piątek, 21 lutego 2020

Bardzo smutno i bardzo zimowo

Zima 2020
Byle jaka zima
w byle jakim kraju

To może mocny tytuł, ale piszę pod wpływem wyjątkowo silnych emocji...
No ale od początku i po kolei.

Zimy

Było kilka takich lat w moim życiu, mniej więcej w czasie pierwszych studiów (geografii), kiedy bałam się i nie lubiłam jesieni. Wszystkie złe i smutne rzeczy w moim życiu działy się właśnie jesienią. I były to rzeczy naprawdę złe i smutne, od bolesnego rozstania po kilkuletnim związku począwszy, na śmierci najbliższej mi osoby w całej rodzinie skończywszy.

W ciągu kilku ostatnich lat trochę się to przesunęło i jeżeli ma się zdarzyć coś nieprzyjemnego, to raczej zimą, w styczniu lub lutym. Zimy w ogóle są jakieś nijakie i ponure, bez śniegu i mrozu. W tym roku to już w ogóle od trzech miesięcy ciągnie się atmosferyczny listopad...
Zimą dwa lata temu męczyłam się z pracą (nie miałam jeszcze żadnego doświadczenia ani swojej bazy materiałów) i jednocześnie sesją na czwartym roku etnologii. Byliśmy też tuż po przeprowadzce i było mi jakoś obco. Nigdzie nie czułam się „u siebie” – u Mamy już nie, a u nas jeszcze nie.
W zeszłym roku też miałam sesję, szczęśliwie już piątą, czyli ostatnią, ale za to wydarzyła się cała seria niefortunnych zdarzeń, począwszy od tego, że się okropnie rozchorowałam, na zalaniu sąsiadki, kilkudniowym odcięciu od bieżącej wody i regresie w remoncie łazienki zakończywszy.
W tym roku nie dzieje się nic szczególnego. Po raz pierwszy od lat nie mam zimowej sesji. Jestem jednak skrajnie zmęczona, fizycznie i psychicznie. To był naprawdę trudny i wielu momentach przykry rok... Ponad połowę ferii spędzam więc na załatwianiu jakichś głupich drobiazgów – tych wszystkich spraw, które kiedyś załatwić trzeba (jak porządki w kredensie, zaszycie dziury w ładnej sukience czy wizyta u dentysty), ale nigdy nie ma na nie czasu, więc odkłada się je na... no właśnie na ferie, bo wtedy będzie czas. Ale te wszystkie rzeczy ów czas zajmują i to zajmują go jakoś absurdalnie dużo, tak że właściwie na niewiele więcej go wystarcza. Strasznie to frustrujące!

Bieszczady

Pod koniec ferii postanawiam więc wyjechać z Mamą w Bieszczady.

Pierwszego dnia (czyli w czwartek) jest cudownie. Jest zima! Prawdziwa zima! Idziemy sobie na Rawki, pada śnieg, widać niewiele, ale i tak jest pięknie. Przed bacówką pod Rawkami wita nas radośnie machający ogonem biały owczarek, a w środku – drzemiący na krześle kocur. Kocur tak wielki i z takimi pędzelkami na uszach, że podejrzewam – jak się po chwili okazuje słusznie – jego kocią mamę o romans z rysiem.





 



Drugiego dnia (czyli w piątek) jest mniej cudownie.
Będzie to najbardziej osobiste, co kiedykolwiek zostawiłam tu na blogu. Wiele osobistych rzeczy pisałam i piszę, bo mi to pomaga, później jednak je wycinam i zostawiam w folderze tylko dla siebie, a do internetów trafiają ich ogólnikowe i eufemistyczne opisy.
Otóż drugiego dnia nigdzie nie idziemy, bo musimy mieć zasięg, żeby w każdej chwili móc się skontaktować z Babunią.

Litanię gorzkich żali na temat stanu polskiej edukacji mogłabym pisać codziennie. Mimo że pracuję wśród cudownych ludzi, którzy z całych sił robią co mogą, żeby było lepiej. I zazwyczaj jest lepiej  jest sensowniej, racjonalniej, cieplej, milej... Ale czasem mnie to wkurza. Dlaczego cały ten ciężar spoczywa na nas? Dlaczego dobrze nie jest systemowo, tylko dobrze jest wtedy, kiedy nauczyciele codziennie, mimo wszystko (wszystko!!!) dają z siebie więcej niż mogą???
Ale dzisiaj nie będzie o edukacji. Dzisiaj będzie o medycynie. Umarł mi Dziadek. Jestem w Bieszczadach, więc nic nie mogę zrobić, a wściekła i sfrustrowana jestem... no, strasznie. Dziadek umarł w nocy, we śnie. Od samego rana Kochana Babunia, która przeżyła z nim 61 lat swojego życia, siedzi, płacze i trzyma Go za rękę. A lekarza nie ma. Nie przyjdzie. Znaczy przyjdzie, musi. Koło 16, może 18... Bo lekarzy – nie ma, a pacjent już i tak nie żyje, więc „przypadek nie jest pilny”.
Ja czasami szczerze nienawidzę tego kraju...

Dziadkowie...
Ponad 60 lat małżeństwa, 6 wnucząt, 4 prawnucząt (na razie) i całe morze ciepła, serdeczności i mądrości życiowej.
To Ona nauczyła mnie pleść wianki i lepić pierogi (najlepsze na świecie)! To On nauczył mnie jeździć na rowerze i ciągnął moje sanki. To z Nimi ulepiłam swojego pierwszego śnieżnego bałwana, zajadałam się ulęgałkami, a w wakacje jeździłam nad morze, uczyłam się pływać i biegałam po lesie.
I nigdy, ale to przenigdy nie zdołałam ich przekonać, że „Nie Dziadku, nie jest mi zimno” i „Nie Babuniu, nie jestem głodna”. 
Chociaż to nie są moi „prawdziwi” Dziadkowie.

Rodzice mojej Mamy co prawda mieszkali Warszawie, ale zmarli, zanim się urodziłam. Dziadek parę miesięcy wcześniej, Babcia zdążyła się dowiedzieć, że będzie miała wnuczkę, ale nie zdążyła tego doczekać. Rodzina od strony Taty mieszka natomiast w Krakowie i Jego szeroko pojętych okolicach. Kiedy więc Mama musiała wrócić do pracy i dyżurów pojawił się problem znalezienia mi opiekunki. A ja, podobno, na widok każdej z pań kandydatek płakałam i darłam się na całe gardło. Aż wreszcie przyszła Ona. Pulchniutka, lekko siwa, szeroko uśmiechnięta. Usiadła w fotelu, a ja wdrapałam Jej się na kolana. Najpierw byli „Panią Zosią i Panem Rysiem”. Nie pamiętam tego czasu. Dla mnie zawsze byli Dziadkami, chociaż od początku tłumaczyli, że są tacy „przyszywani”. Zabierali mnie na spacery po parku praskim, rozwiązywałam z nimi krzyżówki, Babunia robiła prawdziwe kisiele na świeżych owocach, Dziadek tarł ziemniaki na cudownie chrupiące placki, Babunia opatrywała pozdzierane kolana, a Dziadek uczył wspinania się na drzewa. Nad morzem zbierał kanie, które bezbłędnie potrafił odróżnić od muchomorów sromotnikowych, a Babunia smażyła je na chrupiąco. Poznałam ich biologiczne dzieci i wnuki, nieco ode mnie starsze. Na wszystkie imieniny i inne rodzinne uroczystości byłyśmy z Mamą zapraszane w sposób tak serdeczny, jakby była to najzupełniejsza oczywistość. Kiedy miałam jakieś dwa, może trzy lata, Mama miała wypadek. Wracała z dyżuru, a na zupełnie pustym skrzyżowaniu Marszałkowskiej i Jerozolimskich jakiś idiota wjechał jej w tył malucha. Wyszła z tego z uszkodzonym kręgosłupem szyjnym, ubrana w kołnierz ortopedyczny na całe dwa lata. Przez te dwa lata w tygodniu mieszkałam u Dziadków, a do Mamy wracałam tylko na weekendy. Ona zrobiła w tym czasie drugi stopień specjalizacji z kardiologii, ja – nigdy nie czułam się samotna. Dali mi prawdziwe dzieciństwo, poczucie bezpieczeństwa, a jednocześnie swobodę podejmowania decyzji i uczenia się na błędach. I nic a nic mnie nie obchodzi to, że nie byli „prawdziwą” rodziną. Właśnie, że nie byli! Jeżeli to nie jest prawdziwa, najprawdziwsza rodzina, to nie wiem, co nią jest!


Śnieg nie przestaje padać... A Ona tam siedzi i trzyma Go za rękę.

Będzie jakiś dzień trzeci i będzie jakiś dzień czwarty. Wracam dopiero w niedzielę.
Może jeszcze pójdę w góry, może jeszcze czymś się zachwycę,
może napiszę coś pięknego i radośniejszego.
Ale dzisiaj nie.


***

Właściwie będzie dzień trzeci (sobota). W niedzielę trzeba wrócić do Warszawy, w poniedziałek trzeba wrócić do pracy.
Dzień trzeci jest nieco lepszy. Idę na spacer. Gdzieś, jakoś, jakimiś nieużywanymi i nieodśnieżonymi drogami ze Smereka do Kalnicy, z Kalnicy do Jaworca, z Jaworca (ach!) do Sinych Wirów... I z powrotem. Na szczytach wciąż panuje zima, ale w doliny powraca przedwiośnie. Świeci słońce, „duje wiater”...









Przedwiośnie

A później jest pogrzeb. Zazwyczaj nie płaczę na pogrzebach. One są jakieś takie formalne i sztywne – trzeba wiedzieć, gdzie położyć kwiaty albo kto jest kim. Ale mszę odprawia ksiądz proboszcz, który chodził z Wujkiem do klasy. Zamiast zwykłego kazania jest rozmowa i wspominanie. Głównie dzieciństwa i wspólnych zabaw na podwórku. A nikt nie wymyślał takich przewspaniałych zabaw i nie był tak dziarskim i żwawym ich towarzyszem, jak właśnie Dziadek. Przed oczami staje mi moje własne dzieciństwo na tych praskich podwórkach, więc płaczę jak... e... fretka? norka? Jakie to było zwierzątko...?
Msza się kończy i Babunia kładzie dłoń na trumnie, jakby chciała wziąć Go za rękę. Ponad sześćdziesiąt lat, dzień w dzień, zawsze i wszędzie... razem. We dwoje. Żartowali z siebie nawzajem, dokuczali sobie, ale kochali się jak nikt. Nie znam innej tak zgodnej i kochającej pary. No i jak Ona teraz... Tak bez Niego...? Na zmianę z Mamą i Ciocią podtrzymujemy Ją pod ramię, nie chcemy puścić Jej nigdzie samej. Gdzieś miga mi lustro. Z rozmazanym czarnym tuszem, na czarnych obcasach, w długiej wełnianej spódnicy po Mamie, w czarnej koszuli i czarnym kapeluszu, z warkoczami schowanymi pod czarnym szalikiem, bo wieje lodowaty wiatr, wyglądam jak jakaś blada śmierć.  
Siadamy do stołu, odsuwamy krzesło, żeby Babuni łatwiej było usiąść i ono zostaje takie odsunięte. Nikt go nie zauważa, nikt tam nie siada. Zostaje puste, tak jakby czekało na Dziadka. A do domu wracamy pod pełnym łukiem mocno wybarwionej, szerokiej i ogólnie dorodnej tęczy. Serio, Świecie? Nie za dużo tych symboli jak na jeden dzień...?

Jest też takie normalne, codzienne, zwyczajne życie. Ferie się kończą, zaczyna się rekrutacja. Mamy dzień otwarty i szkolne wyjście teatralne. Wracam do domu późno, wychodzę do szkoły wcześnie. Śpię krótko, tańczę mało i jem byle co. A atmosferyczny listopad trwa już czwarty miesiąc.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz