Zima 2020
Byle jaka zima
w byle jakim kraju
To może mocny tytuł, ale piszę pod wpływem wyjątkowo silnych
emocji...
No ale od początku i po kolei.
Zimy
Było
kilka takich lat w moim życiu, mniej więcej w czasie pierwszych studiów (geografii),
kiedy bałam się i nie lubiłam jesieni. Wszystkie złe i smutne rzeczy w moim
życiu działy się właśnie jesienią. I były to rzeczy naprawdę złe i smutne, od
bolesnego rozstania po kilkuletnim związku począwszy, na śmierci
najbliższej mi osoby w całej rodzinie skończywszy.
W
ciągu kilku ostatnich lat trochę się to przesunęło i jeżeli ma się zdarzyć coś
nieprzyjemnego, to raczej zimą, w styczniu lub lutym. Zimy w ogóle są jakieś
nijakie i ponure, bez śniegu i mrozu. W tym roku to już w ogóle od trzech
miesięcy ciągnie się atmosferyczny listopad...
Zimą
dwa lata temu męczyłam się z pracą (nie miałam jeszcze żadnego doświadczenia
ani swojej bazy materiałów) i jednocześnie sesją na czwartym roku etnologii.
Byliśmy też tuż po przeprowadzce i było mi jakoś obco. Nigdzie nie czułam się „u
siebie” – u Mamy już nie, a u nas jeszcze nie.
W
zeszłym roku też miałam sesję, szczęśliwie już piątą, czyli ostatnią, ale za to
wydarzyła się cała seria niefortunnych zdarzeń, począwszy od tego, że się
okropnie rozchorowałam, na zalaniu sąsiadki, kilkudniowym odcięciu od bieżącej
wody i regresie w remoncie łazienki zakończywszy.
W
tym roku nie dzieje się nic szczególnego. Po raz pierwszy od lat nie mam
zimowej sesji. Jestem jednak skrajnie zmęczona, fizycznie i psychicznie. To był
naprawdę trudny i wielu momentach przykry rok... Ponad połowę ferii spędzam
więc na załatwianiu jakichś głupich drobiazgów – tych wszystkich spraw, które
kiedyś załatwić trzeba (jak porządki w kredensie, zaszycie dziury w ładnej
sukience czy wizyta u dentysty), ale nigdy nie ma na nie czasu, więc odkłada
się je na... no właśnie na ferie, bo wtedy będzie czas. Ale te wszystkie rzeczy
ów czas zajmują i to zajmują go jakoś absurdalnie dużo, tak że właściwie na
niewiele więcej go wystarcza. Strasznie to frustrujące!
Bieszczady
Pod
koniec ferii postanawiam więc wyjechać z Mamą w Bieszczady.
Pierwszego dnia (czyli w czwartek) jest cudownie. Jest zima! Prawdziwa zima! Idziemy sobie na
Rawki, pada śnieg, widać niewiele, ale i tak jest pięknie. Przed bacówką pod
Rawkami wita nas radośnie machający ogonem biały owczarek, a w środku – drzemiący
na krześle kocur. Kocur tak wielki i z takimi pędzelkami na uszach, że
podejrzewam – jak się po chwili okazuje słusznie – jego kocią mamę o romans z
rysiem.
Drugiego dnia (czyli w piątek) jest mniej cudownie.
Będzie
to najbardziej osobiste, co kiedykolwiek zostawiłam tu na blogu. Wiele
osobistych rzeczy pisałam i piszę, bo mi to pomaga, później jednak je wycinam i
zostawiam w folderze tylko dla siebie, a do internetów trafiają ich ogólnikowe
i eufemistyczne opisy.
Otóż
drugiego dnia nigdzie nie idziemy, bo musimy mieć zasięg, żeby w każdej chwili
móc się skontaktować z Babunią.
Litanię
gorzkich żali na temat stanu polskiej edukacji mogłabym pisać codziennie. Mimo
że pracuję wśród cudownych ludzi, którzy z całych sił robią co mogą, żeby było
lepiej. I zazwyczaj jest lepiej – jest sensowniej, racjonalniej, cieplej,
milej... Ale czasem mnie to wkurza. Dlaczego cały ten ciężar spoczywa na nas?
Dlaczego dobrze nie jest systemowo, tylko dobrze jest wtedy, kiedy nauczyciele
codziennie, mimo wszystko (wszystko!!!) dają z siebie więcej niż mogą???
Ale
dzisiaj nie będzie o edukacji. Dzisiaj będzie o medycynie. Umarł mi Dziadek.
Jestem w Bieszczadach, więc nic nie mogę zrobić, a wściekła i sfrustrowana
jestem... no, strasznie. Dziadek umarł w nocy, we śnie. Od samego rana Kochana
Babunia, która przeżyła z nim 61 lat swojego życia, siedzi, płacze i trzyma Go
za rękę. A lekarza nie ma. Nie przyjdzie. Znaczy przyjdzie, musi. Koło 16, może
18... Bo lekarzy – nie ma, a pacjent już i tak nie żyje, więc „przypadek
nie jest pilny”.
Ja
czasami szczerze nienawidzę tego kraju...
Dziadkowie...
Ponad
60 lat małżeństwa, 6 wnucząt, 4 prawnucząt (na razie) i całe morze ciepła, serdeczności
i mądrości życiowej.
To
Ona nauczyła mnie pleść wianki i lepić pierogi (najlepsze na świecie)! To On
nauczył mnie jeździć na rowerze i ciągnął moje sanki. To z Nimi ulepiłam
swojego pierwszego śnieżnego bałwana, zajadałam się ulęgałkami, a w wakacje
jeździłam nad morze, uczyłam się pływać i biegałam po lesie.
I
nigdy, ale to przenigdy nie zdołałam ich przekonać, że „Nie Dziadku, nie jest
mi zimno” i „Nie Babuniu, nie jestem głodna”.
Chociaż
to nie są moi „prawdziwi” Dziadkowie.
Rodzice
mojej Mamy co prawda mieszkali Warszawie, ale zmarli, zanim się urodziłam.
Dziadek parę miesięcy wcześniej, Babcia zdążyła się dowiedzieć, że będzie miała
wnuczkę, ale nie zdążyła tego doczekać. Rodzina od strony Taty mieszka
natomiast w Krakowie i Jego szeroko pojętych okolicach. Kiedy więc Mama musiała
wrócić do pracy i dyżurów pojawił się problem znalezienia mi opiekunki. A ja,
podobno, na widok każdej z pań kandydatek płakałam i darłam się na całe gardło.
Aż wreszcie przyszła Ona. Pulchniutka, lekko siwa, szeroko uśmiechnięta.
Usiadła w fotelu, a ja wdrapałam Jej się na kolana. Najpierw byli „Panią Zosią
i Panem Rysiem”. Nie pamiętam tego czasu. Dla mnie zawsze byli Dziadkami,
chociaż od początku tłumaczyli, że są tacy „przyszywani”. Zabierali mnie na
spacery po parku praskim, rozwiązywałam z nimi krzyżówki, Babunia robiła
prawdziwe kisiele na świeżych owocach, Dziadek tarł ziemniaki na cudownie
chrupiące placki, Babunia opatrywała pozdzierane kolana, a Dziadek uczył
wspinania się na drzewa. Nad morzem zbierał kanie, które bezbłędnie potrafił
odróżnić od muchomorów sromotnikowych, a Babunia smażyła je na chrupiąco. Poznałam
ich biologiczne dzieci i wnuki, nieco ode mnie starsze. Na wszystkie imieniny i
inne rodzinne uroczystości byłyśmy z Mamą zapraszane w sposób tak serdeczny,
jakby była to najzupełniejsza oczywistość. Kiedy miałam jakieś dwa, może trzy
lata, Mama miała wypadek. Wracała z dyżuru, a na zupełnie pustym skrzyżowaniu
Marszałkowskiej i Jerozolimskich jakiś idiota wjechał jej w tył malucha. Wyszła
z tego z uszkodzonym kręgosłupem szyjnym, ubrana w kołnierz ortopedyczny na
całe dwa lata. Przez te dwa lata w tygodniu mieszkałam u Dziadków, a do Mamy
wracałam tylko na weekendy. Ona zrobiła w tym czasie drugi stopień
specjalizacji z kardiologii, ja – nigdy nie czułam się samotna. Dali mi
prawdziwe dzieciństwo, poczucie bezpieczeństwa, a jednocześnie swobodę podejmowania
decyzji i uczenia się na błędach. I nic a nic mnie nie obchodzi to, że nie byli
„prawdziwą” rodziną. Właśnie, że nie byli! Jeżeli to nie jest prawdziwa,
najprawdziwsza rodzina, to nie wiem, co nią jest!
Śnieg
nie przestaje padać... A Ona tam siedzi i trzyma Go za rękę.
Będzie jakiś dzień trzeci i będzie jakiś dzień
czwarty. Wracam dopiero w niedzielę.
Może jeszcze pójdę w góry, może jeszcze czymś
się zachwycę,
może napiszę coś pięknego i radośniejszego.
Ale dzisiaj nie.
***
Właściwie
będzie dzień trzeci (sobota). W niedzielę trzeba wrócić do Warszawy, w
poniedziałek trzeba wrócić do pracy.
Dzień trzeci jest nieco lepszy. Idę na spacer. Gdzieś, jakoś, jakimiś nieużywanymi
i nieodśnieżonymi drogami ze Smereka do Kalnicy, z Kalnicy do Jaworca, z Jaworca (ach!) do Sinych
Wirów... I z powrotem. Na szczytach wciąż panuje zima, ale w doliny powraca
przedwiośnie. Świeci słońce, „duje wiater”...
Przedwiośnie
A
później jest pogrzeb. Zazwyczaj nie płaczę na pogrzebach. One są jakieś takie
formalne i sztywne – trzeba wiedzieć, gdzie położyć kwiaty albo kto jest kim.
Ale mszę odprawia ksiądz proboszcz, który chodził z Wujkiem do klasy. Zamiast
zwykłego kazania jest rozmowa i wspominanie. Głównie dzieciństwa i wspólnych
zabaw na podwórku. A nikt nie wymyślał takich przewspaniałych zabaw i nie był
tak dziarskim i żwawym ich towarzyszem, jak właśnie Dziadek. Przed oczami staje
mi moje własne dzieciństwo na tych praskich podwórkach, więc płaczę jak... e...
fretka? norka? Jakie to było zwierzątko...?
Msza
się kończy i Babunia kładzie dłoń na trumnie, jakby chciała wziąć Go za rękę. Ponad
sześćdziesiąt lat, dzień w dzień, zawsze i wszędzie... razem. We dwoje.
Żartowali z siebie nawzajem, dokuczali sobie, ale kochali się jak nikt.
Nie znam innej tak zgodnej i kochającej pary. No i jak Ona teraz... Tak
bez Niego...? Na zmianę z Mamą i Ciocią podtrzymujemy Ją pod ramię, nie chcemy
puścić Jej nigdzie samej. Gdzieś miga mi lustro. Z rozmazanym czarnym
tuszem, na czarnych obcasach, w długiej wełnianej spódnicy po Mamie, w
czarnej koszuli i czarnym kapeluszu, z warkoczami schowanymi pod czarnym
szalikiem, bo wieje lodowaty wiatr, wyglądam jak jakaś blada śmierć.
Siadamy
do stołu, odsuwamy krzesło, żeby Babuni łatwiej było usiąść i ono zostaje takie
odsunięte. Nikt go nie zauważa, nikt tam nie siada. Zostaje puste, tak jakby czekało
na Dziadka. A do domu wracamy pod pełnym łukiem mocno wybarwionej, szerokiej i
ogólnie dorodnej tęczy. Serio, Świecie? Nie za dużo tych symboli jak na jeden
dzień...?
Jest
też takie normalne, codzienne, zwyczajne życie. Ferie się kończą, zaczyna się
rekrutacja. Mamy dzień otwarty i szkolne wyjście teatralne. Wracam do domu późno,
wychodzę do szkoły wcześnie. Śpię krótko, tańczę mało i jem byle co. A atmosferyczny
listopad trwa już czwarty miesiąc.
I w ogóle wszystko jest jakieś byle jakie.
















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz