i tyle, jak i ile bym chciała. Martwię się tym, że jest wiosna i kwitną drzewa, a ja nie mogę ich zobaczyć. Martwię się tym, że nie jestem w Tatrach. Martwię się mnóstwem spraw...

I jakoś się pocieszam. Bo jakoś trzeba, żeby nie zwariować.

Pocieszam się kwiatami.





Pocieszam się tańcem.
Na obcasach wcześniej nauczyłam się tańczyć niż chodzić. Teraz tańczyć mogę, chodzić nie za bardzo, bo nie mam gdzie. Nawet na zakupy Karol mnie nie puszcza, bo „jeszcze Cię spiszą jako niepełnoletnią bez opiekuna”. Próbowałam modern jazzu, ale przy swingu wyrżnęłam dłonią w podstawę kredensu, a po przejściu przez bark przewróciłam obciągniętą stópką krzesło... Wracam więc do towarzyskiego. Raz standard – kroki zmienne jakoś się mieszczą między regałem a kanapą. Raz łacina – walk'i zmieszczą się wszędzie xD A nawet jeżeli trening akurat idzie gorzej, to zawsze można się cieszyć, że ma się takie śliczne butki!





Pocieszam się jedzeniem.
Wspinam się na wyżyny kulinarnej kreatywności, żeby było pysznie, ale wciąż zdrowo i dietetycznie.



Wiosnę podziwiam tylko zza okna... I martwię się.



Kwarantanna – Tydzień szósty i siódmy

Jestem zmęczona.

Moja szkoła pracuje właściwie normalnie. Mamy plan lekcji, które odbywają się na zoomie. 45 min, przynajmniej raz w tygodniu każda klasa, codziennie od 8.30. Nawet z maturzystami, chociaż już skończyli rok szkolny. Lekcje dla nich są nieobowiązkowe, po prostu nie zostawiamy ich samych, tylko robimy im taki kurs maturalny. Korepetycje też mam online. I kółko też  kółka robimy, chociaż nie dostajemy za nie pieniędzy. Zajęć indywidualnych z moim zdolnym uczniem nie mam, ale i tak pomagam Mu w rozwiązywaniu zadań, z którymi akurat ma problem. Z niektórymi klasami mam o jedną lekcję w tygodniu mniej, więc zamiast niej uczniowie coś czytają (muszę to przygotować) i wypełniają quiz (który też przygotowuję), żebym wiedziała, czy zrozumieli. Mamy też sprawdziany. Zazwyczaj staram się je robić w czasie lekcji, tak żeby być cały czas na zoomie i jeżeli uczniowie mają jakiś problem, np. techniczny móc od razu reagować. Ale już na przykład z rozszerzeniem, czyli z drugą liceum, testy robię poza godzinami naszych lekcji, ponieważ mamy ich mniej niż normalnie, co w praktyce oznacza, że przez te 45 min nie mogę się odkleić od laptopa, bo zawsze są jakieś problemy techniczne. Każda klasa ma też prawo do co najmniej jednej poprawy, które również robię w okienkach albo po moich lekcjach (bo przecież poprawy nie piszą wszyscy, a nie chcemy, żeby tracili lekcję). Ogólnie licząc lekcje, kółko i korepetycje, mam 21 godzin lekcji online. Dodając testy i poprawy wychodzi około 25. I niestety generuje to więcej pracy niż normalnie, chociażby dlatego, że część prac nie ma formy testu, tylko referatu. Czasem robię zwykłe testy, pozwalam wtedy na użycie notatek (nie będę bawić się w psa gończego i śledzić uczniów w kamerkach, to i tak niewykonalne), ale i tak muszę je przepisać do systemu do testów, nawet jeżeli mam je już gotowe. No i niestety trwa to wszystko dłużej, niż zwykle. Ale też jakoś psychicznie męczy.

I w dodatku nie wiem, jak długo będziemy tak pracować. Wakacje mogą być krótsze (bo egzaminy będą późno). Kto wie, może nie będzie ich wcale, bo się okaże, że jednak szkoły nie zrealizują programu online i trzeba to nadrobić? Chociaż w sumie jakieś muszą być... Ale nawet jeżeli, to i tak będę w nie pisać magisterkę z etnologii. Właśnie dlatego tak ich potrzebuję. Tym też się zresztą stresuję. Dostępem do biblioteki, spotkaniami z promotorką (właściwie ich brakiem)... I tak dalej. 

Niczym „wzorowy nauczyciel”, cały weekend byłam chora. Rozłożyło mnie w piątek wieczorem, po zakończeniu roku maturzystów (na zoomie oczywiście). Doszłam do siebie w niedzielę po południu. I to by było na tyle z mojego odpoczynku.

I w dodatku rozliczyłam podatek i muszę go 80 zł dopłacić. Sama czynność rozliczania jest stresująca. Dopłacania – irytująca. Chociażby faktem, że haruję jak wół i wszyscy wokół z tych moich podatków coś dostają – rolnicy, matki, seniorzy, tylko ja nie. Znaczy jasne, ja wiem, jak działają podatki i że to tak naprawdę nie jest tak, że ja z nich nie mam zupełnie nic. Ale... no wiadomo (mam nadzieję).

Dużo myślę. Niby nie mam czasu, ale jak siedzę w domu, to więcej sprzątam czy gotuję, a to czynności niewymagające maksymalnego skupienia myśli. Myślę więc o przeszłości, śmierci i przemijaniu. O Wuju i Dziadku, za którymi tęsknię. O wszystkim, czym się martwię (patrz wyżej). O rzeczach, których żałuję. Złych decyzjach i głupich błędach, które popełniłam. Wiele mnie one nauczyły. Ukształtowały mnie. Dały mi wyrozumiałość i empatię... Łagodność. I na pewno o wiele więcej. A jednak wciąż jestem za nie na siebie zła. Bo oczywiście nie mogę myśleć o czymś pozytywnym, nieee...







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz